Potrzebowali wielu rzeczy, nie tylko
szorowania.
Zaczynając od świętego spokoju, poprzez sposób na Lunę, aż po znalezienie Luciano i matki Pilar. Ale może faktycznie należało to wszystko rozpocząć od prysznica, by spłukać z siebie cały dzisiejszy dzień. Nie był łatwy. Ledwo co wrócili się pięknej podróży w Rio, jako małżeństwo, a tu nie tylko wzięli udział w przekazaniu pieniędzy, Pilar musiała obserwować jak miłość jej życia rani biednego dzieciaka nożem, prawie zginął, a na koniec jeszcze musieli pożegnać ich wspólnego przyjaciela w przychodzi weterynaryjnej. Wszystko tego dnia było
nie tak, a jednak na koniec oni i tak odnaleźli komfort we własnych ramionach. W pocałunku, który rozładowywał to wszystko, który zabierał oddech i podrywał serce, uginając kolana. Nikt nie całował jak on. Nikt nie przyjmował tej całej agresji, którą miała w sobie z tak wielką otwartością. A do tego jeszcze ją odwzajemniał. Był jej drugą połówką, z góry wpisaną tuż obok jej imienia, żeby się odnaleźli.
Pierdolone połączenie dusz zapisane w gwiazdach. Połączenie, które ledwo potrafiło się od siebie oderwać. A jednak po chwili udało im się wsiąść do auta.
Droga minęła sprawnie. Dopiero na samym końcu Pilar w końcu wyrzuciła z siebie cały żal jaki miała względem sprawy Luciano. Strach dyktowany tym, co
mogło mu się dzisiaj stać sprawił, że na moment naprawdę chciała sobie odpuścić sprawę Luciano. Pomóc mu zostać w ukryciu, żeby ludzie Luny go nie dostali. Wiedziała przecież, że od razu by go odstrzelili. Lu musiał wiedzieć coś naprawdę mocnego, skoro tak wysoko postawiona mafia fatygowała się, żeby go znaleźć.
Pilar uniosła spojrzenie na Noriegę, gdy się z nią nie zgodził. Miał rację — nie mogli teraz odpuścić. Nie po tym, jak daleko zaszli. W dodatku nie szukając go, żeby
go nie zabili, nastawiali Luciano na to, że w końcu mogą znaleźć go bezpośrednio ludzie Luny i dopiero miałby gwarantowaną śmierć. Tak źle i tak niedobrze, ale w pierwszej wersji mogli chociaż coś z tego mieć, może zadziałać zanim to się rozniesie.
—
Jak ty chcesz się nie rzucać w oczy, jak oni śledzą każdy nasz krok? — spojrzała na niego z niedowierzaniem. Dobrze wiedziała, jakie sposoby miała policja, żeby kogoś śledzić i znać jego najdrobniejsze posunięcia. Biorąc pod uwagę, że półświatek nie miał
regulaminu i ograniczeń, do których musiał się stosować, można było sobie wyobrazić, że oni nie cofnęliby się przed niczym. —
Nawet nie wiesz, czy gdzieś w mieszkaniu nie ma podsłuchu. Czy nie założyli swoich lokalizatorów na nasze samochody. Nic kurwa nie wiesz, bo skupiliśmy się na wszystkim dookoła, a na nich nie zwróciliśmy uwagi —
my, bo przecież on już nie był w tym wszystkim sam. Teraz ona brała jego problemy na własne barki i dzieliła ten ciężar na pół. Na tym polegało małżeństwo. To że on zjebał… to było nie ważne, bo konsekwencje ponosili oboje. I teraz
wspólnie musieli się zastanowić jak to wszystko obejść. —
Będziemy musieli robić puste przebiegi — wtrąciła po chwili, zabierając się za parkowanie tuż przed blokiem. Nie patrzyła na Madoxa, ale czuła na sobie jego spojrzenie, gdy kręciła kierownicą. —
No wiesz, obrać jakiś fałszywy trop, pozwolić im myśleć, że nic nie mamy, a w tym samym czasie na boku iść tym właściwym — może nie była to najprostsza zagrywka do zorganizowania, ale zdecydowanie najbardziej skuteczna. Taka, która nie podważała ich
działania, bo przecież ciągle sprawdzali poszlaki, ale tym samym nie dawała ludziom, którzy
obserwowali cennych informacji. Madox umiał grać, ona miała analityczny umysł — razem faktycznie byli w stanie to dobrze rozegrać. Potrzebowali tylko planu.
I on chyba też o tym myślał we własnym zakresie, bo kiedy tylko wysiedli, ciągnął ją do góry do mieszkania, a potem sięgał po korkową tablice ze zdjęciem Diego, na której mogli wszystko rozpisać. Pilar stała z boku i przyglądała się temu wszystkiemu. Z jednej strony sytuacja była poważna, należało do tego podejść wyjątkowo rzetelnie, a jednak… kącik jest ust drgnął ku górze, widząc jak przypina tam pierwszą fotografię.
