ODPOWIEDZ
29 y/o
For good luck!
170 cm
informatyk (oficjalnie) pracuje zdalnie
Awatar użytkownika
Dzisiejszy program tego nie przewiduje.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zivai nie miała jednej określonej pory na bieganie. Nie czuła też presji robienia tego codziennie. Nie biegała dla zdrowia fizycznego, kondycji, w ramach przygotowań do maratonu ani dlatego, że to było modne. Bieganie uspokajało jej umysł, sprawiało, że pracowało jej się znacznie lepiej i przede wszystkim rozładowywała energię na tyle aby nie czuć się jak w klatce.
Biegała więc kiedy chciała i ile chciała.
Dziś zrobiła to bardzo wcześnie rano i postanowiła powtórzyć wieczorem.
Było już ciemno, dużo osób wracało do domów po drugich zmianach w pracy do późna, zaś inni wypindrzeni od stóp do głów wybierali się na imprezy, drinka, posiadówkę albo randki. Tym drugim szczerze zazdrościła szybko dochodząc do wniosku, że przecież też mogłaby pójść się zabawić. Nic nie trzymało jej na uwięzi, a jednak mentalnie czuła się przygwożdżona do laptopa w motelowym pokoju. Pracowała i szukała informacji o bracie. Nic więcej nie robiła. Poza tym, Toronto wydawało się mieć przedziwną energię, do której nie umiała przywyknąć. Czuła, że to obce miasto nie chciało aby tu była; jakkolwiek dziwnie to brzmiało w ustach kogoś, kto całe życie śmiał się z tego (i niedowierzał), że jego przodkowie byli afrykańskimi szamanami i wiedźmami.
Była blisko parku. Zamierzała do niego wbiec, okrążyć i wrócić. Niestety nie dobiegła do ścieżki, bo nagle od strony ulicy, przez przejście śmignął rower i wjechał na chodnik tuż przed nią. Nie miała szans na rozsądną reakcję. Nie było mowy o zatrzymaniu się ani odskoczeniu. Choćby była najlepszą akrobatką na świecie nie zrobiłaby żadnego salta ani innej wymyślnej figury godnej oceny 10/10. Wpadła na rowerzystę od jego lewej strony. Wbiła się ciałem w bok kierownicy i przewracając rower wraz z jego właścicielem również poleciała do przodu starając się dłońmi złagodzić upadek. Impet i prędkość była jednak na tyle duża, że po upadku przeturlała się na bok wprost pod nogi grupki osób wychodzących z parku.
- Kurwa – warknęła, kiedy twarzą wylądowała na piaszczystej ścieżce.
Serce choć wcześniej biło szybciej od biegania teraz waliło jak szalone. Przed oczami pojawiły się mroczki a w uszach nieznośnie piszczało. Gdzieś w oddali usłyszała czyjś krzyk. Po wściekłym tonie i słowach mogła przypuszczać, że rowerzysta albo próbował albo już zwiał.
Miała go w dupie.
Biorąc pod uwagę swoją pozycję obawiała się, że miała poharataną twarz. Bała się oderwać ją od piasku i ruszyć ciałem, żeby nie okazało się, że było gorzej niż przypuszczała; bo teraz, pod wpływem adrenaliny, nie czuła żadnego bólu.
Toronto naprawdę jej tutaj nie chciało.
Mogła próbować wmówić wszystkim, że była bardzo zorientowana w sytuacji i sama podjęła się próby wstania, ale to nieprawda. Uniosła się do siadu tylko pod namową i z pomocą kogoś, kto (prawdopodobnie z tej grupki) uznał, że warto oderwać jej twarz od piasku, który przykleił się do jej obdartego policzka.
