Krzywię się mimowolnie patrząc jak tamten typ zaczyna bezczelnie obłapiać rudą nieznajomą, chociaż przecież powinienem mieć to w dupie, tylko w tym momencie oddałbym dosłownie kurwa wszystko żeby znaleźć się na jego miejscu. Mrużę lekko ślepia, mocniej zaciskając palce na kubku, plastik strzela i gniecie się pod naporem mojej dłoni. Ja pierdole, co jest? Reakcja własnego ciała jest dla mnie zagadką, a chaos w głowie właściwie jeszcze większą, bo wszystkie myśli krążą aktualnie wokół jej pięknych, brązowych oczu, podkreślonych czarną kreską oraz kształtnych ust maźniętych ciemną czerwienią, tak bardzo pociągających, że od razu chciałbym ich posmakować. Bezwiednie oblizuję wargi -
Suka!?... - Granda pluje się dalej, a ja mocno wciągam w płuca powietrze bo naprawdę ostatnim czego teraz chcę to wchodzić w jakiekolwiek potyczki, oby tylko nie doszło do rękoczynów, więc już otwieram japę, żeby uspokoić swoją kumpelę, ale zanim zdążę się odezwać tamta laska wrzuca jej pustą puszkę za koszulkę. Ściągam wargi w wąską kreskę, powstrzymując parsknięcie, zaś szczupłe dłonie Grandy zaciskają się w pięści tak mocno, że bieleją jej knykcie, język układa się w soczyste
pojebało cię?!, natomiast kolejne słowa nieznajomej sprawiają, że w jej mózgu dochodzi chyba do jakiegoś spięcia, bo na moment zamiera w bezruchu, jakby cała ta sytuacja ją przerosła. Robi się trochę gęsto, jakby zaraz miała się tutaj rozpętać prawdziwa awantura i Bogu dzięki tamten frajer chyba także nie ma ochoty na żadne bójki, posyłam mu krótkie spojrzenie, bo mój wzrok szybko powraca do jego dziewczyny. Uśmiecham się lekko kiedy zamawia mi piwo -
Dzięki. I vice versa - no bo proszę was, co to był za typ? Zjebany jakiś chociaż nie podobał mi się głównie dlatego, że bezkarnie mógł całować jej szyję i dotykać ciała. Też bym chciał. Kurwa. Wodzę za rudą spojrzeniem, zaś w odpowiedzi na ten wulgarny gest posyłam jej zalotne oczko i krótkiego całusa, a kubek unoszę nieznacznie w geście toastu. Obydwoje znikają gdzieś w tłumie -
Zajebie ich - syczy Granda i rusza przed siebie, ale łapię ją szybko za nadgarstek, ciągnąc w swoją stronę -
Weź wyluzuj, olej ich - mocniej zaciskam palce wokół jej ręki -
Nie ma chuja, widziałeś co ona zrobiła?! - rzuca, na co wzdycham jakby trochę rozmarzony, co nie umyka uwadze mojej kumpeli. Strzela mnie z pięści w ramię -
Kurwa, po czyjej ty jesteś stronie, Bill? - wściekle marszczy nos, posyłając mi wręcz mordercze spojrzenie -
No oczywiście, że po twojej, ale nie chcę żeby nas stąd wyjebali, koncert jeszcze nawet się nie zaczął, weź się ogarnij, łyknij sobie, może ci się zrobi lepiej - stukam się z nią piwem i ciągnę sporego łyka. Ona też. Tymczasem na prowizorycznej scenie pojawia się gwiazda wieczoru, zespół punkowy Syf i Hałas. Wokalistka wyglądająca jak Courtney Love po roku w Rosji wiesza się na mikrofonie i krzyczy -
Jesteśmy Syf i Hałas i zaraz wspólnie rozniesiemy tę budę!!! - wjeżdża ostry, gitarowy riff, brudna, basowa linia oraz głośna, chaotyczna perkusja, kolejne wrzaski wokalistki co rusz przecinają powietrze, zaś oszalały tłum rusza w srogie pogo, ludzie wymachują rękami i nogami jakby jutra miało nie być, a ja zerkam na swoją kumpelę -
Idę w pogo - informuję ją, po czym walę browara na hejnał, pusty kubek odkładając na barowy blat. Ruszam w kierunku dziko skaczącego tłumu głównie dlatego, że liczę na kolejne spotkanie z tamtą dziewczyną, na to, że znowu przetniemy się gdzieś pośród całego tego koncertowego chaosu. I faktycznie gdzieś w całym tym syfie i hałasie miga mi jej sylwetka, ale za każdym razem kiedy znajduje się na wyciągnięcie mojej ręki to ktoś łapię mnie za ramię i odciąga w tył, lub ona sama znika między innymi sylwetkami. Cały ten koncert trwa dobre półtora godziny i po wszystkim jestem tak zjebany, że ledwie stoję na nogach. Powietrze śmierdzi potem, szlugami i tanim alko, w dodatku dym jest tak gęsty, że mało co widać. My z Grandą szybko zbieramy się na zewnątrz, bo rzeczywiście udało jej się wkręcić nas na after dwie przecznice dalej, w starej kamienicy zasquotowanej przez lokalne towarzystwo anarchistów. Podobno należy do jakiegoś miliardera, który podróżuje po świecie więc dopóki nie zacznie się wpierdalać to hulaj dusza piekła nie ma. Granda po drodze zaczepia dosłownie każdego prosząc o drobne na chlanie, więc zahaczamy o pobliski monopolowy. Dokładam się do czegoś lepszego niż wino z najniższej półki, ale nie szalejmy - w tym przypadku liczy się ilość, nie jakość, jakiekolwiek procenty klepią tak samo. Tylko czasem trzeba to odchorować następnego dnia. Wbijamy do kamienicy razem z grupką nieznajomych, równie nakręconych na dobrą imprezę i od progu wiem, że nikt z nas sie dzisiaj nie zawiedzie. Nieźle się tu urządzili, ci anarchiści. Klatka schodowa jest ogromna, z zakręconymi, szerokimi schodami, drewnianymi i mocno przetartymi tysiącem podeszw, po jednej stronie zdobiona barierka w fatalnym stanie, ale najwidoczniej nikomu to nie przeszkadza. Już tam toczą się filozoficzne dyskusje w oparach papierosów. Granda wita się z wieloma ludźmi, ja zresztą też, większości ksyw i tak nie będę pamiętał. Z niektórych pomieszczeń dociera do nas muzyka lub światła, inne wydają się puste i całkowicie ciemne -
Idę zapalić - mówię do swojej towarzyszki, na co macha ręką, pogrążona w rozmowie z jakąś inną typiarą. Przechodzę wzdłuż trochę surowych murów wymalowanych w graffiti, mam ze sobą butelkę czerwonego wina za kilka dolców, w dolnym rogu etykietki zanotowano -
zawiera siarczyny.. Wypadam przez podwójne, drewniane drzwi wprost na całkiem duży balkon, z którego rozpościera się widok na jedną z menelskich ulic Toronto. Na dole jakiś żul robi trzy kroki w przód i dwa w tył, a potem kilka kolejnych przed siebie i znowu się cofa, zastanawia się przy tym głośno czy
idzie czy nie idzie. A na balkonie ta ruda dziewczyna z baru.
Gabriela R. Blais