—
Kto by pomyślał, że z ciebie taki… detektyw? — podeszła bliżej, nie kryjąc rozbawienia, po czym trąciła go biodrem, zadzierając w górę głowę. Zatracając się na moment w pięknym, czekoladowym spojrzeniu, które w sekundę podrywało jej walące w piersi serce. Zarzuciła mu ręce na szyję i przyciągnęła bliżej. —
Me gustas tal como eres —
podobasz mi się taki, mruknęła, na kilka chwil zabierając ich do krainy beztroski, zrzucając te ciężkie, mosiężne wory z problemami i zamiast tego układając tam własne dłonie, które przesunęły paznokciami po jego potylicy. —
…tan organizado —
taki zorganizowany. Bo to naprawdę nie był codzienny widok. Miała do czynienia z człowiekiem, który na codzień wszędzie siał chaos. Wiecznie szył wszystko na bieżąco, lubił przypadki, lubił zdawać się na los. A tutaj? Tutaj wyciągał
t a b l i c e korkową rodem z komisariatu, na której mogli zapisywać informacje i łączyć kropki. Planować.
—
Oficial... —
Panie władzo…. Wzniosła się na palcach, nachylając nad jego twarzą. Nie powinna sobie robić teraz żartów, ale kurwa jak inaczej odreagować ten komisczny stres, w jakim żyli. Jak inaczej przetrawić fakt, że mogła go dzisiaj stracić. Że teraz nie stałaby tu w salonie i nie patrzyła w te pełne życia oczy; nie dotykała jego skóry, nie czuła bliskości. Kurwa. A przecież nawet jak było źle oni potrafili celebrować drobne chwile. A ta jego zabawa w policjanta i detektywa… No była taką rozczulającą, drobną chwilą, która wywołała uśmiech na jej twarzy. —
¿Qué sigue? ¿Esposas? —
Co następne? Kajdanki? Patrzyła na niego wyzywająco, nie umiejąc ukryć rozbawienia. Jej ciepły oddech muskał jego skórę, a płytki oddech sprawiał, że klatka piersiowa również zaczepiała go rytmicznie. —
A tak na serio uważam, że to bardzo dobry pomysł — dodała w końcu, żeby nie myślał, że tylko sobie z niego żartowała. Rozpisanie całego planu, w ogóle przeanalizowanie go było świetnym sposobem na uporządkowanie myśli. Na zrobienie kroku w tył i spojrzenie na wszystko w kupie. Wtedy o wiele łatwie było wyłapać niedociągnięcia, ale też zobaczyć, jak wszystko łączyło się w całość, będąc na swoim miejscu.
Na swoim miejscu okazała się być również jego dłoń, która przesunęła się po rozgrzanym udzie, zahaczając materiał poszarpanej doszczętnie sukienki. Zdeycdowanie musieli się umyć. Jebali na całe mieszkanie, a smród, który się za nimi ciągnął, pewnie nawet został w sporej ilości na klatce. Była to mieszanka bagna, krwi, potu i smaru, wszystko otulone obrzydliwie ciężkim dniem, który w końcu mogli z siebie spłukać.
—
Możesz zrobić z tą sukienką co tylko chcesz, nawet porwać na strzępy — prychnęła, przyglądając mu się uważnie. —
I tak wyląduje w koszu — do niczego innego się nie nadawała. Dół miała w strzępach, nie wspominają o plamach krwi, które będą nie do sprania, szczególnie takie zaschnięte. Złapała jeden z odstających przy szwie kawałków i wsadziła go między palce wolnej ręki Madoxa. Sama zacisnęła swoje na kawałku dalej, a potem patrząc mu w oczy, szarpnęła mocno. Powietrze od razu przeciął dźwięk rwanego materiału. Rwali go równo. Razem. Na pół. Tą pierdoloną sukienkę wraz z
pojebanym dniem. Mogli się na niej wyżyć.
Zedrzeć nieprzyjemne wspomnienia. Niby taka zwykłe czynność, a jednak trzeba przyznać, że była wyjątkowo
wyzwalająca. Aż Pilar…
—
Kurwa — przeklnęła sobie pod nosem, szarpiąc jeszcze raz i jeszcze. Oddech miała ciężki. A po chwili wcisnęła palce pomiędzy guziki jego koszulki. Te też była do wyjebania biorąc poziom jej upierdolenia. A nawet gdyby nie była, Pani Noriega już była w takim amoku, że i tak by ją chyba porwała. Tak jak w tamtej chwili kiedy rozciągnęła jego materiał, a guziki posypały się po podłodze. Posłała Noriedze intensywne spojrzenie.
—
Powinniśmy to spalić — rzuciła, ciskając jego koszulką na ziemie. Może potem, bo teraz już szarpała go za pasek od spodni w stronę łazenki. Byli sami, więc nie musieli się przejmować bałaganem, jaki robili. Tuż przed drzwiami odwróciła się w jego stronę i przytrzymała go na moment, by tym razem zabrać się za pasek i rozporek. Bo przecież nie będzie wchodził pod prysznic w ubraniach.
Me gustas tal como eres