27 y/o
Indulge in local cuisine
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

trigger warning
przekleństwa i inne wulgaryzmy
I'm so messed up, can't you see?


Miała brata...
Jej ojciec prowadził podwójne życie...
Prawie zaliczyła brata...
Kurwa...
Zajebie go...
Każdy krok w kierunku domu rodzinnego, przybliżał ją do tragedii. Ta konfrontacja z ojcem, do której tak się rwała, mogła zakończyć się tylko w jeden sposób. Toronto mogło dzisiaj spłynąć krwią, ale jeden logicznie myślący prawnik miał magiczną moc sprawczą. Zawsze potrafił usadzić ją w jednym miejscu, gdy balansowała na tej cienkiej granicy kodeksu karnego. Więc zamiast trzymać w swojej rączce nóż, stała jak ten debil w ich dawnym miejscu. Nerwowo stukała obcasem o chodnik i napierdalała palcami po ekranie, żeby odpisać na kolejną wiadomość. Odwracało to jej uwagę. On odwracał jej uwagę. I pomimo tego, że piździło złem, to czekała, zastanawiając się jakim kurwa cudem, wciąż miał nad nią taką władzę. Wystarczyło jedno jego słowo, a leciała jak zakochany szczeniak i robiła te popierdolone rzeczy bez mrugnięcia okiem. A gdy sama odwalała jakiś shit, to pierwsza jej myśl była taka, że musi napisać do Billego. Po sześciu latach powinno jej przejść. Powinien być kolejną zabaweczką, którą wyrzucała do kosza, gdy tylko się znudzi. A jednak zawsze wracała. Darzyła tego mężczyznę uczuciami, czy tego chciała, czy nie. Bo nigdy jej nie udało się wyleczyć z Williama. I jak na ironię losu tym razem, to ona chciała więcej. A on... Zraniła go. Kiedyś zawiodła jego zaufanie i żadne wytłumaczenia nie mogły tego naprawić. Tkwili więc w tym zawieszeniu, a ona szanując jego podejście do związków nie robiła kolejnego kroku. Żartowała sobie. Latała do niego za każdym razem. Nie kłamała. Czyny miały ważniejsze znaczenie niż słowa. Bo te, w ich wydaniu, nieraz miały mało wspólnego ze stanem rzeczywistym. Dlatego jak każda pojebana laska, zamiast wyłożyć karty na stół, to lokowała uczucia w innym facecie. Rozsądne, prawda?
Była ciekawa, kiedy ktoś się do niej przyjebie. Ta okolica nie należała do przyjemnych. Na ziemi leżało kilka pustych strzykawek, a graffiti na ścianach przyprawiło nie jedną staruszkę o zawał. Jeśli ktoś miał ubogi zasób przekleństw, to mógł w świetle dziennym podziwiać te dzieła. Co prawda kilka słów było napisanych z jebanym błędem, ale widziała oczami wyobraźni, jak jakaś tania dziwka w lateksie chodzi od ściany do ściany z drewnianym patyczkiem i uczy młodzież kilku pięknych słów. Ona zaś z nudów wyciągnęła czarny marker z torebki i rysowała małe diabełki w różnych pozycjach z Kamasutry.
- Nie wykreślimy złotego strzału. No chyba, że dalej będę taka seksi nawet ze zmarszczkami. A taki namiot, to od razu porwałby ci wiatr. Jest niepraktyczny. Z dwoma dziewczynami. I tak, zaostrzyłam zasady gry. - odpowiedziała, gdy w końcu do niej podszedł Książę Prostackiego Zachowania. Skończyła rysować diablicę, która ujeżdżała wielkie dildo i w końcu spojrzała na niego. Oceniając, czy warto było na niego tyle czekać.
- To gdzie mnie zabierasz, Romeo? - okręciła się, w blasku nikłego światła latarni, żeby widział, jak zajebiście wygląda. A następnie złożyła krótki pocałunek na jego ustach, dając przedsmak tego, co może dostać, jeśli odpowiednio się postara. Chociaż dla niego mogłaby się sponiewierać nawet tutaj, w tym ciemnym zaułku na oczach lokalnego meneliksa, który robił sobie dobrze od kilku minut na schodach.

William N. Patel
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Na tym świecie działy się czasem rzeczy niewytłumaczalne i niezrozumiałe nawet dla takiego intelektualisty jak ja. Na przykład to, że wystarczyło jedno słowo, jedna wiadomość, a ja rzucałem wszystko i leciałem na drugi koniec miasta żeby spotkać się z Gabi. Co prawda nie robiłem nic wielkiego, ot, oglądałem sobie powtórki Sędzi Judy, ale myślę że nawet gdyby to była sprawa życia i śmierci, to rzuciłbym to w cholerę by zaraz znaleźć się przy Gabrieli. Kurwa, jak to w ogóle wygląda, dosłownie typiara napisała do mnie, że była na chujowej randce i potrzebuje pocieszenia, a ja wyjebałem z chaty w dziesięć minut, żeby do niej dotrzeć. Jak biorę to na chłodno to brzmi na maksa żałośnie. Nie ma żadnego logicznego wytłumaczenia na tą sytuację. Wiem jednak jedno - to działa w dwie strony. I chyba nie warto się w tym wszystkim doszukiwać jakiegokolwiek racjonalizmu, bo w naszym duecie zawsze ponad rozsądkiem są uczucia. Pojebane. Klepię obydwoma kciukami w ekran tak intensywnie, że o mało nie ląduję na glebie, kiedy metro zatrzymuje się przy następnym przystanku. Przytrzymuje mnie jakiś nastolatek i uśmiecham się do niego szeroko, głównie chyba dlatego, że czuję się w tej chwili wyjątkowo szczęśliwy. Dziękuję krótko, a młody kiwa głową, że spoko, chociaż posyła mi takie spojrzenie w stylu a ten co, pierdolnięty zawsze uśmiechnięty i może ma trochę racji. Wysiadam na stacji, po czym szybko wspinam się po schodach i ruszam w kierunku naszego miejsca. Generalnie to był taki spocik, że o ile nie kumasz się ze swoim dilerem, to najprawdopodobniej nawet nie zdajesz sobie sprawy, że tam, między drzewami, przy tym oszczanym murze może znajdować się ta zacna miejscóweczka. Już z odległości widzę jak Gaba coś tam kombinuje przy ścianie, więc kiedy podchodzę bliżej to od razu zerkam na te jej rysuneczki. Kiwam głową gdy się odzywa - Tak? To jakie teraz są zasady?