W sumie nie myślałem o tym wcześniej, ale teraz, jak zapytała głośno, to jakoś tak moje myśli zaczęły krążyć wokół nienarodzonych dzieci Ricza i Rosy. Rosario to była istna diablica, w dodatku bardzo bystra i z naprawdę czarującą buzią co zwykle stawiało ją na wygranej pozycji, Ricardo właściwie czasami wydawał mi się całkiem niewinny, a potem nagle sobie przypomniałem jak zdradzał swoją żonę, albo kręcił dupą dla azjatek w gaciach w panterkę. Słyszałem też taką teorię, że dzieci dziedziczą charakter po rodzicach chrzestnych i nawet w to wierzyłem, a jeśli ja zostanę ojcem, a nie dajcie bogowie, matką na przykład taka Gaba to tak, przynajmniej jedno z ich dzieci będzie doskonale znało to miejsce. Biorąc pod uwagę fakt, że drugie na bank będzie trzymał do chrztu Madox, to kurwa, oba pewnie będą się tu spotykać ze swoimi dilerami. Ciekawe jakie narkotyki będzie można tu kupić za dwadzieścia lat. No mniejsza, odbieram od dziewczyny marker, bo też chcę zostawić jakiś ślad dla dzieci Martinezów, a że totalnie nie umiem rysować, to piszę
B+G a pod spodem
2026, gdzieś na tej ścianie był już podobny napis, tylko z inną datą, więc przesuwam po niej spojrzeniem. Może zdążył się już zmyć? Dowiemy się następnym razem, bo zaraz idziemy wzdłuż chodnika, a Blais rzuca mi wyzwanie. No cóż, miałem spore doświadczenie w zdejmowaniu sukienek w różnych okolicznościach i różnymi sposobami. Z Gabi zdejmowałem je już górą, dołem, bokiem, z użyciem rąk i bez użycia rąk, powoli, albo bardzo szybko, a czasem ona sama pozbywała się ubrania zanim ja w ogóle zdążyłem przejść do rzeczy, więc chyba i tym razem sobie poradzę. Zobaczymy kto będzie pierwszy. Patrzę jak Gabriela wchodzi do tramwaju i zastanawiam się czy ma pod tą sukienką bieliznę, a jak tylko zajmuję miejsce obok niej, to moja ręka od razu opada na jej kolano i potem wyżej sunę nią po udzie, pochylając się lekko w kierunku dziewczęcego ucha by szeptem zapytać czy założyła majtki. Kątem oka widzę szalonego gościa, który gada coś do siebie, ale jak nagle przypierdala się do Bogu ducha winnej małolaty to wbijam w niego spojrzenie. Ja akurat jestem osobą, która zawsze reaguje w takich sytuacjach, bo postępująca bardzo szybko znieczulica była największą zarazą cywilizowanego świata. Zanim jednak zdążę się odezwać Gaba już drze mordę, na co mocniej zaciskam palce na jej dłoni. Inaczej bym do tego podszedł, bardziej na spokojnie, więc chociaż chłop nie wygląda jak Indiana Jones, to oczami wyobraźni już widzę jak dostaję klamrą od jego paska prosto w twarz. Moneta upada z hukiem na podłogę, a facet dosłownie rzuca nam się do stóp i zaczyna opowiadać historię swojego życia. Podciągam sobie wyżej na kolana nogi mojej dzisiejszej randki, swoje buty niestety muszę poświęcić, bo rzewne łzy tamtego wariata lecą mi po nich strumieniami. Przez całą podróż staram się go jakoś pocieszyć, ostatecznie w tym momencie na nowo przeżywa swoje prywatne piekło mężczyzn, jednak jak nagle stwierdza, że idzie z nami, bo fajni jesteśmy, to spierdalamy z tego tramwaju szybciej niż do niego biegliśmy, zastawiając przejście gitarą, żeby jednak nie został naszym dzisiejszym towarzyszem imprezy. Fart, że się udaje. Dalsza droga mija bez żadnych ekscesów, kolejne problemy zaczynają się natomiast przy wejściu, bo chociaż rzucam tą swoją minę, to gówno to daje. Ochroniarz jest nieugięty. Już sięgam do wewnętrznej kieszeni marynarki, żeby wytoczyć argumenty ostateczne w postaci szeleszczących banknotów, ale Gaba się odzywa, więc pozwalam jej mówić. Zapuszczam gumowe ucho, by słyszeć co tam sapie do krótkofalówki, ale słyszę tylko jakieś trzaski. Zaraz pojawia się kobieta z notesem, która prowadzi nas do jednej z wytwornych sal, tłumacząc, że już kwadrans temu powinniśmy zacząć -
