ODPOWIEDZ
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Granda to była ostra punkówa. Zresztą nie nazywają nikogo grandą bez powodu, tutaj akurat powodów było mnóstwo, bo ona żyła kłótniami, bójkami i awanturami. Do tego nosiła czerwonego irokeza, wysłużone glany, spodnie w kratkę i makijaż, który wyglądał jakby nie był zmywany od co najmniej trzech nocy, ale tak po prawdzie to za każdym razem dopieszczała go przez bitą godzinę. Miała agrafki w uszach i kolczyki na swojej chudej, podłużnej twarzy wybledzonej najjaśniejszym pudrem jaki udało jej się znaleźć. Bujała się po różnych melinach i squotach, my akurat poznaliśmy się na ulicy - grałem na jednej miejscóweczce w centrum, a ona wrzuciła mi do pokrowca guzik uznając, że tyle jest warta moja muzyka. W pierwszej chwili ogarnęła mnie konsternacja, ale Granda szybko wybuchła najgłośniejszym śmiechem jaki w życiu słyszałem, przysiadła się bez pozwolenia i od razu zaczęła częstować mnie szlugami bez filtrów oraz tanim winem. Potem niejednokrotnie ratowałem jej dupę bo nagminnie przykuwała się do drzew, pyskowała policjantom lub chodziła na każdy możliwy strajk tylko po to, żeby jako pierwsza rzucić kamieniem i wywołać jakąś grandę. Bujaliśmy się razem po koncertach, czasem pozwalałem jej przekimać u mnie, zdarzało się nam ze sobą sypiać, ale nigdy jakoś specjalnie mi się nie podobała, od początku była właściwie tylko kumpelą. Dzisiaj napisała do mnie wiadomość o treści - Billy, kurwa, lecimy dzisiaj na koncert Syfu i Hałasu, znam dziewczyny z kapeli, wkręcimy się potem na after, bądź na miejscu trochę wcześniej to zrobimy nawet jakiś biforek, jak się nie pojawisz to po ciebie przyjdę, a jak mi nie otworzysz to wejdę oknem, do zooooo - czyli generalnie nie miałem wyboru. Co prawda zespół Syf i Hałas był mi kompletnie nieznany, ale w sumie brzmiał jak coś, co chciałbym poznać, natomiast bifor w slangu Grandy znaczył mniej więcej tyle, że walniemy flaszkę przed wejściem, a potem to już będziemy zapijać tanim piwskiem z baru. Stawiam się więc na miejscu o umówionej godzinie i od razu wita mnie szeroki uśmiech dziewczyny, wciska mi w rękę napoczętą butelkę w papierowej torbie. Ciągnę dużego łyka - alkohol nieznanej nazwy jest mocny i dosłownie pali mi przełyk, na co się mocno krzywię, oddając go Grandzie, a ona znowu się śmieje - Co? Za mocne? - pyta kpiąco, po czym przysuwa ustnik do warg i wlewa w siebie potężną porcję, przez jej twarz nie przebiega nawet cień grymasu, za to spluwa na chodnik i zaciąga się ostatnim buchem z kiepa, którego trzyma między palcami. Potem jeszcze kilka razy wymieniamy się flaszką, a kiedy widać już dno, to wyrzucam pustą butelkę do kosza i wreszcie wbijamy do środka. Schodzimy w dół, do miejsca, które wygląda jakby nigdy nie zostało wykończone - otaczają nas surowe, ceglane ściany, a ponad głowami odarty z farby strop, gdzieś wzdłuż pomieszczenia biegnie bar, z tyłu kilka stolików, a na przedzie miejsce dla zespołu, wydzielone jedynie przez wzorzysty dywan, zajebany pewnie z jakiegoś śmietnika. Ludzi jest sporo, natomiast powietrze pachnie dymem, potem oraz alkoholem. Barmani serwują piwo w plastikowych kubkach, więc kupuję nam po jednym, bo Granda jak zwykle jest spłukana. Opowiada mi o tym, co ostatnio dzieje się na squocie, kto z kim i dlaczego. Mówi podniesionym głosem, bo wokol panuje już niezły gwar, nawet jeśli zespół nie pojawił się jeszcze na scenie. Wbijam w nią spojrzenie i totalnie nie zauważam czyjejś ręki, która pewnie w ferworze ekscytującej opowieści, przypadkowo