- pytam, po krótkiej chwili wskazuję łbem na diabełki, które wyrysowała na murze - Co to? Jakieś wskazówki dla mnie czy zapowiedź dzisiejszego wieczoru? - pytam, a moje usta wykrzywia łobuzerski uśmiech. Muszę nieskromnie przyznać, że sam też się odjebałem jak szczur na otwarcie kanału. Mam garnitur, tylko wystylizowany trochę bardziej nonszalancko niż te, które na co dzień noszę do pracy oraz wypastowane martensy i gitarę na plecach, zaś gdzieś w pokrowcu upchnięte jeszcze kilka rzeczy, które potem mogą się przydać. Patrzę jak się okręca, po czym ląduje miękko w moich ramionach, łącząc nasze usta w powitalnym pocałunku. Byłoby nawet jakby romantycznie, gdyby nie ta sceneria przyprawiająca o mdłości - odrapany mur, zniszczone schodki i żul walący gruchę do strony wyrwanej z gazetki dla dorosłych. Pewnie ukradł ją ze stacji benzynowej - Chodź - łapię Gabi za rękę i szybko wyciągam ją spośród tych kilku drzew, a potem ruszamy razem wzdłuż chodnika - Chciałem się tam wybrać, tylko nie miałem z kim, no ale skoro już odjebałaś się jak sto pięćdziesiąt to w sumie warto wykorzystać sytuację, na żywo wyglądasz jeszcze lepiej - zaczynam tajemniczo, zawieszając na niej spojrzenie - Jest zamknięcie sezonu w Casa Loma, jakieś wiesz, finisaże, gry i zabawy, inne aktywności - chuj wie w sumie co tam się dzieje do końca, bo przez opis wydarzenia jedynie przeleciałem wzrokiem i gówno się dowiedziałem - A potem zabieram cię na biwak, tylko nie mam namiotu, więc chyba będziemy musieli przejąć jakiś szałas, albo wbić się do domku - czyli w wolnym tłumaczeniu pewnie tam włamać. Może do tego, który należał do jej kumpla? Ciekawe czy by się wkurwił. W każdym razie przez chwilę zastanawiam się czy powinienem podjąć pewien temat, który mnie ciekawił czy jednak dać sobie spokój. A chuj - Pojebana akcja z tym twoim bratem, nie? Chcesz o tym pogadać? - zagaduję, badając jej reakcje, jeśli nie była jeszcze na to gotowa to ok. Chociaż możliwe, że nigdy nie będzie tak po prawdzie.

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
27 y/o
Indulge in local cuisine
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

To było proste. Na jej ustach od razu pojawił się uśmiech, gdy tylko wpadła w jego ramiona. Chociaż jeszcze przed chwilą miała minę, jakby każdemu chciała zajebać śledziem i wypatroszyć przy okazji rodzinę. I zrobiłaby to na własnym przykładzie, ale po raz kolejny pozwalała Williamowi zarzucić na siebie sidła. Kilka słów, szmerka bajerka i znowu była jego. Tu i teraz. Ufnie wsuwając swoją dłoń w jego, nie myśląc zupełnie o jutrze i wszelkich problemach.
- Zawsze musisz znać zasady? - przesunęła palcami po materiale jego garnituru, doceniając starania dopasowania się do jej stylówki. - Wyrwałeś się z jakiejś randki? Czy ze spotkania ze swoimi korpo ludzikami? - bo ona w tak krótkim czasie za nic w świecie nie odwaliłaby się w takim tempie. Nawet, gdy Thalia dała jej godzinę na tą całą tajniacką imprezkę bogaczy, to ledwo się wyrobiła. W tak awaryjnej sytuacji pewnie wyglądałaby jak pół dupy zza krzaka, żeby znaleźć się jak najszybciej obok niego. Dlatego podwójnie jej zaimponował swoim wyglądem. A w jej oczach pojawiły się te iskierki szczęścia, gdy zauważyła pokrowiec na gitarę.
Jeśli zamierzał dzisiaj grać, to bezapelacyjnie nie zamierzała poświęcać uwagi żadnemu innemu mężczyźnie. Nawet na tego sąsiada, o którym przed chwilą mu pisała, wzdychając, jaka to była zakochana. I zapewne gdyby sam Bóg Seksu zagrodził im teraz drogę, to wybrałaby Billa, bo ten zawsze wygrywał. Był jak syrenka, która wzywała swoją pieśnią zbłąkanych żeglarzy. A ona ślepo szła za nim, bo za każdym razem uczucia do niego brały górę nad rozsądkiem.
- Tworzę ścianę edukacyjną, gdyby kiedyś dzieci Ricza się tu zgubiły. Nawet byś się tak nie wygiął. - wskazała na jeden rysunek i zaśmiała się, widząc ten łobuzerski uśmieszek, po którym nieraz zapominała języka w gębie. I teraz nie było inaczej, bo już w myślach miała te wspomnienia, gdy wieczorami siedzieli na jego balkonie. On brzdąkał sobie na gitarze, podśpiewując, a ona leżała obok niego, leniwie malując farbkami po jego skórze.
- Masz wejściówki? Bo ja próbowałam zdobyć. - i się nie udało, pomimo licznych znajomości i ulokowania swojego tyłeczka w tym artystycznym świecie. To na starcie była na przegranej pozycji, bo na zamknięcie sezonu często zapraszali tylko grube rybki. - Biwak?! - z wrażenia prawie potknęła się na tych niebotycznie wysokich szpilkach. Odwróciła aż Williama w swoją stronę, żeby przyłożyć dłoń do jego czoła. Nie no, gorączki nie miał. - Jesteś popierdolony. Chcesz mnie zabrać na biwak w garniaku? Kiedy jestem w sukni i mam szpilki? - spojrzała na niego, jakby faktycznie co najmniej po drodze wyjebał się na ryj i stracił ostatnie klepki. Zamiast jednak go wyśmiać, przyciągnęła go za krawacik do siebie. - Jesteś popierdolony. I to w tobie kocham. - zaśmiała się i pocałowała go znowu, tym razem namiętnie. W ten sposób, że te małe narysowane diabełki na ścianie, zakryłyby oczy gdyby tylko mogły.
A potem czar prysł.
Poruszyła się nerwowo i zacisnęła mocniej palce na jego dłoni, gdy poruszył niewygodny temat. Rzadko kiedy wspominała o ojcu. Nawet jemu. Przedstawiła go jedynie mamie, wykorzystując fakt, że kiedyś starego wywiało chuj wie gdzie. Może wciskał im bajeczki o swoich wyjazdach i w mieście spędzał czas ze swoją drugą rodziną? - Myślisz, że moja mama wiedziała? - zapytała randomowo, bo przecież on znał się na ludziach. Ten prawniczy instynkt rzadko kiedy zawodził. Bo co jeśli ten dupek zrobił jej coś, żeby milczała?

