Mogła to zostawić.
Nie. Wróć.
Ona
p o w i n n a to zostawić.
Olać samochód Milano i po prostu załadować się razem z Paris do BMW, a potem odjechać z chwilą, w której Madox wyjdzie z budynku. Tak pewnie zrobiłaby każda, chociaż trochę odpowiedzialna osoba. Ale nie ona. Bo przecież Pilar była narwana. Miała ciężki charakter i jak już coś sobie ubzdurała w swojej
czasami mądrej, a czasami kurewsko głupiej główce, to nie było takiej siły, która by ją przed tym powstrzymała. No dobra, może była jedna, ale
ona akurat była zajęta w tym momencie okładaniem Milano.
Chociaż Pilar wcale nie spodziewała się, że Noriega posunie się do tego stopnia, że wybije mu bark. Bardziej zakładała, że po prostu dociśnie go do ściany i nieco nastraszy, że
następnym razem nie będzie już tak miło. Przecież gdyby wiedziała, że Milano i tak nie byłby w stanie jechać dalej samochodem i ich śledzić, to przecież w życiu nawet by się nie kłopotała, żeby chociażby podejść do samochodu i bawić się z oponami.
Ale nie wiedziała.
Bo oni wszystko robili na spontana. Kiedyś była inna, ale przecież przy Madoxie obudziła w sobie też nutę improwizacji, którą zaraz prezentowała przy oponach. Jedna poszła gładko, ale też jedną zapasowa każdy szanujący się kierowca woził pod bagażnikiem, dlatego chciała przebić i drugą. Wyobrażała sobie, jak bardzo Milano będzie wkurwiony, jak zdesperowany, żeby dorwać Paris i ich, dlatego chciała się upewnić, że nie dotrze do nich
szybko. Nim jednak zdążyła dobrze wcisnąć śrubokręt w oponę, ktoś wyszedł zza ciemnej uliczki.
W koronkowej sukience w środku nocy z pewnością nie ciężko było ją zauważyć, dlatego na pierwsze słowa mężczyzny nawet się nie ruszyła. Nie drgnęła. Bo przecież skoro jakiś randomowy facet ją zaczepiał, to zaraz sprzeda mu kopniaka prosto w kroczę i wróci do czerwonego beemki i będzie spokój. Ale nie w tej bajce.
Nie poznała go po głosie. Dopiero kiedy wstała i się odwróciła, a jej spojrzenie odnalazło znajome już, ciemne oczy, od razu przypomniała sobie, jak wyglądał facet wtedy w magazynie.
Pająk. Tak na niego mówił Rodrigo. Pierdolony Rodrigo, który wczoraj prawie odstrzelił jej męża. Zacisnęła mocniej palce na śrubokręcie. Była gotowa się bronić, była gotowa nawet odpłacić się za Sombrę, gdyby tylko okazało się, że facet był sam, a dookoła nie było żadnych świadków…
Ale nie był. Zaraz jego kumple wyszli z cienia i momentalnie do niej doskoczyli. Złapali ją za ramiona i jeszcze jak z jednym dałaby sobie radę, tka na cała trójkę nie miała mocnych. Szarpała się i wiła, ale co z tego? Nawet kopniak, który sprzedała temu po lewej nic nie podziałał, a narobił więcej szkody, bo facet zaraz jej oddał. Prosto w piszczel.
—
Czego chcesz? — warknęła, ani trochę nie pokazując tego, jak w środku cała drżała. Jak strach zalał jej kręgosłup, a serce zabiło mocniej.
—
Posłuszeństwa — mruknął z obrzydliwym uśmiechem wymalowanym na twarzy. —
Ale wam to chyba średnio wychodzi, co, laleczko? — zrobił krok w jej kierunku, a następnie przystawił szorstką rękę do jej policzka i przesunął aż na szyję, zdzierając jeden z plasterków zasłaniających rozcięcie po szkle.
—
A ty naprawdę potrzebujesz dwój goryli, żeby mnie trzymali? — zmieniła temat.
— Boisz się, że nie dałbyś rady jednej lasce? — trochę próbowała tu zastosować strategie Noriegi z
zagadaniem przeciwnika. Ośmieszyć go w oczach kumpli i może nawet trochę jej się udało, bo Pająk momentalnie spoważniał, jednak zaraz znowu się uśmiechnął.
—
Ja po prostu nie lubię sobie brudzić rączek, rozumiesz — rzucił z uśmiechem, a potem machnął na swoich fagasów, żeby silą zaciągnęli ją do jakiejś kamienicy. Pilar próbowała im się wyrwać, ale to na nic. Gdyby jeszcze facet, który zatkał jej usta nie miał na sobie rękawiczki, bez problemu upierdoliłaby mu palec i nawet sama nie musiała krzyczeć, bo on zrobiłoby to za nią, ale takto nie była w stanie przedrzeć się przez tak gruby materiał, chociaż oczywiście spróbowała.
Nie miała z nimi szans.
Żadnych.
I chociaż z jednej strony chciała, żeby Madox tu teraz był, w tym samym czasie modliła się, żeby tu nie przychodził. Widziała przecież, że zaraz by się na nich rzucił, a wtedy mogłoby skończyć się różnie. Znała się na rzeczy, widziała przecież, że zza kurtki z tyłu odznaczał się kształt broni. Pająk też na moment powiódł za jej spojrzeniem i znowu się uśmiechnął. Kurwa, jak bardzo ona chciałaby teraz zetrzeć mu ten pieprzony uśmiech z twarzy. A zamiast tego nie mogła nawet nic powiedzieć.