- W pizdu – Potrząsnęła głową, ale to był zły pomysł. Poczuła nieprzyjemny ból nad lewym okiem. – Ręce. – Wysunęła dłonie przed siebie. Na obu miała otarcia i powoli docierał do niej ból prawego nadgarstka. – Nogi. – Spojrzała na nie upewniając się, że były na swoim miejscu. Długie dresy na pewno osłoniły skórę, ale nie uchroniły od siniaków.
Najważniejsze jednak, że nie oderwało jej rąk i nóg, więc nie było tak źle.
Chwila.
Z wyraźną paniką przyłożyła dłonie w okolice brzucha w swej dzikiej wyobraźni dopisując do scenariusza ogromną dziurę po kierownicy, w którą się wbiła. To byłaby słaba śmierć. Nie chciała tak.


teddy darling
foxy
napiszę, jeśli coś nie będzie mi pasować
30 y/o
STRAŻAK TEDDY
167 cm
strażaczka w toronto fire station 132
Awatar użytkownika
dotknięta przez słońce, dotknij mnie tam, gdzie ja zaczynam a nie kończę, przychodzisz do mnie w snach
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

075.
Wolała biegać rano, a wieczorami, kiedy akurat nie miała dyżuru, zdecydowanie chętniej wsiadała na motocykl i po prostu jechała przed siebie. Dzisiaj miała jednak wolne, więc cały dzień spędziła z narzeczoną. Posprzątały loft, pojechały na zakupy, a później znalazły też przestrzeń na delektowanie się swoją bliskością. Darling nie miała absolutnie żadnych powodów do narzekania. W jej przypadku każdy taki wolny dzień należało celebrować. Nigdy nie było wiadomo, kiedy znowu wpadnie jej dwudziestoczterogodzinna zmiana i przez kolejną dobę będzie oglądała świat głównie z perspektywy wozu strażackiego. Tym bardziej nie zamierzała marnować czasu, który mogła spędzić z April. Jednocześnie była wystarczająco zdeterminowana, żeby mimo wszystko odhaczyć jogging o innej porze niż zwykle. Równie dobrze mogła sobie darować. Jeden dzień bez biegania naprawdę nie sprawiłby, że nagle straciłaby całą kondycję i przy pierwszym wyjeździe musiałaby być wynoszona z płonącego budynku na noszach. Teddy po prostu nie lubiła, kiedy coś wybijało ją z rutyny. Skoro miała pobiegać rano, a rano tego nie zrobiła, to należało znaleźć inną porę.
Truchtała ścieżką, co jakiś czas zerkając na smartwatch, żeby kontrolować puls i tempo, kiedy nagle usłyszała huk, a chwilę później krzyk rowerzysty. Następne, co zobaczyła, to rozpędzony facet, który przemknął tuż przed jej nosem. Teddy ledwo zdążyła uskoczyć na bok.
— Kurwa, człowieku... — mruknęła pod nosem, odprowadzając go wzrokiem. Odwróciła się w stronę, z której dobiegł hałas. Przy wyjściu z parku zebrała się już grupka ludzi. Pod ich nogami leżała poturbowana kobieta. Teddy nawet nie zastanawiała się, czy powinna podejść. Nogi same zaniosły ją w tamtą stronę.
— Ale jebła — stwierdził młody chłopak w czapce z daszkiem. — E, żyjesz? — dorzucił, pochylając się nad nią.
— No przecież widzisz, że żyje. Weź uważaj, Owen, bo jeszcze zrobisz jej krzywdę — pouczył go kolega, ściągając kaptur z głowy.
Darling zatrzymała się przy nich i przykucnęła obok dziewczyny. Przez chwilę nic nie mówiła, tylko uważnie lustrowała ją wzrokiem. Najpierw ogólny stan, potem twarz, ręce, nogi. Policzki miała całe w piachu i wszystko wskazywało na to, że przy upadku konkretnie zdarła sobie skórę.
