-
Nawet różową jak będziesz chciała... Ale to chyba nie jest twój kolor Pilar, zdecydowanie bardziej czerwony - fajnie było tak sobie porozmawiać o czymś normalnym, przyziemnym, w tej ich popapranej sytuacji. A przecież oni mieli zaledwie po osiemnaście lat, powinni jechać sobie na wakacje, robić zakupy, kupować te czerwone sukienki i... -
bieliznę? - zainteresował się Madox -
dla mnie możesz iść bez - no bo akurat Noriega nie przywiązywał do tego jakiejś wielkiej wagi, do bielizny, kiedy on bardzo szybko się jej pozbywał. I jakby Pilar miała na sobie taką czerwoną sukienkę, to pewnie też tak by było.
Młodość rządziła się swoimi prawami, a oni byli w takim wieku, kiedy dopiero co weszli w ten etap
szalonej młodości, bo przecież niedawno byli jeszcze dziećmi.
A może nawet wciąż?
Kiedy tak wpatrywali się w tą tablicę odjazdów.
-
Ja też kocham - Madox pokiwał głową lecąc ciemnym spojrzeniem po kolejnych nazwach -
Bueanaventura brzmi jak zajebista przygoda, nie? - spojrzał na Pilar, bo chyba Noriega trochę liczył na to, że ta ucieczka to był początek ich zajebistej przygody. Marzenia to było coś, co w tych osiemnastoletnich głowach jeszcze miało szansę. Jeszcze nie zderzyli się tak boleśnie z rzeczywistością, nie aż tyle razy.
Jeszcze mieli... głowy pełne marzeń.
Tylko w tej wycieczce do Buenaventury akurat zatrzymała ich... zamknięta kasa. Ale to przecież piętnaście minut, a może nawet zadziała to na ich korzyść, bo Madox mógł podpytać Pilar co ona o tym wszystkim myślała. Chciał wiedzieć. Musiał wiedzieć, czy była pewna i czy rozumiała powagę sytuacji, dlatego on zaraz patrzył na nią wyczekująco, a te jego ciemne oczy nie błyszczały już tak wesoło jak jeszcze chwilę temu.
Jestem pewna - wyrwał się do niej, tak, że mimo jakiejś dziwnej, niewygodnej pozycji na tym krzesełku, to się do niej przytulił opierając głowę gdzieś o jej kolana, nawet otworzył usta, żeby coś jej powiedzieć.
Zajebiście?
Kocham cię?
Ale kiedy Pilar kontynuowała to wrócił na swoje miejsce zaciskając tylko palce na jej ręce.
Nawet nie pozwolił jej na dobre dokończyć, bo on już nawijał, równo z nią.
-
Ja też nie chcę już czekać i nie chcę, żebyś tu została... - ciemne spojrzenie utkwił prosto w jej pięknych, czekoladowych oczach. Przytulił sobie jej rękę do policzka, trochę zarośniętego i poobijanego, ale ciepłego -
nie byłem z nikim taki szczęśliwy, jak z tobą, kiedy jedliśmy na pół lody czekolada-mango, z posypką, którą wyżydziłaś - bo taka była prawda. Że to lato, kiedy oni się spotkali, kiedy postanowili
ze sobą chodzić było najlepsze, beztroskie, wesołe, odciągało myśli od tego, co działo się w pięknej różanej willi. A potem Ticiano postanowił to zepsuć. Perfidnie im zabrać.
A potem było już tylko gorzej. I owszem Madox często uciekał z domu i szukał chwili zapomnienia w ramionach innych dziewczyn, które wplatały smukłe palce w jego czarne włosy, tak jak teraz Pilar, ale to nigdy nie było takie beztroskie, przyjemne, szczęśliwe, jak ta ich pierwsza
mała miłość.
Już otworzył usta, żeby jej powiedzieć
czego on chce, ale widział w jej spojrzeniu tę walkę, jak próbowała mu powiedzieć coś ważnego. I Madox też przez chwilę walczył gdzieś w sobie, żeby tego nie spierdolić jakimś jednym głupim tekstem, bo przecież on był w tym mistrzem. W gadaniu, kiedy trzeba było się przymknąć, w psuciu nastroju głupotą. Ugryzł się w język, boleśnie, do krwi chyba, bo poczuł w ustach ten metaliczny posmak i dał jej dokończyć.