Kim my kurwa jesteśmy? - pytam ukradkiem Gabi, bo może mi chociaż pokrótce zdąży wytłumaczyć kogo udajemy. Organizatorka, chociaż skoro od razu nie skapneła się, że coś tu zdecydowanie nie gra, to na początku myślałem, że to jakaś studentka, która przyszła na wolontariat bo miała nadzieję, że pozna Picasso, wystawia rękę po moją gitarę, że mi popilnuje, ale nie ma szans. To był Gibson warty dziesięć koła, nie zostawię go na pięć sekund, więc tylko zdejmuję pokrowiec z pleców, chwytając go w rękę. Blais idzie przodem, wystawiając ręce jak jakaś wielka imperatorka świata sztuki, ja podążam zaraz za nią. Cóż, przedstawienie czas zacząć. Trochę mnie dziwi, że wśród setki osób nikt nie sprzedaje nas, że jesteśmy jacyś pojebani, ale chyba wszyscy są w szoku. No to jazda. Najpierw produkuje się Gaba, bo ona ma jakąś wiedzę na ten temat, popartą doświadczeniem, zaś ja w tym czasie rozglądam się po sali w poszukiwaniu wskazówek, przede wszystkim w jej słowach, ale dostrzegam także plakat, a na nim
nasze nazwiska. Jest też kilka wrzutów z obrazami i wnioskuje, że trafił mi się jakiś Banksy na sterydach, ok, ja w zasadzie lubię sztukę zaangażowaną oraz street art, ale kiedy przychodzi moja kolej na lanie wody, to zamiast mówić o technikach malowania po murach, zaczynam snuć wymyślony na poczekaniu manifest antywojenny, antykapitalistyczny, prospołeczny i proklimatyczny. Gadam i gadam i już mam płynnie przechodzić do opowieści o zbrodniczym reżimie Izraela przeciwko ludzkości, a potem to już prosta droga do teorii o tym, że elity masonów rządzą światem (#foliarstwo), ale jeden z organizatorów wcina mi się w monolog uznając, że
bardzo to wszystko ciekawe, ale pora przejść do kolejnej części, czyli pytań i odpowiedzi. Co kurwa? To jeszcze się będziemy musieli produkować w odpowiedzi na pytania? Zerkam na Gabi, posyłając jej porozumiewawcze spojrzenie, ale chyba nic nam nie zostało tylko grać dalej. Potem odzywa się ten koleś i po krótkiej przebieżce po meandrach pamięci rozpoznaję tą zwyrolską mordę. Uśmiecham się -
A dzień dobry, miło mi, że mnie pan rozpoznał, mam nadzieję, że po przygodach w sądzie zaczął pan w końcu prowadzić życie przykładnego obywatela. Właściwie to nie przebranżowiłem się, to wszystko to była część happeningu na temat wizerunku artysty we współczesnej sztuce, brawo dla Pana za spostrzegawczość, a reszta? No cóż, na tej sali znajduje się blisko setka specjalnie wyselekcjonowanych miłośników sztuki, a my zostaliśmy zdemaskowani dopiero teraz? Wnioski wyciągnijcie sobie sami - mrużę lekko oczy i przesuwam spojrzeniem po zgromadzonych, potem odwracam twarz w kierunku Gabi i gdzieś ponad jej ramieniem dostrzegam prawdziwą Sabrinę Seck oraz Buja, w towarzystwie ochroniarza, którzy bardzo żywo gestykulując rozmawiają właśnie z tą samą panią, która nas tutaj przyprowadziła -
A na resztę waszych pytań odpowiedzą prawdziwi Sabrina Seck i Buja, powitajcie ich wielkimi brawami - cisza, odkładam mikrofon na stojak i sam uderzam kilka razy w dłonie, chociaż zanim pójdę to rzucam jeszcze krótkie -
Ale czy aby na pewno prawdziwi? - to pytanie wisi w powietrzu jak ciężka chmura, z której zaraz lunie wyjątkowo obfity deszcz. Czy faktycznie odpowiedzą tego się już nie dowiemy bo łapię w jedną rękę swoją gitarę, drugą chwytam Gabę i znikamy gdzieś w tłumie, a potem wypadamy na długi bogato zdobiony korytarz. Pora dogłębnie spenetrować ten zamek. Chyba nikt się nie będzie fatygował, żeby ganiać po całym terenie za dwójką oszołomów, którzy sposobem wkradli się na zakończenie sezonu.
Gabriela R. Blais