— Chłopaki, możecie się przesunąć? Pracuję w straży i znam się na udzielaniu pierwszej pomocy. Jeśli chcecie pomóc, to po prostu nie przeszkadzajcie — powiedziała to spokojnie, ale ton nie pozostawiał zbyt wiele miejsca na dyskusję. Nie było nic gorszego niż bezużyteczne zbiorowisko stojące nad poszkodowanym i utrudniające robotę. Wszyscy czterej pokiwali głowami i posłusznie cofnęli się o kilka kroków.
Teddy ponownie skupiła uwagę na dziewczynie.
— Jesteś cała? Co cię boli? Ile widzisz palców? — uniosła dłoń i wystawiła trzy. — Wiesz, jaki mamy dziś dzień tygodnia? Możesz się ruszyć? — zasypała ją standardowymi pytaniami, jednocześnie obserwując jej reakcje. Nie zamierzała podnosić jej z ziemi, dopóki nie upewni się, że nie ma podejrzenia poważniejszego urazu. Sam fakt, że dziewczyna była przytomna, jeszcze o niczym nie świadczył.
Na razie wyglądało to przede wszystkim na porządnie potłuczone mięśnie i obdarte policzki. Nigdzie nie widziała świeżej krwi, chociaż nie miała pewności, co dokładnie kryje się pod warstwą piasku na czole i twarzy. Upadek musiał być jednak bolesny.

Fiji Zivai
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu. weź mnie rozbaw!
29 y/o
For good luck!
170 cm
informatyk (oficjalnie) pracuje zdalnie
Awatar użytkownika
Dzisiejszy program tego nie przewiduje.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Była w szoku i gdyby ktoś kazał jej opisać, w jaki sposób upadła i co sobie poturbowała, to nie miałaby co do tego pewności. Wszystko zadziało się tak szybko, że zaledwie w ciągu jednego mrugnięcia skipnęła między uderzeniem w rower a przytuleniem się do ziemi. To była chwila podczas której niewiele mogła zrobić. Starała się i cudem ocaliła twarz przed pierwszym niekontrolowanym upadkiem, po którym musiałaby zbierać szczękę do kupy. Później jednak straciła panowanie nad ciałem i przeturlawszy się na bok poczuła jak zaryła twarzą o ziemię.
Co cię boli?
Jeszcze nie była pewna. Adrenalina robiła swoje.
Ile widzisz palców?
Najpierw mętnym wzrokiem spojrzała na kucającą przed nią dziewczynę. Dopiero teraz zorientowała się, że w oczach miała łzy. Nie płakała jak dziecko, ale przestraszyła się nie na żarty.
Zamrugała dwukrotnie pozbywając się nadmiaru słonej wody z oczu i jeszcze raz rzuciła okiem na wystawione przed nią palce. Bez pomyślunku, choć z nadzieją, że nadal miała w pełni sprawną motorykę, drżącą lewą ręką złapała za ów palce.
- Trzy.
Lekko je ścisnęła. Świadomość uczynienia tego, nieco ją uspokoiła. Może zbyt przedwcześnie i złudnie, ale ruszała rękami, bez problemu złapała/trafiła na trzy palce i jeszcze nie zwymiotowała.
- Czwartek. – Nie kłóciła się z dziewczyną. Nie jęczała, czemu ta zadawała jej tyle pytań i po co jej było wiedzieć, jaki był dzień tygodnia. Cieszyła się, że ktoś przy niej był. Że choć jedna osoba się nią zainteresowała, bo – do cholery – w Toronto nie miała nikogo. Ani jednej osoby, do której mogłaby zadzwonić.
Nie żeby teraz zamierzała wykorzystywać nieznajomą, ale poczucie, że ktoś miał ją na oku skutecznie hamowało panikę.
Możesz się ruszyć?
- Czy mam dziurę w brzuchu? – Abstrakcja. – Wbiłam się w bok kierownicy. – Wiedziała, że coś powinna poczuć, ale adrenalina wciąż ją oszukiwała. – Jutro będzie w chuj bolało. – Sama sobie to dodała i nie zamierzała mydlić oczu.