wystrzeliwuje w moją stronę, prawie wytrącając mi z dłoni kubek. Praktycznie cała jego zawartość ląduje na mojej koszulce z Nirvaną i na tej rudej lasce, która właśnie pozbawiła mnie kilku procentów - Ej kurwa uważaj z tymi - łapami, kończę w myślach, bo oto nasze spojrzenia się przecinają i dosłownie czuję jak jakaś niewidzialna iskra przeskakuje z jej pięknych oczu wprost do moich, potem biegnie przyjemnym dreszczem wzdłuż kręgosłupa, zatrzymuje się gdzieś w żołądku i wywraca go na drugą stronę w wyjątkowo przyjemnym odczuciu. Czy to te legendarne motyle w brzuchu? Jebana strzała Amora? Spod wpływu jej czaru wyrywa mnie dopiero znajomy głos gdzieś po lewej stronie - A ty co się gapisz, piździelcu?! Twoja dupa wylała nam browara!... - Granda zwraca się do faceta, którego ruda musiała raczyć swoją ekscytującą opowieścią zanim doszło do zderzenia, a ja mrugam kilka razy i wbijam w niego spojrzenie.

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
27 y/o
Indulge in local cuisine
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Mknęła przez ulice tego zasranego miasta i chichotała pod nosem, jak głupia, gdy brała kolejne ostre zakręty, próbując zgubić ścigający ją radiowóz. Włączony kogut przykuwał uwagę tubylców, ale ona znała lepiej te obskurne ulice. Na pełnej piździe wcisnęła się w wąską uliczkę, lawirując pomiędzy bezdomnymi dzieciakami, które na widok psiarni od razu złapały w małe dłonie cegły. To jej kupiło trochę czasu. Z piskiem opon zatrzymała swojego Harleya przed budynkiem i ściągnęła niezgrabnie kask z głowy, psując tym samym fryzurę. Takie rzeczy seksownie wyglądały tylko na filmach. Wypluła gumę do żucia na dłoń i używając jej jako prowizorycznego kleju, umocowała tablicę rejestracyjną na swojej maszynie. Może była szalona, ale nie zamierzała się podkładać stróżom prawa w tym mieście. Bez dowodów nie ma mandatu, a brak mandatu ją uszczęśliwiał, bo to znaczyło, że znowu wygrała.
Zsunęła ze swoich ramion ciężką motocyklową kurtkę i przywitała się gestem dłoni z kumplem, który od razu otwarł przed nią bagażnik, żeby mogła tam wrzucić swoje rzeczy i wykonać mały striptiz dla ubogich. Rozebrała się do lateksowej bielizny, którą wcześniej już na siebie wcisnęła - była w kurwę niewygodna. Założyła kabaretki, kozaki na wysokim obcasie i do tego skórzaną kurtkę od właściciela samochodu. Wytargała z odmętów schowka kilka kosmetyków i używając bocznego lusterka, nałożyła sprawnie make-up, skupiając się głównie na kreskach i ustach, które podkreśliła ciemną czerwienią. Włosy przeczesała jedynie dłonią, robiąc efekt sexy messy morning hair, pozwalając, żeby ogniste rude kosmyki luźno opadały na jej ramiona, kontrastując z czernią kurtki.
- Spóźniłaś się. Alfa czeka na ciebie już od ponad dwóch godzin. - przekręciła oczami, kiedy psikała się perfumami Tom Ford - Lost Cherry. Prezent od Alfy. Ksywkę zawdzięczał temu, że jeździł Alfą Romeo. Idąc za ciosem, ją nazwali Luną. A reszta, zależnie od relacji, była Betą, Omegą i innym gównem. A cała zgraja pieszczotliwie Watahą. Było to na tyle pojebane i od czapy, że się przyjęło, a ona nie oponowała.
- To jeszcze poczeka. Idę do baru. - zatrzasnęła za sobą drzwi i puściła oczko jednemu karczkowi, który robił za ochronę przy wejściu. Dostała się do środka bez żadnego problemu, a jej kumpla zablokowali, zmuszając żeby stanął w kolejce, jak reszta. Zgarnęła w swoje chciwe łapki energetyka, którego barman właśnie podał na blat jakiejś lasce i cicho się zaśmiała, czując na swoich biodrach znajome męskie dłonie. Alfa.