William N. Patel
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Lubiłem wiedzieć, ale miała rację - czasem warto było przekonać się na własnej skórze co wolno, a co jest zakazane, wtedy zabawa była lepsza, więc wzruszam tylko ramionami i uśmiecham się krótko - Ta, byłem właśnie na randce z Gigi Hadid, ale uznałem, że ty jednak jesteś lepszą partią - tak naprawdę to miałem doświadczenie w szybkim ubieraniu się. Jak na przykład nagle się okazywało, że ta dziewczyna, która wyrwała cię w klubie na wspólną noc w jej mieszkaniu, ma chłopaka i właśnie wrócił wcześniej z pracy, to wtedy się trzeba było naprawdę szybko ubierać. Miałem też pedantycznie ułożoną szafę z dopasowanymi kompletami, co skracało czas przygotowań o dobry kwadrans - Jezu, myślisz, że dzieci Ricza będą kiedyś aż tak zdegenerowane, żeby zapuszczać się w takie miejsca? - śmieję się - No fakt, ciężko by było - chociaż widziałem tam także kilka pozycji, które byłbym w stanie zrobić, zapisuję w pamięci - To trzeba mieć wejściówki? - dziwię się i spoglądam na Gabę, ale zaraz dodaję - Spoko, tylko na nas spójrz - przecież obydwoje, a już tym bardziej razem, prezentujemy się tak jakbyśmy robili w awangardzie - Po prostu tam wejdziemy, a jak ktoś nas zatrzyma to poślemy mu takie spojrzenie w stylu czy ty kurwa wiesz kim ja jestem - rzucam jej dokładnie takie spojrzenie, bo akurat mam je wyćwiczone, posyłam takie swoim przeciwnikom tuż przed wejściem na salę rozpraw żeby od progu wiedzieli kto tu rządzi, dobra technika na rozproszenie wroga, Gaba też na pewno sobie poradzi - Dobra, możesz spróbować na mnie - zachęcam ją - A jak to się nie uda to spróbujemy znaleźć najbardziej ekscentrycznego, kultowego artystę i któreś z nas będzie musiało dać mu dupy, albo obydwoje, ale to by była w sumie optymistyczna opcja - szkoda, że akurat i ja i Gaba preferowaliśmy trójkąty z dwoma dziewczynami, ale jak się ma co się lubi, to się lubi co się ma. A przecież to zawsze mogła być artystka. Zatrzymuję się równie gwałtownie co ona i patrzę zdziwiony - Wziąłem ci buty na zmianę - od Peach, wcale to nie było łatwe żeby w ogóle jakiekolwiek znaleźć, bo co prawda Pepper miała tysiąc par butów i osobną szafę żeby je tam pomieścić, ale jakieś 93% to były obcasy. Chuj wie czy w ogóle będą pasować na Blais, no ale jak widać pomyślałem o wszystkim - Sukienkę i tak szybko z ciebie ściągnę - rzucam bardzo bezpośrednio, a moje usta wykrzywia dosyć sugestywny uśmieszek. Już za moment lecimy w ślinę ostro jak para zakochanych nastolatków, których ktoś zostawił samych na pięć minut. A potem czar prysł. Widzę jak się spina, przez chwilę nawet żałuję, że w ogóle poruszyłem ten temat, czasem to naprawdę mam za długi język - Myślę, że nie - odpowiadam od razu - Gdyby wiedziała mogłaby go zniszczyć w sądzie - a ja chętnie bym jej w tym pomógł. Nie tylko ze względu na Gabriele, ja po prostu lubiłem niszczyć takich skurwieli, którym się wydawało, że są sprytni. Te ich miny w momencie, w którym uświadamiali sobie, że nie wypłacą się do końca życia - bezcenne. Odwracam twarz w kierunku dziewczyny i kątem oka widzę nadjeżdżający tramwaj. W sumie powinniśmy podjechać kilka przystanków - Nasz tramwaj, szybko! - puszczam się biegiem, wciąż ściskając Gabe za rękę i dzięki wszystkim niezbadanym mocom wszechświata za to, że doskonale potrafiła biegać w takich butach. Jakiś facet widzi, że biegniemy i przytrzymuje nam drzwi, więc kiedy jesteśmy już obok niego to rzucam krótkie - Dzięki - obydwoje przepuszczamy Gabi przodem, widzę jak typ mierzy ją od góry do dołu, po czym zerka na mnie z takim o kurwa, niezła, a ja zaś gapię się na niego zupełnie tak jakbym chciał powiedzieć zajebista i to moja, chociaż Gaba tak naprawdę nie była moja, ani nikogo innego, takiej niepokornej duszy nie dało się okiełznać, a to w zasadzie ciągnęło mnie do niej jeszcze bardziej. Jak tylko wchodzę do środka to od razu zdejmuję z pleców gitarę, żeby się z tym ogarnąć zanim pojazd ruszy, a potem zajmuję miejsce tuż obok mojej dzisiejszej randki.

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
27 y/o
Indulge in local cuisine
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

W wiele rzeczy była w stanie uwierzyć. Nawet w najbardziej idiotyczną teorię spiskową, ale nie w to, że rzuciłby dla niej randkę z modelką Victoria's Secret. Bo gdyby wiedziała, że umówił się z taką laską, to pewnie jak zawodowy stalker śliniłaby się przez szybę, obserwując ich podczas tej chwili sam na sam, błagając, żeby zaprosił ją do takiego trójkąta. Pomarzyć zawsze można, ale rzeczywistość też nie przedstawiała się najgorzej. Wyglądali totalnie HOT. I wierzyła w to, że tej nocy mogli podbić cały świat, a nawet i las, skoro mieli później iść na biwak.
- A ty myślisz, że to będą porządne słodkie dzieciaczki? Może dzięki temu któreś z nich będzie miało chociaż ciekawe życie erotyczne. Albo ktoś inny dostanie w łeb moją inspiracją. - bo istniało dość spore ryzyko zawalenia tego budynku. Wtedy to jednak będzie pieprzony znak od kosmosu, że ktoś powinien zrobić salto i nadziać się na genitalia drugiej osoby w ten czy inny sposób.
Mieli plan. I to całkiem sprytny. I nie potrzebowała nawet żadnych prób generalnych, bo to zawsze im wychodziło. Jej twarz miała napisy i to nawet wtedy, gdy tego nie chciała, ale za to Billy miał ten face prawnika. Tak czy siak, razem mieli wszystko, więc brak biletów, to był najmniejszy problem. Gorzej było z dojazdem, bo musieli zdążyć na tramwaj. Co było ciężkie, bo chodniki w Toronto - przynajmniej w tej części miasta - były dziurawe, jak zęby tamtego menela, grożąc skręceniem kostki.