Ciężko jednak powiedzieć, czy bardziej będzie ją bolał brzuch czy twarz.
- O kurwa.. ten typ. Gdzie on jest? Wjechał prosto przede mną. – Z dużym opóźnieniem przypomniała sobie o rowerzyście, który głęboko w poważaniu miał swój stan i zwiał najszybciej jak tylko mógł.
- O tam pojechał.
Fiji dopiero teraz zorientowała się, że niedaleko stali ludzie i choć mogli mieć dobre intencje, to w dupie miała gdzie gość pojechał. Bardziej interesowało ją to, czemu pojechał i zostawił ją w pizdu. Kutasiarz.
Uznając, że dalsze pytania o gościa nie miały sensu powróciła spojrzeniem na jedyną rozsądną teraz osobę; nieznajomą, która miała ją na oku.
- Miss to ja nie zostanę, co? – Innymi słowy czy wyglądała bardzo źle? Sama nie mogła tego ocenić. Nie wiedziała też, że na twarzy miała zbyt dużo piasku oraz żwiru aby cokolwiek na ten temat móc powiedzieć. A jednak kiedy czekała na reakcję dziewczyny poczuła, że coś skapuje na rzęsy lewego oka. Krwi nie było dużo, co sugerowała, że rana na krwi pod warstwą piachu też nie należała do największych. Na upartego plastrem dałoby się do ogarnąć.


teddy darling
foxy
napiszę, jeśli coś nie będzie mi pasować
30 y/o
STRAŻAK TEDDY
167 cm
strażaczka w toronto fire station 132
Awatar użytkownika
dotknięta przez słońce, dotknij mnie tam, gdzie ja zaczynam a nie kończę, przychodzisz do mnie w snach
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Praca w straży pożarnej nauczyła ją zachowywać zimną krew w każdej sytuacji. Wiedziała, jak reagować, żeby poszkodowana osoba poczuła się bezpiecznie. Paniką nie wskórałaby niczego sensownego. Wiedziała też, że ludzie bardzo szybko przejmują emocje od innych. Tak właśnie funkcjonowała przez ostatnie lata. I najwyraźniej wrosło w nią to do tego stopnia, że reagowała automatycznie, zanim jeszcze zdążyła się nad tym porządnie zastanowić.
Dostrzegając łzy w oczach dziewczyny, posłała jej lekki, pokrzepiający uśmiech. Tym sposobem chciała dać jej do zrozumienia, że wszystko będzie dobrze. Sam fakt, że poprawnie policzyła palce i wiedziała, jaki jest dzień tygodnia był bardzo budujący. Pokiwała głową w ramach pochwały.
— Dziurę w brzuchu? Nie sądzę — chwyciła za krawędź jej ubrania i podciągnęła nieznacznie do góry. Na skórze widniał krwistoczerwony ślad, ale dziury tam nie było. Teddy cmoknęła z niezadowoleniem. Straszne paskudztwo i musiało boleć jak cholera. — Nie ma co czarować. Będzie bolało w chuj i jeszcze trochę. Ale będziesz żyć — dodała już o wiele bardziej entuzjastycznie.
Automatycznie spojrzała we wskazanym przez jednego z chłopaków kierunku. Faktycznie, rowerzysta popędził w stronę furtki i już dawno zniknął z pola widzenia.
— Czy pocieszy cię fakt, że mnie też prawie staranował? — zażartowała, chociaż sama doskonale wiedziała, że było to pocieszenie raczej marne. Chciała jednak, żeby dziewczyna choć trochę się rozchmurzyła. Miała dwie ręce, obie nogi i - co najważniejsze - żadnej dziury w brzuchu. Siniaki pewnie utrzymają się przez kilka tygodni, ale w końcu i one znikną. — A głowę masz całą? — dopytała, po czym bez czekania na odpowiedź sama przyjrzała się uważnie skórze pod ciemnymi, kręconymi włosami. Przesunęła wzrokiem po głowie i karku, szukając rozcięć, otarć albo miejsca, które wyglądałoby na szczególnie bolesne. Nie zauważyła jednak niczego, co od razu wzbudziłoby jej niepokój.