- Już mnie złapałeś?
- Długo kazałaś na siebie czekać. Należy mi się chyba jakaś nagroda.
- Bardziej ekscytowało mnie dwieście na liczniku niż twoje towarzystwo - odparła zaczepnie i gwałtownie odepchnęła dłonie mężczyzny od siebie, wylewając piwo osoby stojącej obok niej. Już miała odpyskować temu kretynowi, który miał czelność mieć do niej pretensje, ale wryło ją. Czas zatrzymał się w miejscu, a wszystkie rozmowy umilkły, pozostając irytującym szumem, gdzieś tam w tle. Wyciągnęła dłoń do przodu, ledwo muskając opuszkami jego palce, jakby chciała się przekonać, że był prawdziwy. Nigdy wcześniej nie czuła takiego przyciągania. Pragnęła spleść ich dłonie i uciec jak najdalej, żeby mieć go tylko dla siebie, co było totalnie odklejone. Nie znała go. A mimo to walczyła ze sobą, żeby nie skrócić dzielącego ich dystansu. Uniosła kąciki ust w leniwym uśmieszku, jakby chciała tu i teraz posmakować jego ust. Usłyszeć jeszcze raz jego głos. Wystarczyło jedno spojrzenie, a nogi miała jak z waty, a serce biło dwa razy szybciej. Pierwszy raz zabrakło jej słów.
Tę magiczną chwilę zepsuł jej towarzysz, który zaczął składać pocałunki na jej szyi. - Ta suka chyba coś do Ciebie ma... - zamrugała zdezorientowana, wyrywając się z tego dziwnego letargu i spojrzała na tego babo-chłopa, co pieklił się uroczo, nie wiedząc jeszcze, że akurat ona również była pierwsza do bójki. Coś tam dalej dziewczę sepleniło w jej kierunku, więc odciągnęła jej bluzkę i wsunęła za dekolt zimną puszkę napoju.
- Pojebało Cię?!
- Wybacz, pomyliłam cię ze śmietnikiem. Też jest duży, zielony i okrągły. - z politowaniem obczaiła typiarę z góry na dół. - Chodź. Nie warto. - wtrącił się jej towarzysz, który zaczął ją odciągać od tej punkówy. Jeszcze chwila, a zapewne wywiązałaby się szarpanina, która zakończyłaby się interwencją ochrony, a ona wyleciałaby z kolejnego lokalu. A naprawdę chciała zostać na tym koncercie. A później zaliczyć afterek i może wokalistę. Albo gitarzystę.
- Barman! Jedno piwo. Dla niego. Na mój koszt. - powiedziała do faceta stojącego za ladą, który już dobrze ją znał. - Uznaj to za rekompensatę i... Stać cię na więcej. - powiedziała, do nieznajomego przystojniaka i dała się porwać Alfie w stronę tłumu. Obróciła się tylko jeszcze raz, a gdy ich spojrzenia się spotkały... Uniosła dwa palce do ust, tworząc z nich literę V i wysunęła swój języczek w wulgarnym geście.