- Zasada numer jeden. Sukienkę możesz zdjąć ze mnie, nie używając rąk. - wyszczerzyła się, ale nie miała czasu, żeby bardziej porozwodzić się nad istniejącymi opcjami. Ani nad tym, że wziął dla niej buty na zmianę. Pędzili przed siebie, jakby co najmniej jedno z nich miało srakę stulecia i to na pewno nie ona, bo przecież każdy szanujący się obywatel wiedział, że kobiety nie robiły tak obrzydliwych rzeczy. Nie skomentowała nawet później jego słów o swojej sytuacji rodzinnej. Chciała dziś o tym zapomnieć. Rozmawianie o problemach nigdy nie należało do jej mocnych stron.
Uśmiechnęła się pięknie do mężczyzny, który nie dość, że jej przytrzymał drzwi, to jeszcze przepuścił przodem. A mówią, że ludzie to tacy degeneraci. Że wszędzie patola i rozpusta.
Dłonią uniosła materiał swojej sukienki, żeby łatwiej było jej zrobić większy krok, ale i tak czuła, jak materiał wżynał jej się w tyłek i udo przy tych akrobacjach. Może i eleganckie, obcisłe i długie suknie były wręcz stworzone dla tak gorących lasek, jak ona, ale w chuj niepraktyczne. Nie dziwota, że te gwiazdki na czerwonych dywanach nie raz chodziły, jak upośledzone.
Usiadła na jednym wolnym miejscu, uprzednio sprawdzając, czy nie było tam żadnej niespodzianki. Kilka przystanków. Nawet nie zerknęła na rozkład, bo William od razu wiedział, na którym dokładnie powinni wysiąść. A jeden cywil w tej podróży dodatkowo dostarczał im rozrywki. Najpierw mówił coś do siebie i robił dziwne wymachy w powietrzu. Było to dosyć zabawne. Później jednak się przypierdolił do jakiejś dziewczyny, wyzywając ją od komunistów, bo miała na kurtce naszywkę z logo jakiegoś zespołu. Ściągnął pasek. To już nie było akurat zabawne.
- Pokaż dupę! Pokaż dupę! - zaczęła krzyczeć, żeby zwrócić na siebie uwagę amanta. Czuła już na dłoni uścisk Williama, który pewnie miał flashbacki jak z Wietnamu, myśląc, że znowu wpakuje ich w jakąś kłótnię. - Striptiz dla ubogich! - z torebki wygrzebała jakąś monetę i rzuciła nią w zdezorientowanego typa. On spojrzał na nią. Ona na niego. Łzy zaszkliły się w jego oczach i po chwili już płaszczył się im przy stopach. Dosłownie ziomuś chlipał na podłodze, a ona uniosła nogi do góry, żeby przerzucić je przez uda Williama, bo tamten chciał złapać ją za stópki. A tak się nie godzi. Więc to Billy został ofiarą stópkarza, który sprzedawał im historię swojego życia. Jak to kiedyś był dziwką u jakiegoś milionera, ale potem był za stary i ten go wymienił na lepszy model. A ta moneta mu przypomniała, że jest coś wart. Przy jednym z przystanków kierowca tak mocno zahamował, że facet poleciał do przodu i wybił sobie zęba… Ona znowu wygrzebała z torebki jakiś hajs i tym razem ich kolega wzbogacił się o pięciodolarowy banknot, żeby kupić sobie po drodze gumę i zakryć nią tę paskudną szczelinę.
Kolejny przystanek należał do nich, więc szybko się ewakuowali, zastawiając drzwi gitarą, żeby przypadkiem ich nowy kolega nie poszedł za nimi i nie popsuł im randki. Droga do zamku przynajmniej minęła bez większych ekscesów.
Podeszli do głównej bramy. William zrobił swoją minę, a ona trzymała go za ramię, jak prawdziwa dama dworu. Wszystko szło gładko, ale ochroniarz nie chciał ich puścić. Miał listę gości. Stukał w nią długopisem i tylko kręcił głową. Wszystkie sztuczki Billego zawiodły, więc wkroczyła do akcji. Akurat ona mocniej siedziała w tym artystycznym świecie i wcześniej stalkowała event, więc wiedziała, czyje prace wisiały w salach tego budynku.
- Proszę wybaczyć koledze. Nie lubi być w centrum uwagi. BUJA. Powinien być na liście pod swoim pseudonimem artystycznym. Oraz Sabrina Seck. - skłamała gładko, uśmiechając się mimowolnie do samej siebie, bo nie mogła się doczekać, żeby powiedzieć Williamowi, że ten artysta współpracuje z winiarzem Jonasem Kieferem, który wykorzystuje fragmenty jego dzieł do etykiet swoich butelek wina. Gorzej, jeśli ochroniarz znał wizerunki tych malarzy, bo ni w ząb nie byli podobni. Wstrzymała oddech, gdy mężczyzna podniósł krótkofalówkę do ust i zaczął coś do niej mruczeć pod nosem. Nic z tego nie zrozumiała, ale zaraz przez bramę wypadła zdyszana kobietka z wielkim notesem w dłoniach. Zaczęła ich ciągnąć do środka, na jednym wydechu informując ich, że wszyscy czekają. Wystawa się zaczęła, a oni już piętnaście minut temu powinni byli wygłosić wykład o swojej twórczości i procesie jej powstawania.
Cała sala odwróciła się w ich kierunku. Było tu chyba ze sto osób, jak nie więcej. Ci, którzy ogarnęli, że przed nimi wcale nie stoją artyści, milczeli zapewne w szoku. Ona też była kurwa w szoku. Dopiero teraz uzmysłowiła sobie, skąd jej się, kurwa, wzięły te nazwiska, które podała ochroniarzowi. No tak... Przypał. Wyciągnęła jednak ręce na boki, jak matka, która chce ogarnąć swoją trzódkę i ruszyła do przodu, kierując się na środek sali. Przedstawienie czas zacząć.

William N. Patel
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
0 y/o
For good luck!
0 cm
czy jest tu jakieś drewno?
Awatar użytkownika
Jestem miszczem gry
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Jak cudownie być sławnym!
Wildcard – William N. Patel
William Patel, znany w środowisku prawnik, rzekomo jeden z lepszych swojej dziedzinie. Mężczyzna, nim wpuścił Gabrielę oraz Williama na wystawę, zmierzył ich uważnym spojrzeniem. Sądząc po jego minie, przez chwilę się wahał. Uznał jednak, że uwierzy rudowłosej kobiecie na słowo i wpuści ich na wystawę. Kobieta, która po nich wyszła, była jedną z organizatorek — osobiście rozsyłała zaproszenia. Była nieco zaskoczona widokiem Williama i Gabrieli. Nie tak wyobrażała sobie te dwie znane osobistości. Ostatecznie zostali wpuszczeni do środka i poproszeni o przemowę.