Wegetowała więc w ramionach tych wszystkich goryli, słuchając, jak Pająk rozpoczął swój pieprzony monolog o niesubordynacji. O tym, że mają się ich słuchać, bo następnym razem,
jej faceta nie zasłoni żaden pies. Mimowolnie szarpnęła się na wspominkę o Somrze. Te rany wciąż nie były wyleczone i nie potrafiła udawać obojętności. Chociaż zupełnie nowe, większe otworzyły się w jej sercu, gdy mężczyzna wyraźnie podkreślił jej, że nawet jak ona będzie chciała go tym razem zasłonić, to władują w niego tyle kulek ile będzie trzeba. Czuła jak serce wali jej w piersi, jak oczy zaczynają szczypać. Nic nie triggerowało jej tak, jak myśl, że Madoxowi mogło się coś stać. Że mogłoby go nie być obok niej. To sprawiało, że Pilar, która zawsze była nieustraszona, niczego się nie bała… nagle czuła się jak wystraszone dziecko. Jakby znowu miała pięć lat i płakała za mamą, której nigdy nie miała, tak desperacko chcąc ją do siebie przytulić.
Dawno nie patrzyła w czyjeś oczy z tak wielką nienawiścią, jak w tamtym momencie w te Pająka. Nawet na Daltona nie patrzyła w ten sposób. Gdyby tylko miała teraz broń w dłoni… nie zawahałaby się jej użyć. Ani kurwa na sekundę. I trafiłaby dokładnie między oczy.
Co do m i l i m e t r a.
—
Rozumiemy się? — spytał w końcu, a ona nawet nie drgnęła. Jej ciężki oddech odbijał się jedynie od czarnej rękawiczki, która mocno przyciskała się do jej ust i policzków. Pająk zrobił krok w jej stronę, po czym wyciągnął rękę do przodu i szarpnął ją za włosy, bujając jej głową w przód i tył. —
Tak, Panie Pająk, rozumiemy się — sam sobie odpowiedział, uśmiechnął się, a potem jeszcze na odchodne… zamachnął się i uderzył ją z pięści prosto w brzuch. —
Na pytania się odpowiada, suko — warknął jej do ucha, po czym wszyscy rzucili ją na ścianę i się oddalili. Odbiła się od niej z impetem, wciąż czując jak okolice brzucha paliły ją żywym ogniem. Będzie krwiak, to na pewno. Aż zgięła się w pół i złapała mocno powietrza w płuca, chociaż to tez sprawiało jej ból.
Nawet nie zdążyła sobie ułożyć w głowie i uporządkować tego co się stało, a do środka wpadł Madox. Jego głos przeciął cisze i zadzwonił jej w uszach, aż od razu się podniosła, ignorując nieprzyjemne pulsowanie. Dopadła do niego, kiedy jeszcze się rozglądał i po prostu wpadła w jego ramiona. Wtuliła się w niego, jakby nie widziała go kurwa lata. Zaciągnęła mocno znajomym zapachem, dłońmi sunąc po jego plecach, ramionach i twarzy, jakby chciała sprawdzić, czy nic mu nie było.
Był cały. I dopiero kiedy zapytał się jej
co ona zrobiła odsunęła się od niego, wbijając ciemne spojrzenie w jego oczy.
—
Co ja zrobiłam? — warknęła, wciąż ciężko oddychając. —
Pogawędkę miałam z twoimi kurwa kolegami — nie powinna tak na niego warczeć, szczególnie, że on nie miał pojęcia, o czym mówiła, ale nie kontrolowała tego. Wszystko w niej chodziło. Stres dopiero zaczął rozlewać się po ciele, adrenalina szalała na pełnej, wcale nie w ten przyjemny sposób, a słowa pająka odbijały się w jej głowie pierdolonym echem.
Wpakujemy w niego kilka kulek.
To ostatnie ostrzeżenie.
Zainwestuj w czarną kieckę, przyda ci się na jego pogrzeb.
Kurwa.
Przez moment myślała, że ją popierdoli. Znowu czuła jak to nieznośne uczucie paniki zalewa ją całą od czubka głowy aż po palce u stóp. Jak klatka piersiowa sprawiała wrażenie, jakby zajęła się ogniem, jakby serce lada moment miało eksplodować. Przerażenie mieszało się z gniewem. Z nienawiścią w czystej postaci. Mieli się nie wychylać i ich słuchać, ale przecież Pilar miała pełną świadomość, że to nie skończy się nigdy. Że jedyną opcją było zdjęcie Luny i jego pomagierów. Posłuszeństwo na dłuższą metę i tak nic by tutaj nie dało. A fakt, że grozili jej mężczyźnie, którego kochała… doprowadzał ją do szału. Sprawiał, że przeszła się kilka kroków w przód, wyrwała mu, kiedy pewnie próbował ją złapać i dowiedzieć się czegoś więcej, a finalnie odwróciła się do niego z pełną powagą na twarzy.
—
Jak już zdejmiesz Lunę… — zaczęła podchodząc do niego bliżej. —
Pająk jest mój — rzuciła to zdanie tak chłodno, że bardziej się już chyba nie dało. Z jakąś chorą rządzą mordu, o którą normalnie ciężko było ją posądzić. Ale taka była prawda. Na ten moment miała ochotę go zatłuc. Za to co zrobił, a przede wszystkim za to, co chciał zrobić, co groził, że zrobi. Nie miała zamiaru na to pozwolić. Nawet gdyby to oznaczało, że złamie daną Noriedze obietnicę i się wyłamie.
—
Gdzie Paris? — spytała po chwili, zmieniając temat. Głupio rozejrzała się dookoła, ale przecież to było oczywiste, że Madox nie wziął jej ze sobą. —
Zamknąłeś ją chociaż w tym aucie? Co jak wyszłą i poszła do Milano? — spytała, po czym przeczesała nerwowo rozjebane na wszystkie strony włosy, po tym, jak nią szarpali. —
A właśnie. Co z nim?