William N. Patel
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Krzywię się mimowolnie patrząc jak tamten typ zaczyna bezczelnie obłapiać rudą nieznajomą, chociaż przecież powinienem mieć to w dupie, tylko w tym momencie oddałbym dosłownie kurwa wszystko żeby znaleźć się na jego miejscu. Mrużę lekko ślepia, mocniej zaciskając palce na kubku, plastik strzela i gniecie się pod naporem mojej dłoni. Ja pierdole, co jest? Reakcja własnego ciała jest dla mnie zagadką, a chaos w głowie właściwie jeszcze większą, bo wszystkie myśli krążą aktualnie wokół jej pięknych, brązowych oczu, podkreślonych czarną kreską oraz kształtnych ust maźniętych ciemną czerwienią, tak bardzo pociągających, że od razu chciałbym ich posmakować. Bezwiednie oblizuję wargi - Suka!?... - Granda pluje się dalej, a ja mocno wciągam w płuca powietrze bo naprawdę ostatnim czego teraz chcę to wchodzić w jakiekolwiek potyczki, oby tylko nie doszło do rękoczynów, więc już otwieram japę, żeby uspokoić swoją kumpelę, ale zanim zdążę się odezwać tamta laska wrzuca jej pustą puszkę za koszulkę. Ściągam wargi w wąską kreskę, powstrzymując parsknięcie, zaś szczupłe dłonie Grandy zaciskają się w pięści tak mocno, że bieleją jej knykcie, język układa się w soczyste pojebało cię?!, natomiast kolejne słowa nieznajomej sprawiają, że w jej mózgu dochodzi chyba do jakiegoś spięcia, bo na moment zamiera w bezruchu, jakby cała ta sytuacja ją przerosła. Robi się trochę gęsto, jakby zaraz miała się tutaj rozpętać prawdziwa awantura i Bogu dzięki tamten frajer chyba także nie ma ochoty na żadne bójki, posyłam mu krótkie spojrzenie, bo mój wzrok szybko powraca do jego dziewczyny. Uśmiecham się lekko kiedy zamawia mi piwo - Dzięki. I vice versa - no bo proszę was, co to był za typ? Zjebany jakiś chociaż nie podobał mi się głównie dlatego, że bezkarnie mógł całować jej szyję i dotykać ciała. Też bym chciał. Kurwa. Wodzę za rudą spojrzeniem, zaś w odpowiedzi na ten wulgarny gest posyłam jej zalotne oczko i krótkiego całusa, a kubek unoszę nieznacznie w geście toastu. Obydwoje znikają gdzieś w tłumie - Zajebie ich - syczy Granda i rusza przed siebie, ale łapię ją szybko za nadgarstek, ciągnąc w swoją stronę - Weź wyluzuj, olej ich - mocniej zaciskam palce wokół jej ręki - Nie ma chuja, widziałeś co ona zrobiła?! - rzuca, na co wzdycham jakby trochę rozmarzony, co nie umyka uwadze mojej kumpeli. Strzela mnie z pięści w ramię - Kurwa, po czyjej ty jesteś stronie, Bill? - wściekle marszczy nos, posyłając mi wręcz mordercze spojrzenie - No oczywiście, że po twojej, ale nie chcę żeby nas stąd wyjebali, koncert jeszcze nawet się nie zaczął, weź się ogarnij, łyknij sobie, może ci się zrobi lepiej - stukam się z nią piwem i ciągnę sporego łyka. Ona też. Tymczasem na prowizorycznej scenie pojawia się gwiazda wieczoru, zespół punkowy Syf i Hałas. Wokalistka wyglądająca jak Courtney Love po roku w Rosji wiesza się na mikrofonie i krzyczy - Jesteśmy Syf i Hałas i zaraz wspólnie rozniesiemy tę budę!!! - wjeżdża ostry, gitarowy riff, brudna, basowa linia oraz głośna, chaotyczna perkusja, kolejne wrzaski wokalistki co rusz przecinają powietrze, zaś oszalały tłum rusza w srogie pogo, ludzie wymachują rękami i nogami jakby jutra miało nie być, a ja zerkam na swoją kumpelę - Idę w pogo - informuję ją, po czym walę browara na hejnał, pusty kubek odkładając na barowy blat. Ruszam w kierunku dziko skaczącego tłumu głównie dlatego, że liczę na kolejne spotkanie z tamtą dziewczyną, na to, że znowu przetniemy się gdzieś pośród całego tego koncertowego chaosu. I faktycznie gdzieś w całym tym syfie i hałasie miga mi jej sylwetka, ale za każdym razem kiedy znajduje się na wyciągnięcie mojej ręki to ktoś łapię mnie za ramię i odciąga w tył, lub ona sama znika między innymi sylwetkami. Cały ten koncert trwa dobre półtora godziny i po wszystkim jestem tak zjebany, że ledwie stoję na