Gwar, który rozniósł się po wnętrzu pomieszczenia, gdy tylko pojawili się na salonach, był wyrazem ekscytacji. Niektórzy się krzywili, ciężko powiedzieć, na czyj widok bardziej. Organizatorka zaprosiła ich na scenę, zachęcając sympatycznym głosem do rozpoczęcia przemówienia. Goście, chcąc zmotywować artystów, zaczęli głośno klaskać. Wszyscy, poza mężczyzną siedzącym w pierwszym rzędzie ze zdumioną miną. Mrużył oczy i ściągał brwi, przyglądając się Williamowi z niemałym skupieniem. Kojarzył tego mężczyznę, w sumie to nawet można powiedzieć, że rozpoznawał w nim prawnika, który wspomógł go w pewnej sprawie. Dzięki niemu uniknął więzienia i mógł cieszyć się dalej swoim życiem. Nie wychylił się od razu. Z początku przysłuchiwał się przemówieniom, drapiąc się po świeżo ogolonym podbródku. Chwilę po tym, jak Gabriela i William skończyli się wypowiadać, rozpoczął się kolejny etap spotkania z artystami — przyszedł czas na pytania. Mężczyzna jako pierwszy uniósł dłoń, zgłaszając się na ochotnika do zadania pierwszego z nich.
— Panie mecenasie? Nie spodziewałem się pana tutaj, kiedy się Pan przebranżowił? — zapytał, ponownie układając dłoń na kolanie.
I w tym momencie tłum zaczął szeptać. Czy William Patel podszywał się pod kogoś, kim nie był?!
Madox A. Noriega William N. Patel Gabriela R. Blais
gall anonim
triggery
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

W sumie nie myślałem o tym wcześniej, ale teraz, jak zapytała głośno, to jakoś tak moje myśli zaczęły krążyć wokół nienarodzonych dzieci Ricza i Rosy. Rosario to była istna diablica, w dodatku bardzo bystra i z naprawdę czarującą buzią co zwykle stawiało ją na wygranej pozycji, Ricardo właściwie czasami wydawał mi się całkiem niewinny, a potem nagle sobie przypomniałem jak zdradzał swoją żonę, albo kręcił dupą dla azjatek w gaciach w panterkę. Słyszałem też taką teorię, że dzieci dziedziczą charakter po rodzicach chrzestnych i nawet w to wierzyłem, a jeśli ja zostanę ojcem, a nie dajcie bogowie, matką na przykład taka Gaba to tak, przynajmniej jedno z ich dzieci będzie doskonale znało to miejsce. Biorąc pod uwagę fakt, że drugie na bank będzie trzymał do chrztu Madox, to kurwa, oba pewnie będą się tu spotykać ze swoimi dilerami. Ciekawe jakie narkotyki będzie można tu kupić za dwadzieścia lat. No mniejsza, odbieram od dziewczyny marker, bo też chcę zostawić jakiś ślad dla dzieci Martinezów, a że totalnie nie umiem rysować, to piszę B+G a pod spodem 2026, gdzieś na tej ścianie był już podobny napis, tylko z inną datą, więc przesuwam po niej spojrzeniem. Może zdążył się już zmyć? Dowiemy się następnym razem, bo zaraz idziemy wzdłuż chodnika, a Blais rzuca mi wyzwanie. No cóż, miałem spore doświadczenie w zdejmowaniu sukienek w różnych okolicznościach i różnymi sposobami. Z Gabi zdejmowałem je już górą, dołem, bokiem, z użyciem rąk i bez użycia rąk, powoli, albo bardzo szybko, a czasem ona sama pozbywała się ubrania zanim ja w ogóle zdążyłem przejść do rzeczy, więc chyba i tym razem sobie poradzę. Zobaczymy kto będzie pierwszy. Patrzę jak Gabriela wchodzi do tramwaju i zastanawiam się czy ma pod tą sukienką bieliznę, a jak tylko zajmuję miejsce obok niej, to moja ręka od razu opada na jej kolano i potem wyżej sunę nią po udzie, pochylając się lekko w kierunku dziewczęcego ucha by szeptem zapytać czy założyła majtki. Kątem oka widzę szalonego gościa, który gada coś do siebie, ale jak nagle przypierdala się do Bogu ducha winnej małolaty to wbijam w niego spojrzenie. Ja akurat jestem osobą, która zawsze reaguje w takich sytuacjach, bo postępująca bardzo szybko znieczulica była największą zarazą cywilizowanego świata. Zanim jednak zdążę się odezwać Gaba już drze mordę, na co mocniej zaciskam palce na jej dłoni. Inaczej bym do tego podszedł, bardziej na spokojnie, więc chociaż chłop nie wygląda jak Indiana Jones, to oczami wyobraźni już widzę jak dostaję klamrą od jego paska prosto w twarz. Moneta upada z hukiem na podłogę, a facet dosłownie rzuca nam się do stóp i zaczyna opowiadać historię swojego życia. Podciągam sobie wyżej na kolana nogi mojej dzisiejszej randki, swoje buty niestety muszę poświęcić, bo rzewne łzy tamtego wariata lecą mi po nich strumieniami. Przez całą podróż staram się go jakoś pocieszyć, ostatecznie w tym momencie na nowo przeżywa swoje prywatne piekło mężczyzn, jednak jak nagle stwierdza, że idzie z nami, bo fajni jesteśmy, to spierdalamy z tego tramwaju szybciej niż do niego biegliśmy, zastawiając przejście gitarą, żeby jednak nie został naszym dzisiejszym towarzyszem imprezy. Fart, że się udaje. Dalsza droga mija bez żadnych ekscesów, kolejne problemy zaczynają się natomiast przy wejściu, bo chociaż rzucam tą swoją minę, to gówno to daje. Ochroniarz jest nieugięty. Już sięgam do wewnętrznej kieszeni marynarki, żeby wytoczyć argumenty ostateczne w postaci szeleszczących banknotów, ale Gaba się odzywa, więc pozwalam jej mówić. Zapuszczam gumowe ucho, by słyszeć co tam sapie do krótkofalówki, ale słyszę tylko jakieś trzaski. Zaraz pojawia się kobieta z notesem, która prowadzi nas do jednej z wytwornych sal, tłumacząc, że już kwadrans temu powinniśmy zacząć - Kim my kurwa jesteśmy? - pytam ukradkiem Gabi, bo może mi chociaż pokrótce zdąży wytłumaczyć kogo udajemy. Organizatorka, chociaż skoro od razu nie skapneła się, że coś tu zdecydowanie nie gra, to na początku myślałem, że to jakaś