Chętnie zabrałaby swoich rodziców na wieczór panieński. Trevor pewnie bawiłby się tam lepiej niż połowa zaproszonych osób! Uwielbiał Jetta i praktycznie od pierwszego spotkania traktował go jak syna, którego nigdy się nie doczekał. Teddy była wręcz przekonana, że gdyby tylko jego jedyna córka nie okazała się lesbijką, Trevor od lat próbowałby subtelnie przekonać ją, że Donovan to materiał idealny. Wcale nie byłoby to takie absurdalne. Jett miał dokładnie ten typ energii, który lubił - wygadany, pewny siebie, a przy tym lojalny i naprawdę dobry dla ludzi. Trevor uwielbiał takich facetów. Takich, z którymi można wypić piwo, pośmiać się z głupot i jeszcze wynieść z tego przekonanie, że to porządny chłopak. No to w zamian miał April, którą z kolei traktował jak drugą córkę. Wszystko się tutaj zgadzało! Theresa z kolei odnajdywała się praktycznie wszędzie. Koledzy z jednostki ubóstwiali ją, bo zawsze miała dla wszystkich dobre słowo, coś do jedzenia i naturalny talent do rozmawiania z ludźmi tak, że po pięciu minutach czuli się jak u siebie. Gdyby pojawiła się na wieczorze panieńskim, pewnie po godzinie znałaby już połowę historii z życia wszystkich obecnych. Tylko na takie imprezy rodziców się nie zaprasza. Chyba?
Finch byłaby pierwszą osobą, której Darling powiedziałaby, że wzięła ślub. Po cichaczu, gdzieś przy Niagarze, żeby klimat był równie kiczowaty, jak w Vegas. Nie dałaby ukryć tego przed najlepszą przyjaciółką. Ba, jeśli w przeszłości coś takiego naprawdę miałoby miejsce, poprosiłaby April, żeby towarzyszyła jej w tym dniu. Przecież potrzebowałaby świadkowej! Szczerze mówiąc, zawsze widziała w tej roli Finch, a teraz musiała znaleźć kogoś za zastępstwo. Dlatego padło na Jetta.
Westchnęła cicho, kiedy narzeczona ścisnęła jej ramię. Próbowała nie myśleć o tym, że faktycznie nie jest powodem, dla którego Paul nie potrafi zaakceptować ich związku, ale głosik w jej głowie twierdził co innego. Cały czas próbował jej wmówić, że według pana Fincha, nie była odpowiednią partnerką dla jego córki. I że na pewno o wiele łatwiej byłoby mu cieszyć się ślubem, gdyby April związała się z kimś bardziej odpowiednim.
Słowa narzeczonej i jej matki w teorii powinny były ją uspokoić, ale w praktyce Teddy nie poczuła się ani trochę lepiej. Owszem, to, co powiedziała April, uśmiechnęło ją, ale reakcja Abigail tylko mocniej uświadomiła jej, że te obawy istnieją i nie były tylko jej wymysłem. Darling ugryzła się w język, żeby nie palnąć czegoś, czym zasugerowałaby, że może Paul zawsze ma rację.
—
To trochę jak pogodzenie się z porażeniem mózgowym, ale postaram się tym nie przejmować — mruknęła, chociaż nawet dla niej samej zabrzmiało to średnio przekonująco. Bo trudno było machnąć ręką na coś takiego. Nie było nic przyjemnego w słuchaniu, że jest się kimś, z kim czyjaś córka nie powinna wiązać przyszłości. Zwłaszcza kiedy naprawdę dawało się z siebie wszystko i kochało April tak mocno, że czasami nawet nie potrafiła ubrać tego w słowa. Teddy jeszcze zrozumiałaby, gdyby była jakimś fatalnie beznadziejnym przypadkiem. Gdyby ciągnęła April w dół, pakowała ją w kłopoty albo traktowała źle. Wtedy nawet sama miałaby wątpliwości. Szkoda tylko, że Paul kompletnie nie miał pojęcia, ile razy to właśnie Darling wyciągała jego córkę z gorszych momentów i sprowadzała na ziemię.
—
Oczywiście, że nigdzie mi się nie spieszy — zapewniła, wzdrygając się, gdy narzeczona dźgnęła ją palcem między żebra. —
Po prostu nie chcę, żeby moje istnienie przyczyniało się do kolejnych awantur miedzy tobą a twoim ojcem. To chyba normalne? Ty też nie chciałabyś patrzeć, jak trę koty z Tessą albo Trevorem — wyjaśniła swój punkt widzenia, mimo że wizja takiej relacji z własnymi rodzicami wydała jej się okropnie absurdalna.
—
To nie jest twoja wina, Theodoro — wtrąciła Abigail, posyłając jej lekki, uspokajający uśmiech. —
Paul niełatwo przekonuje się do ludzi. I jest wyjątkowo uparty. Zupełnie jak April i jej siostry — dodała, na moment spoglądając znacząco na najstarszą córkę. —
Jak coś sobie wbije do głowy, to nie ma przeproś. Ale w końcu zrozumie, że jesteście razem szczęśliwe — zakończyła z pewnością, jakby to miało wystarczyć, żeby sprawa sama się rozwiązała.
Teddy przyjęła to, ale nie wyglądało na to, żeby w pełni ją to uspokoiło. Pokiwała głową lekko, bardziej z uprzejmości niż realnego przekonania.
—
A mogę zrobić cokolwiek, żeby nie traktował mnie jak intruza? — zapytała niepewnie, zerkając to na April, to z powrotem na Abigail. —
Nie wiem, może jakoś dać panu Finchowi do zrozumienia, że naprawdę zależy mi na April? Że chcę dla niej wszystkiego, co najlepsze i nie jestem jego wrogiem? — dodała ciszej. Przez chwilę wyglądała, jakby jeszcze chciała coś dopowiedzieć, ale jak tylko rozchyliła usta, to równie szybko je zamknęła. Bo prawda była taka, że Teddy nie wiedziała, czy w ogóle da się zrobić coś więcej. Nie znała zasad tej gry. I miała wrażenie, że niezależnie od tego, co powie albo zrobi, Paul i tak będzie musiał sam dojść do momentu, w którym uzna, że w końcu można ją ewentualnie zaakceptować.
co ta miłość wyprawia, nie pytaj mnie skąd mam pewność, że to ty