nogach. Powietrze śmierdzi potem, szlugami i tanim alko, w dodatku dym jest tak gęsty, że mało co widać. My z Grandą szybko zbieramy się na zewnątrz, bo rzeczywiście udało jej się wkręcić nas na after dwie przecznice dalej, w starej kamienicy zasquotowanej przez lokalne towarzystwo anarchistów. Podobno należy do jakiegoś miliardera, który podróżuje po świecie więc dopóki nie zacznie się wpierdalać to hulaj dusza piekła nie ma. Granda po drodze zaczepia dosłownie każdego prosząc o drobne na chlanie, więc zahaczamy o pobliski monopolowy. Dokładam się do czegoś lepszego niż wino z najniższej półki, ale nie szalejmy - w tym przypadku liczy się ilość, nie jakość, jakiekolwiek procenty klepią tak samo. Tylko czasem trzeba to odchorować następnego dnia. Wbijamy do kamienicy razem z grupką nieznajomych, równie nakręconych na dobrą imprezę i od progu wiem, że nikt z nas sie dzisiaj nie zawiedzie. Nieźle się tu urządzili, ci anarchiści. Klatka schodowa jest ogromna, z zakręconymi, szerokimi schodami, drewnianymi i mocno przetartymi tysiącem podeszw, po jednej stronie zdobiona barierka w fatalnym stanie, ale najwidoczniej nikomu to nie przeszkadza. Już tam toczą się filozoficzne dyskusje w oparach papierosów. Granda wita się z wieloma ludźmi, ja zresztą też, większości ksyw i tak nie będę pamiętał. Z niektórych pomieszczeń dociera do nas muzyka lub światła, inne wydają się puste i całkowicie ciemne - Idę zapalić - mówię do swojej towarzyszki, na co macha ręką, pogrążona w rozmowie z jakąś inną typiarą. Przechodzę wzdłuż trochę surowych murów wymalowanych w graffiti, mam ze sobą butelkę czerwonego wina za kilka dolców, w dolnym rogu etykietki zanotowano - zawiera siarczyny.. Wypadam przez podwójne, drewniane drzwi wprost na całkiem duży balkon, z którego rozpościera się widok na jedną z menelskich ulic Toronto. Na dole jakiś żul robi trzy kroki w przód i dwa w tył, a potem kilka kolejnych przed siebie i znowu się cofa, zastanawia się przy tym głośno czy idzie czy nie idzie. A na balkonie ta ruda dziewczyna z baru.

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
27 y/o
Indulge in local cuisine
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

trigger warning
tracę dziewictwo - pierwszy raz piszę w 1 osobie
Chcę tam wrócić. Do niego. Zrobić te kilka kroków w tył i zarzucić swoje ręce na jego szyję. Przyciągnąć go do siebie i pocałować na oczach jego dziewczyny. Sprawić, żeby zapamiętał tę noc do końca życia. Żeby zapamiętał mnie. Zawładnąć jego umysłem, żeby pragnął ujrzeć moje rude włosy na swojej poduszce, tuż po przebudzeniu. Bardziej jednak chciałam się przekonać, jakby to było wsunąć palce w jego włosy. Usłyszeć jeszcze raz jego głos, gdy mówiłby, że należę do niego. Sprawdzić, jak zareaguje, gdy uśmiechnę się w ten psotny sposób i wpuszczę go do swojego chaosu. Dorówna mi kroku? Jakaś niewidzialna nić każe mi być blisko niego, ale ten moment zawahania wszystko rujnuje.
Tłum coraz mocniej na mnie napiera, gdy światła gasną, a na prowizoryczną scenę wychodzi zespół. Ktoś podaje mi butelkę, a mój instynkt przetrwania urządza sobie strajk, bo pociągam spory łyk. Okazuje się, że to whisky. I to tego parszywego rodzaju, który smakuje jak papier ścierny i wykrzywia ryj. Biorę jakąś tabletkę, po której świat jest lepszy i w ciągu paru chwil nawet nie przeszkadza mi dotyk Alfy, który wciąż trzyma mnie za nadgarstek. Wydaje mi się, że gdzieś pośród tego zgiełku widzę twarz tego mężczyzny. Rozpaczliwie próbuję go złapać, ale to może wytwór mojej wyobraźni. Potykam się o kogoś, kto leży na podłodze. Ktoś stawia mnie do piony, a czyiś glan spotyka się z moim udem. Czuję, że jutro będę wyglądać, jak ofiara przemocy domowej, ale nevermind. Wszystko mi jedno. Bo czuję jakąś jebaną pustkę. Jakbym miała ten koszmarny zjazd po kwasie. I dziwne wrażenie, że lekarstwem na to całe popieprzone życie jest tamten gość.