studentka, która przyszła na wolontariat bo miała nadzieję, że pozna Picasso, wystawia rękę po moją gitarę, że mi popilnuje, ale nie ma szans. To był Gibson warty dziesięć koła, nie zostawię go na pięć sekund, więc tylko zdejmuję pokrowiec z pleców, chwytając go w rękę. Blais idzie przodem, wystawiając ręce jak jakaś wielka imperatorka świata sztuki, ja podążam zaraz za nią. Cóż, przedstawienie czas zacząć. Trochę mnie dziwi, że wśród setki osób nikt nie sprzedaje nas, że jesteśmy jacyś pojebani, ale chyba wszyscy są w szoku. No to jazda. Najpierw produkuje się Gaba, bo ona ma jakąś wiedzę na ten temat, popartą doświadczeniem, zaś ja w tym czasie rozglądam się po sali w poszukiwaniu wskazówek, przede wszystkim w jej słowach, ale dostrzegam także plakat, a na nim nasze nazwiska. Jest też kilka wrzutów z obrazami i wnioskuje, że trafił mi się jakiś Banksy na sterydach, ok, ja w zasadzie lubię sztukę zaangażowaną oraz street art, ale kiedy przychodzi moja kolej na lanie wody, to zamiast mówić o technikach malowania po murach, zaczynam snuć wymyślony na poczekaniu manifest antywojenny, antykapitalistyczny, prospołeczny i proklimatyczny. Gadam i gadam i już mam płynnie przechodzić do opowieści o zbrodniczym reżimie Izraela przeciwko ludzkości, a potem to już prosta droga do teorii o tym, że elity masonów rządzą światem (#foliarstwo), ale jeden z organizatorów wcina mi się w monolog uznając, że bardzo to wszystko ciekawe, ale pora przejść do kolejnej części, czyli pytań i odpowiedzi. Co kurwa? To jeszcze się będziemy musieli produkować w odpowiedzi na pytania? Zerkam na Gabi, posyłając jej porozumiewawcze spojrzenie, ale chyba nic nam nie zostało tylko grać dalej. Potem odzywa się ten koleś i po krótkiej przebieżce po meandrach pamięci rozpoznaję tą zwyrolską mordę. Uśmiecham się - A dzień dobry, miło mi, że mnie pan rozpoznał, mam nadzieję, że po przygodach w sądzie zaczął pan w końcu prowadzić życie przykładnego obywatela. Właściwie to nie przebranżowiłem się, to wszystko to była część happeningu na temat wizerunku artysty we współczesnej sztuce, brawo dla Pana za spostrzegawczość, a reszta? No cóż, na tej sali znajduje się blisko setka specjalnie wyselekcjonowanych miłośników sztuki, a my zostaliśmy zdemaskowani dopiero teraz? Wnioski wyciągnijcie sobie sami - mrużę lekko oczy i przesuwam spojrzeniem po zgromadzonych, potem odwracam twarz w kierunku Gabi i gdzieś ponad jej ramieniem dostrzegam prawdziwą Sabrinę Seck oraz Buja, w towarzystwie ochroniarza, którzy bardzo żywo gestykulując rozmawiają właśnie z tą samą panią, która nas tutaj przyprowadziła - A na resztę waszych pytań odpowiedzą prawdziwi Sabrina Seck i Buja, powitajcie ich wielkimi brawami - cisza, odkładam mikrofon na stojak i sam uderzam kilka razy w dłonie, chociaż zanim pójdę to rzucam jeszcze krótkie - Ale czy aby na pewno prawdziwi? - to pytanie wisi w powietrzu jak ciężka chmura, z której zaraz lunie wyjątkowo obfity deszcz. Czy faktycznie odpowiedzą tego się już nie dowiemy bo łapię w jedną rękę swoją gitarę, drugą chwytam Gabę i znikamy gdzieś w tłumie, a potem wypadamy na długi bogato zdobiony korytarz. Pora dogłębnie spenetrować ten zamek. Chyba nikt się nie będzie fatygował, żeby ganiać po całym terenie za dwójką oszołomów, którzy sposobem wkradli się na zakończenie sezonu.

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
27 y/o
Indulge in local cuisine
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Naprawdę chciała mu wytłumaczyć w kilku zdaniach kogo udawali w tej chwili. Nawet już się pochylała, żeby szepnąć mu na uszko, że jest Niemieckim artystą, hehe. Oraz nakierować go, że powinni zaciągać jakimś niemieckim akcentem, ale chuja potrafi w tym języku. Może nawet pocieszyłaby go stwierdzeniem, że byli głęboko w dupie, ale nie miała jak. Młoda dziewczyna prowadziła ich przez zawiłe korytarze aż w końcu wylądowali na sali wykładowej.
Panowała tak idealna cisza, że każdy jej krok było słychać, a obcas przy każdym zetknięciu z kafelkami wydawał charakterystyczny dźwięk. Wszystkie oczy były zwrócone na nią. I na Patela, który szedł powoli za nią. Czuła się jak Beyonce, która idzie po odbiór swojej kolejnej statuetki. Z myślą, że nawet jakby przegrała, to przecież i tak każdy złoży jej podziękowania, bo taka była zajebista.
Rozkręcała się.
Zaczęła opowiadać. Jak to wszystko zaczyna się od wizji. Co tak naprawdę działa na umysł artysty i nawet wcisnęła w dłoń Patela pędzel, żeby coś tam maznął na czystym płótnie, które było za nimi. Podała mu jak na tacy wskazówki, w jakim stylu tworzy swoje prace BUJA. Produkowała się o różnych technikach i kurwa szło jej kurewsko dobrze. I mogłaby tak przegadać całą noc, bo była w swoim świecie. Organizatorka jednak dała jej sygnał, że musi w końcu się zamknąć i oddać głos swojemu partnerowi. Przejęła więc ten nieszczęsny obraz. Dramat. Myślała, że kiedy wspomni o kolażu i graffiti, pójdzie mu lepiej. Najwidoczniej sztuka uliczna też nie była mu bliska, więc z westchnięciem sięgnęła pod sukienkę i zsunęła z uda podwiązkę, żeby związać długie włosy w messy koczka. Kilka razy niemal zrujnowała sukienkę, bo w ostatniej chwili orientowała się, że chciała wyczyścić pędzel o czarny materiał, który miała na sobie. I tak na policzku miała smugę różowej farby, bo całe palce miała upaćkane. Billy cały czas mówił i ta mała improwizacja szła mu całkiem dobrze.
