Nienawidziła garniturów. Nienawidziła też eleganckich sukienek, restauracji z gwiazdkami Michelin, ludzi mówiących o winie jakby opisywali doświadczenie religijne i wszystkich tych miejsc, gdzie kelnerzy zabierali ci krzesło zanim zdążyłeś sam usiąść. Po raz kolejny wygładziła materiał sukienki, gdy zmierzała w kierunku restauracji, rozważając kapitulację już na samym starcie całego przedsięwzięcia. Czego to człowiek nie był w stanie zrobić dla pieniędzy? Spojrzała na godzinę i cicho westchnęła. Weszła do jaskini lwa ze sztucznym uśmiechem wypisanym na twarzy, udając, że jelita nie skręcają jej się na widok tej starej raszpli, która zbyt żywiołowym krokiem zmierzała w jej kierunku. Jakby po prostu nie mogła wczoraj kopnąć w kalendarz i zostawić jej pokaźnego spadku. Nie, musiała kurwa trzymać się życia robiąc wszystkim na złość. Nie ma to jak rodzinne spotkania.
- Spóźniłaś się Gabrielo. Wyprostuj się, dziewczyno. - mimowolnie zrobiła to o co prosiła i policzyła do dziesięciu przypominając sobie, że musiała przez to przejść dla tych pieniędzy. Co za diabeł ją podkusił, żeby zgodzić się na to, że Billy dołączy do nich odrobinę później? Jeśli dupek zamierzał zostawić ją samą z tą siwą rudą pizdą, następne oskarżenie o morderstwo będzie całkowicie adekwatne do czynu. Czas się dłużył, a ich wymuszona pogawędka - a raczej stos krytyki wystosowany w jej stronę - w żaden sposób nie przybliżała jej do upragnionej gotówki. Niestety tylko Billy był w stanie uratować tą kolację. Oczarować tę drobną kobietę o idealnie ułożonych włosach i spojrzeniu ostrym jak brzytwa. Jak dobrze, że przejęła więcej genów z tej latynoskiej części rodziny.
Drzwi restauracji otworzyły się nagle. A w nich, w pełnej glorii i chwale, pojawił się Patel, który swoim spojrzeniem próbował odnaleźć jej bujne rude włosy. Billy o dziwo wyglądał dobrze w tym swoim garniturze. Nawet trochę ją wryło z wrażenia, bo zazwyczaj widywała go w dość odmiennym stanie. Teraz serio byłaby w stanie uwierzyć, że był prawnikiem oraz pedantem. Tyle, że nie była do końca pewna czy to wydanie jej się podobało.
- Kochanie... - wstała, żeby powitać mężczyznę i rozpocząć w końcu to żenujące spotkanie. Musnęła szybkim pocałunkiem kącik jego ust i odwróciła się w stronę babci, ujmując za ramię Williama. - Babciu chciałam ci przedstawić mojego partnera. - wymianę uprzejmości zostawiła już im, bo ją aż ściskało w żołądku przy tych wszelkich oficjalnych formach. Jej babcia długo wpatrywała się w postać Billego. Oceniała go i mogłaby przysiąc, że gdyby to był targ niewolników to zajrzałaby również mu w zęby i spodnie.
- Ładny.
- Babciu...
- Jestem stara, nie ślepa.
W tej jakże zacnej chwili zaczęła podejrzewać, że ten wieczór będzie znacznie trudniejszy, niż zakładała wstępnie. Potrzebowała tych pierdolonych pieniędzy, więc zmusiła się, żeby po raz kolejny usiąść przy stole. Cała nadzieja w Billym.
William N. Patel