Na pytanie dziewczyny parsknęła pod nosem zduszonym śmiechem. Dobrze, że mimo wszystko nie opuszczała jej namiastka poczucia humoru.
— Słuchaj, naprawdę nie jest aż tak źle. Idealnie też nie, chociaż zawsze możesz zakryć to pudrem — mrugnęła do niej. Dopiero wtedy wyprostowała się i wyciągnęła rękę, żeby pomóc jej wstać. Ruchem drugiej dłoni przywołała jeszcze jednego z chłopaków, żeby wreszcie przydał się do czegoś bardziej pożytecznego niż komentowanie kraksy.
Wspólnymi siłami postawili dziewczynę na nogi i powoli podprowadzili ją do ławki. Kiedy już bezpiecznie usiadła, panowie upewnili się jeszcze, czy mogą w czymś pomóc. Darling pokręciła głową, więc po chwili cała czwórka ruszyła w stronę, w którą wcześniej pognał szalony rowerzysta. Nie ma co się łudzić, że rzeczywiście uda im się go znaleźć. Teddy jednak mocno trzymała kciuki za to, żeby facet przynajmniej wypierdolił się na jakimś zakręcie i rozbił sobie ten głupi ryj. Nie była to może najbardziej profesjonalna reakcja strażaczki, ale trudno było jej współczuć komuś, kto kogoś staranował i nawet się nie zatrzymał.
— Poczekaj, mam tutaj... — sięgnęła do saszetki przy pasie i wyciągnęła paczkę chusteczek oraz butelkę napoczętej wody. Nie licząc telefonu, właściwie tylko tyle się w niej mieściło. — Opatrzę ci to, ale jak na moje, dobrze byłoby, gdyby dodatkowo obejrzał cię jakiś lekarz. Tak dla bezpieczeństwa — skropiła chusteczkę wodą i wyciągnęła ją w stronę dziewczyny, czekając, aż ta nadstawi pozdzierane policzki.

Fiji Zivai
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu. weź mnie rozbaw!
29 y/o
For good luck!
170 cm
informatyk (oficjalnie) pracuje zdalnie
Awatar użytkownika
Dzisiejszy program tego nie przewiduje.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- A czy masz dziurę w brzuchu? – Nie żeby życzyła nieznajomej podobnego bólu, ale skoro tamta wyszła z zasadą „pocieszenia z powodu obrażeń innej osoby”, to zamierzała się tego chwycić, jak trzech palców wciąż ściskanych w dłoni. W końcu jednak rozluźniła rękę i puściła dziewczynę.
Nie łamała się łatwo. Była wkurzona i powoli do jej umysłu docierał ból, ale na tę chwilę nie miała powodów aby panikować. Dopóki nie pluła krwią i nie rzygała, to raczej wszystko było dobrze. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyła analizując poszczególne elementy swego zbolałego samopoczucia; buzująca adrenalina, drżące od niej dłonie, otarcia na skórze i szczypiąca twarz. Czuła się lekko otępiała, ale bardziej jak po zakręceniu na kole na placu zabaw niż silnym bokserskim uderzeniu.
- Tak. Raczej tak. – Czuła się lepiej niż kiedy w podstawówce jeżdżąc na rolkach skurwiel van Holsen pchnął ją prosto na ławkę, o którą z impetem uderzyła głową.
Raz jeszcze zamrugała pozbywając się resztek łez będących reakcją na nagły ból i niepotrzebnie uniosła brwi drażniąc zranioną skórę. Syknęła i automatycznie sięgnęła do miejsca bólu w okolicach brwi, ale nieznajoma powstrzymała ją od macania.