Był urodzonym mówcą. Prawnik pełną gębą. Chociaż lał tak wodę i zbaczał z tematu, że równie dobrze kariera polityka stała przed nim otworem. Żałowała, że miała tak mało czasu na ten obraz, bo już się wkręcała. Nawet, gdy tylko na szybko coś tam maziała, żeby wszystkie bazgroły Williama w tle ładnie wkomponowały się w to cudo.
Pytania?
Spodziewała się niemal wszystkiego. Tylko nie tego, że akurat ktoś rozpozna Williama i to dosłownie na samym wstępie. Uniosła pędzel i zamachnęła się, celując włosiem w kierunku tej psuji dobrej zabawy. Farba poplamiła jego kosztowny garniturek, ale typ powinien być jej wdzięczny, że namaściła go tak drogą farbą. Prawie jakby dostał sztuką w twarz. Za jej obrazy też niejednokrotnie ktoś dał gruby hajs, więc kurna niech czuje prestiż, bo byle kto nie stał przed nim.
Była gotowa sprzedać już jakąś historyjkę. Mogłaby się nawet rozebrać, żeby pierdolnąć coś o tym, że ciało też było sztuką i na tyle zrobić zamieszania, że tożsamość Patela byłaby ostatnim, o czym ktokolwiek by pomyślał. Tyle, że William ją wyprzedził. Ona też spojrzała w tym samym kierunku i zrobiło jej się słabo. To był idealny moment, żeby spierdalać. Zgarnęła płótno w swoje dłonie, uważając, żeby nie dotknąć w żaden sposób mokrej farby. No bo jak matka mogła zostawić własne, spłodzone przez siebie dziecko?
Nieźle się zmachała podczas ucieczki. Napierdalała mini tip topami, bo sukienka blokowała jej większe kroki. Nawet była trochę rozczarowana, że nikt za nimi nie gonił. Partners in crime.
- Billy... - zaczęła do niego mówić, gdy upewnili się, że nikt ich nie śledzi i nie wyrzuci z tego zamku - Patyczaki? Korona? Czaszka? - pokazała mu obraz, bo pewnie, kiedy przemawiał, nie miał zbytnio czasu zerknąć co z tego im wyszło. - Znajdźmy jakieś fajne miejsce na to. Najwyższa komnata w najwyższej wieży? - poruszyła sugestywnie brwiami, pokazując mu korytarz, który prowadził do zamkniętej części zamku. Wykluczonej ze zwiedzania. A przecież to, co zakazane, kusi najbardziej. - Może jest tam jakaś sypialnia należąca do Króla.

William N. Patel
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Jak ktoś mi daje pędzel i każe malować to robię pięć kresek oraz kółko i udaję, że to człowiek. A potem jeszcze kilka innych rzeczy, które widuję na murach w obskurnych miejscach, no w końcu miało być street artowo, co nie? Dobrze, że w porę się wymieniamy, pędzel za mikrofon, bo następny w kolejce był wielki członek, a potem to już tylko głupie napisy. Jeszcze lepiej, że za kolejną chwilę jesteśmy już gdzieś na korytarzu, z dala od tych dzikich tłumów, bo jeszcze powiedziałbym kilka słów za dużo, chociaż w moim odczuciu to dopiero się rozkręcałem. Zresztą nie tylko ja, Gaba też, tylko ja ładowałem całą energię w przemówienie a ona w tworzenie - No co? Street art, nie? Wiesz, że jestem w tym słaby, w tym duecie to ty robisz za malarkę, jakby pozwolili mi zagrać to bym tam odjebał takie show, że jutro znaleźlibyśmy się na pierwszych stronach gazet - zaś gdyby to jej kazali grać to pewnie poradziłaby sobie tak świetnie jak ja z tym płótnem. Obydwoje byliśmy artystami, ale w zupełnie innych dziedzinach - Ale nieźle to wyszło, podoba mi się - nawet bym sobie zabrał na pamiątkę, tylko już i tak jestem załadowany, a poza tym szybko się okazuje, że Gabi ma jednak inne plany - Musimy to kiedyś powtórzyć, wspólne malowanie, potem sobie ten nasz obraz powieszę w sypialni. Albo nie, w salonie, w najbardziej reprezentacyjnym miejscu w chacie, żeby od wejścia się rzucał w oczy - skoro ten miał zostać w zamku, także w najbardziej reprezentacyjnej miejscówce, to dla mnie musimy zrobić drugi, już się z tego nie wykręci. Opcjonalnie mógłbym nawet zapłacić, strzelić jej za to minete albo palcówe, albo spełnić jakąś dziwną fantazje, w końcu do odważnych świat należy, a ja raczej nie miałem oporów - Dobra, ciekawe kiedy ktoś się skapnie, że to z innej epoki - kiwam głową - W najwyższej wieży to chyba do księżniczki, a nie do króla - tak mówili przynajmniej, ale może warto sprawdzić. Wiadomo, że dla nas nie ma rzeczy niemożliwych, albo raczej zakazanych. Rzucam okiem naokoło, żeby sprawdzić czy aby na pewno jesteśmy sami, po czym podnoszę taśmę, która wydziela miejsca niedostępne i puszczam swoją damę przodem bo po pierwsze to jestem dżentelmenem, a po drugie chcę sobie jeszcze raz popatrzeć na jej tyłek, w tej turbo opiętej sukience wygląda zajebiście. Klepię ją w poślada, aż się niesie echem po kamiennych ścianach. Przed nami w chuj schodów, jednak nikt nie mówił, że będzie łatwo, może chociaż widok z góry nam to wynagrodzi. Widok przede mną już to robi w sumie. Co prawda trochę ciemno, ale oczy szybko przyzwyczajają się do mroku. Po męczącej przebieżce przez dziesiątki schodów (a Madox zawsze mówił, żeby wchodzić na swoje piętro zamiast wozić dupę windą, ech) w końcu docieramy na górę, przed nami potężne wrota, oczywiście zamknięte, ale co to dla mnie, nie takie zamki potrafiłem rozbroić i z tym też idzie gładko, chociaż jak przy nim kombinuję to trzaska i skrzypi jakby nie był otwierany od wieków. Ostatecznie jednak ustępuje, pcham drzwi, przed nami staje otworem komnata, chyba faktycznie należąca do dawnych władców - bogato zdobione, drewniane meble, barwne arrasy, dywany i inne takie duperele, ale największe wrażenie zdecydowanie robią wysokie, gotyckie okna, w nich kolorowe, zakurzone witraże. Słabe światło wielkiej tarczy księżyca wpuszcza do środka kolorowe światła i wygląda to iście magicznie, aż dziw, że wykluczyli tę część ze zwiedzania. Powoli przekraczamy próg, od razu rozglądam się dookoła, w międzyczasie odkładając na bok gitarę - I co? Myślisz, że to odpowiednie miejsce na nasz obraz? - pytam, wbijając spojrzenie w dziewczynę. Przechadzam się po pomieszczeniu, przesuwając palcami po blacie jednej z komód, chyba z lapacho? - Ale syf, fuj - otrzepuję dłonie z kurzu, po czym zaglądam do szuflady, która ustępuje z głośnym piskiem, niestety akurat w tej znajdują się tylko pajęczyny - Pusto - wzruszam ramionami niespiesznie podchodząc do łóżka z baldachimem, delikatnie odsuwam zwiewny, wyszywany złotym haftem materiał i zahaczam go o jedną z rzeźbionych we florystyczne wzory kolumn. Na pościeli leży tabliczka z napisem prosimy nie dotykać, ale wyrzucam ją za plecy i sru! Prosto na wyrko, w powietrze unoszą się kłęby kurzu, więc przez chwilę zanoszę się kaszlem, by ostatecznie przewrócić płasko na plecy, patrzę w górę, bo ponad moją głową, na materiale baldachimu wyszyto tuziny większych i mniejszych gwiazd - Chodź tutaj - rzucam do Gaby, unosząc jedną rękę by dodatkowo przywołać ją do siebie gestem palca - Jakieś małe to łóżko, myślisz, że kiedyś ludzie byli tacy mali czy to faktycznie jakaś komnata dla dziecka?