Słuchał, a oczy robiły mu się coraz ciemniejsze, prawie już czarne. A serce waliło mu tak, że czuł je w skroniach. Oddech przyspieszył, a on mocniej zacisnął palce na jej skórze.
Znowu złapał w płuca powietrze, może chciał się z tym kłócić, że
bycie blisko niego nigdy nie było proste, ale przecież to była szczera prawda. Madox przyciągał kłopoty, tam gdzie był on wiecznie się coś działo, generował wrażenia i emocje, nie wszystkie pozytywne, miłe...
Czasem to był pierdolony rollercoaster różnych uczuć i zdarzeń.
Musnął opuszkami jej skórę, miejsca po których go prowadziła, za którymi podążał jego wzrok, a kiedy ułożyła jego dłoń na swojej piersi, to aż podniósł na nią spojrzenie, na jej piękne, duże oczy. Czuł jak jej serce obija się o żebra, jak wali w szalonym rytmie. Złapał jej rękę i szarpnął ja do siebie prawie zrzucając z krzesełka, ale zaraz już kucał przy niej, blisko, jakoś krzywo, ale tak, że teraz jej palce ułożył na swojej piersi, na tatuażu z lwem schowanym pod koszulką.
-
Zobacz... - jego serce też tak waliło, rwało się do niej -
tak samo - proste. Tak samo mocno biły ich serce
poklejone szarą taśmą, do siebie, serca, które po ośmiu latach się obudziły z tego dziwnego letargu -
ja ciebie też... kocham - zaczął trochę niepewnie, ale to
kocham było już tak niezaprzeczalne, było gwoździem do trumny (oby nie), i do tego, że on znowu się do niej wyrwał, wepchnął między jej nogi przygniatając ją do tego niewygodnego krzesełka, wpijając się w jej usta, agresywnie. Ale w takim pocałunku, którym rozkoszowali się długo, obłędnie, a smakował wakacjami, młodością, miłością...
Mango i czekoladą.
I czego tu było się bać? Skoro Madox czuł to samo, a może nawet jeszcze bardziej?
Ale czy bardziej się dało?
Nie oderwałby się jeszcze od niej, mimo, że plastikowe oparcie wbijało się jej w plecy, a jemu podłokietnik gdzieś w biodro, ale poczuł...
Jak owczarek niemiecki wącha go po tyłku, aż podskoczył i obejrzał się do tyłu, a zaraz zrywał się z miejsca.
-
Nie... zostaw - odsunął od siebie psa, ale ten znowu się do niego wyrwał. Tam na pośladku w kieszeni miał woreczek z kokainą, wyczuł go -
dobry pies, siad, zostaw. Cześć... - kucnął, żeby wygłaskać psa, ale zaraz pojawiło się też dwóch (woof woof) policjantów, którzy uspokoili owczarka -
a to... panów - zaczął Madox -
fajny pies - owczarek znowu trącił go nosem w tyłek -
my też mamy... Z dziewczyną - wyciągnął rękę do Pilar, żeby pomóc jej wstać, żeby ustawić ją za sobą jakoś tak, żeby oparła się o jego tyłek -
pewnie czuje od nas psa... - bo przecież nie prochy.
Policjanci popatrzyli po nich, ale chyba niczego nie podejrzewali, chociaż zaraz jeden przyjrzał się Madoxowi bliżej.
-
Gdzie jedziecie? Bardzo jesteś poobijany młody - zaczął i podeszli bliżej. A Madox tylko się uśmiechnął.
-
Wyjebałem się na hulajnodze, na gębę, a ona mi mówiła, żebym uważał - znowu przyciągnął do siebie Pilar i się do niej przytulił -
no i wiem, że nie można jeździć we dwie osoby, ale ją namówiłem, moja wina... - no tak, bo Stewart też miała siniaki, a oni przecież tylko jechali we dwoje na hulajnodze, jak to dzieciaki, a nie prawie zostali pobici na śmierć, przez psychopatę, na plaży -
a jedziemy nad morze, o kasę otworzyli... - i Madox złapał za rękę Pilar, a w drugą torbę, ciągnąc ją w tamtą stronę, a pies jeszcze się za nimi wyrwał, ale policjant go przytrzymał przy nodze.
Besos con sabor a mango y chocolate ⋆.ೃ࿔
*:・