- Toronto jest do bani – syknęła pod nosem. Tego nawet pudrem nie przykryje. Przyjechała tu do brata, który okazał się parodniowym nieboszczykiem. Popadła w krótką żałobę po kimś, kogo nawet nie znała (poza jego nastoletnią wersją) i kiedy myślała, że znalazła jakiś nowy cel, to przed jej nosem pojawił się gość na rowerze rujnując kolejne dni.
Może zamiast biegać to powinna zacząć chodzić na imprezy? W Winnipeg nigdy od nich nie stroniła, choć nie czuła się wtedy najlepiej głównie przez fakt, że musiała się porządnie upić aby rozluźnić umysł nadmiernie analizujący każdy szczegół otoczenia. Potem był kac zalany specyfikiem z surowego jajka i tabasco i kolejna impreza. Bywało, że wpadała w ciąg; w pętlę, z której potem wyskakiwała, jak teraz w Toronto. Była poza imprezowym obiegiem i wcale nie czuła się z tym źle.
Po prostu.. wszystko ją bolało.
To wkurwiające.
Złapała rękę nieznajomej i pozwoliła sobie pomóc ze wstaniem. Zagryzła zęby czując silniejszy ból w okolicach brzucha. Pomyślała, że od teraz wstawanie z łóżka będzie najnieprzyjemniejszym doświadczeniem na świecie, choć niektórzy nawet bez bólu uznają, że opuszczanie go było trudne.
Raz jeszcze spojrzała na swoje dłonie, a potem na dziewczynę, która ciągle tutaj była. Nie musiała, a jednak jej pomagała grzebiąc w saszetce przylegającej do ciała. Fiji przyjrzała się mu a dokładniej ubraniom miejscami z odznaczającymi się plamami potu. Doszła do wniosku, że nieznajoma też była w trakcie lub po treningu, z którego wracała. To pierwsza wersja, która przyszła jej do głowy, chociaż równie dobrze mogły to być oznaki nadpotliwości.
- Jasne. – Niechętnie przyznała nieznajomej rację, choć wiedziała, że i tak się do tego nie dostosuje. Nie lubiła lekarzy i szpitali. – A czy tak dla bezpieczeństwa zaprowadzisz mnie do najbliżej apteki? – Po jakąś maść i cokolwiek innego, co będzie jej potrzebne a czego nie umiała określić nie widząc swojej twarzy, którą podsunęła bliżej mokrej chusteczki.
Pozwoliła dziewczynie działać znów zaciskając zęby, żeby nie reagować na pomoc jak małe dziecko, które jęczało z powodu każdego bólu. Czuła dyskomfort na skórze; pieczenie i szczypanie sugerując, że miała naruszoną skórę bardziej niż myślała.
- Może lepiej wyglądam z piachem na twarzy? – Próbowała żartować, bo nic innego jej nie pozostawało. – Niektórzy przyklejają gwiazdki a ja będę jak Balenciaga i wypromuje piach. – Jakiś czas temu dom mody zasłynął ze stylu na bezdomnego, w co jej twarz teraz wpisałaby się idealnie. – Sama mówiłaś, że nie jest tak źle. – Więc to na pewno zasługa piachu, z którego ciągle sobie żartowała w ten sposób walcząc z nieprzyjemnym bólem. Lepsze to od publicznego lamentowania.
- Kurwa. – Dotarło do niej, że będzie miała spieprzone kolejne dni. – Trzeba było iść na imprezę. Tam jedyne co by mi groziło to moralne upodlenie. – W ostateczności, do czego rzadko doprowadzała, bo w jej mniemaniu nigdy nie zrobiła niczego, co potem chciałaby wymazać lub o tym zapomnieć.


teddy darling
foxy
napiszę, jeśli coś nie będzie mi pasować
ODPOWIEDZ

Wróć do „Riverdale Park”