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
27 y/o
Indulge in local cuisine
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Byli jak dwie pasujące do siebie połówki. Uśmiechała się w ten głupkowaty sposób, jak zakochana nastolatka, która robiła coś bardzo niegrzecznego ze swoim chłopakiem, którego ojciec w życiu nie zaakceptowałby. I po części tak było. Tyle, że dzisiaj nie chciała rozmawiać już o swoim starym. Ani o tej pojebanej akcji ze swoim rzekomym bratem. Zostawiała za sobą cały ten syf zwany życiem. Uciekała przed ochroną zamku ze swoim partnerem in crime i świat przez chwilę był piękny.
- Tak? Co byś im zagrał? Odę do radości? Bo ta publiczność... Już w kostnicy było więcej życia. A tę typiarę z tyłu widziałeś? Miała tak napchane cycki silikonem, że myślałam, że zaraz wybuchnie. No, jakbyś dał mi gitarę, to na pewno byłoby więcej ofiar. - z dwojga złego dobrze, że trafili na zlot malarski, bo tak mogła poratować ich obraz i ładnie wkomponować jego patyczaki, używając ich jako tła. Bo gdyby faktycznie musiała improwizować muzycznie, to rozłożyłaby się na samym wstępie. Mimo wielu usilnych prób Billego w przeszłości nadal nie potrafiła dobrze trzymać gitary. To on miał te magiczne palce, które potrafiły wydobywać piękne dźwięki zarówno z instrumentów, jak i z jej ust.
- Przecież w sypialni miałeś obraz z odciśniętym moim tyłkiem. Wyrzuciłeś go? - w sumie, to tak sobie o tym przypomniała. - Dobra, ale będziemy malować nago. I nie będziesz marudził, jak upaćkam coś farbą. - wszystko miało swoją cenę. A w tym przypadku on również musiał coś poświęcić. Coś za coś. To dzieło jednak miało dzisiaj zostać w zamku.
- Bo ty myślisz, że średniowiecznym laskom chciało się tyrać na szczyt wieży? W tych całych sukniach i pantofelkach? - bo tylko w bajkach, to tak działało. W rzeczywistości, to zazwyczaj mężczyźni mieli manię pokazywania, że są na samym szczycie W ilu to biurowcach górne piętra należały do zarządu, gdzie w większości zasiadali mężczyźni. Teraz faceci nadrabiali pewne braki wielkimi furami, a kiedyś... Pewnie liczyło się to, kto miał większego konia i wyżej położoną sypialnię. Ona w to wierzyła. Zresztą i tak było w chuj ciężko wdrapać się po tych schodach w tej obcisłej sukience. Widoki na pewno Billy miał zacne i nie miał na co narzekać. Zresztą po małym macanku w tych ciemnościach nie miała żadnych wątpliwości.
A gdy dotarli na szczyt swojej wieży, oboje spojrzeli na siebie. Już miała wyciągać z włosów jakąś wsuwkę, żeby ułatwić im zadanie, bo oczywiście drzwi przed nimi były zamknięte. Billy jednak, jak przystało na prawdziwego dżentelmena z łatwością poradził sobie z zamkiem i po chwili byli już w środku. Delikatnie rozchyliła usta, gdy znaleźli się w środku, a jej spojrzenie utkwiło w przepięknych witrażach.
- Jest idealnie. - wyszeptała i podeszła do obrazu, który wisiał na ścianie. Trochę się namęczyła, żeby ściągnąć ramę ze ściany, ale po chwili ich dzieło wisiało na zaszczytnym miejscu, a ona odłożyła płótno z namalowanym pejzażem na podłogę, opierając je o ścianę.
- Ey… Tu jest jakiś list. Musi być stary, bo jest cały pożółkły. - pomachała złożoną kartką i zsuwając ze stóp szpilki, podbiegła do niego, żeby wskoczyć koło niego na łóżko. Kichnęła, gdy kurz dostał jej się do nosa. Wyciągnęła nawet dłoń do góry, jakby chciała złapać jakąś wyszywaną gwiazdkę dla siebie.
- Masz tam jakiś scyzoryk? Nie umiem się w tej sukience położyć. - zrezygnowana w końcu usiadła obok niego i ostrożnie otworzyła ślicznie zdobioną papeterię. - Nie wygląda to na pokój dla dziecka. Może tu mieszkała jakaś kochanka Lorda? Te poduszki są wypchane pierzem. A zamiast materaca jest słoma i skóry. Chyba z niedźwiedzia. Bez kitu, to nie są jakieś atrapy. - wsunęła swoją dłoń pod kołdrę i zaskoczona przejechała dłonią po futrze. Po chwili znowu jej uwaga wróciła do listu. - Jak myślisz, po jakiemu to? Nie mam tutaj zasięgu. Kurka. - zrobiła smutną minkę i przejechała opuszkiem palca po wyblakłym atramencie. - To chyba po Łacinie? - w końcu udało jej się położyć obok niego i nawet ułożyła swoją głowę na jego klatce piersiowej.
- Billy? - zaczęła, gdy on w pełnym skupieniu studiował jej znalezisko. - Por un beso tuyo todo lo arriesgo. (Dla jednego twojego pocałunku zaryzykuję wszystko). Jesteś najlepszym, co mnie spotkało, wiesz? - musnęła delikatnie jego wargi swoimi i zaśmiała się, gdy list wypadł mu z ręki.

William N. Patel
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”