Świeże powietrze trochę mnie cuci. Obserwuję z politowaniem kumpla, który próbuje przemówić mi do rozsądku, kiedy wspinam się po samochodzie, żeby ulokować się na zaszczytnym miejscu. Na dachu. On jest najebany. Ja w niewiele lepszym stanie, a ilość osób na tylnej kanapie przyprawia o klaustrofobię. Mogliśmy iść na piechotę, ale chcieliśmy wjechać na imprezę w wielkim stylu. Łapię za uchwyty na rower i dumna z siebie parskam śmiechem.
- Jesteś postrzelona. Nie będę cię zeskrobywał. - wzruszam ramionami i chichram się, jak wariatka, gdy rusza. Puszcza na fulla utwór Akcent - Kylie, a wokół mnie świat wiruje w ten przyjemny sposób. Widzę go. Wychodzi ze sklepu i nie ma nic bardziej seksi niż jego widok z flaszką w dłoniach. No i oczywiście jest z nim ta paskuda. To mi psuje humor. Kierowca gwałtownie hamuje na światłach, a moje ciało leci do przodu. Dłoń uderza z plaskiem o przednią szybę i patrzę na kumpla, a on na mnie. Mogłam się zabić. To mnie bawi. Poprawiam się na dachu i wyrzucam do góry dłonie, krzycząc JUHU!
You drive me crazy
You slowly drive me crazy
Red-blooded baby
Can't get you off my mind
I should be lucky
I should be so lucky
I should be lucky to sleep with you tonight

Fałszuję na cały głos, a ktoś każe mi się przymknąć. Pokazuję mu faka. I gdy dojeżdżamy na afterek, to myślę, że to pieprzony cud, że żyjemy. A świat jest piękny, bo wciągam zaraz biały proszek z cycków jakiejś typiary, która musiała dać gruby hajs za swoje zderzaki. Są boskie, więc przeciągam tę chwilę i wtulam swój policzek w jej pierś. Witam się z ludźmi i później tańczę na barze z jakąś brunetką, której stringi dziwnym trafem lądują w kieszeni mojej skórzanej kurtki. Ja tracę stanik. Nawet nie wiem kurwa kiedy do tego doszło. Zataczam się, a kumpela mnie ciągnie w stronę balkonu. Coś tam sepleni o tym, że przyłapała swojego narzeczonego, jak ten obciąga komuś w damskim kiblu. Jest cała rozmazana, a ja jej proponuję, że może mnie wykorzystać w odwecie. Czego się nie robi w imię przyjaźni?
Nie zgadza się.
SMUTECZEK.
Mam ochotę przez to płakać z nią. Trajkocze dalej, a ja odprawiam dzikie densy na kamiennym murku do muzyki, która dolatuje przez otwarte okno. Przechylam butelkę i uzmysławiam sobie, że jest kurwa pusta. To dopiero jest tragiczna historia. Chwiejnym krokiem idę do ściany i próbuję sięgnąć dłonią do krańca dachu. Stamtąd musi być zajebisty widok.
Gdy drzwi się otwierają, kumpela łapie mnie za kostkę, a ja prawie zaliczam twarde lądowanie na kafelkach. Wpadam jednak w ramiona mojego crusha z koncertu. Dosłownie spadam mu z nieba. Butelka roztrzaskuje się o podłogę, gdy mnie łapie. Przez chwilę patrzymy na siebie oszołomieni. Tonę w jego oczach.
- Ooo… Masz fajki. - zauważam w przebłysku geniuszu. To wszystko, na co mnie stać, bo neurony mają spięcie i zapominam o całym świecie. - Złapałeś mnie... To co teraz zrobisz zanim znowu ci ucieknę? - uśmiecham się głupio i zdecydowanie zbyt długo patrzę na jego usta. Jego dziewczyny tutaj nie ma. Jest mój.
Jest kurwa cały mój.
A endorfinki krążą w moich żyłach, kiedy wciąż jestem w jego ramionach. Istny raj.

William N. Patel
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”