ODPOWIEDZ
29 y/o
For good luck!
170 cm
informatyk (oficjalnie) pracuje zdalnie
Awatar użytkownika
Dzisiejszy program tego nie przewiduje.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zivai nie miała jednej określonej pory na bieganie. Nie czuła też presji robienia tego codziennie. Nie biegała dla zdrowia fizycznego, kondycji, w ramach przygotowań do maratonu ani dlatego, że to było modne. Bieganie uspokajało jej umysł, sprawiało, że pracowało jej się znacznie lepiej i przede wszystkim rozładowywała energię na tyle aby nie czuć się jak w klatce.
Biegała więc kiedy chciała i ile chciała.
Dziś zrobiła to bardzo wcześnie rano i postanowiła powtórzyć wieczorem.
Było już ciemno, dużo osób wracało do domów po drugich zmianach w pracy do późna, zaś inni wypindrzeni od stóp do głów wybierali się na imprezy, drinka, posiadówkę albo randki. Tym drugim szczerze zazdrościła szybko dochodząc do wniosku, że przecież też mogłaby pójść się zabawić. Nic nie trzymało jej na uwięzi, a jednak mentalnie czuła się przygwożdżona do laptopa w motelowym pokoju. Pracowała i szukała informacji o bracie. Nic więcej nie robiła. Poza tym, Toronto wydawało się mieć przedziwną energię, do której nie umiała przywyknąć. Czuła, że to obce miasto nie chciało aby tu była; jakkolwiek dziwnie to brzmiało w ustach kogoś, kto całe życie śmiał się z tego (i niedowierzał), że jego przodkowie byli afrykańskimi szamanami i wiedźmami.
Była blisko parku. Zamierzała do niego wbiec, okrążyć i wrócić. Niestety nie dobiegła do ścieżki, bo nagle od strony ulicy, przez przejście śmignął rower i wjechał na chodnik tuż przed nią. Nie miała szans na rozsądną reakcję. Nie było mowy o zatrzymaniu się ani odskoczeniu. Choćby była najlepszą akrobatką na świecie nie zrobiłaby żadnego salta ani innej wymyślnej figury godnej oceny 10/10. Wpadła na rowerzystę od jego lewej strony. Wbiła się ciałem w bok kierownicy i przewracając rower wraz z jego właścicielem również poleciała do przodu starając się dłońmi złagodzić upadek. Impet i prędkość była jednak na tyle duża, że po upadku przeturlała się na bok wprost pod nogi grupki osób wychodzących z parku.
- Kurwa – warknęła, kiedy twarzą wylądowała na piaszczystej ścieżce.
Serce choć wcześniej biło szybciej od biegania teraz waliło jak szalone. Przed oczami pojawiły się mroczki a w uszach nieznośnie piszczało. Gdzieś w oddali usłyszała czyjś krzyk. Po wściekłym tonie i słowach mogła przypuszczać, że rowerzysta albo próbował albo już zwiał.
Miała go w dupie.
Biorąc pod uwagę swoją pozycję obawiała się, że miała poharataną twarz. Bała się oderwać ją od piasku i ruszyć ciałem, żeby nie okazało się, że było gorzej niż przypuszczała; bo teraz, pod wpływem adrenaliny, nie czuła żadnego bólu.
Toronto naprawdę jej tutaj nie chciało.
Mogła próbować wmówić wszystkim, że była bardzo zorientowana w sytuacji i sama podjęła się próby wstania, ale to nieprawda. Uniosła się do siadu tylko pod namową i z pomocą kogoś, kto (prawdopodobnie z tej grupki) uznał, że warto oderwać jej twarz od piasku, który przykleił się do jej obdartego policzka.
- W pizdu – Potrząsnęła głową, ale to był zły pomysł. Poczuła nieprzyjemny ból nad lewym okiem. – Ręce. – Wysunęła dłonie przed siebie. Na obu miała otarcia i powoli docierał do niej ból prawego nadgarstka. – Nogi. – Spojrzała na nie upewniając się, że były na swoim miejscu. Długie dresy na pewno osłoniły skórę, ale nie uchroniły od siniaków.
Najważniejsze jednak, że nie oderwało jej rąk i nóg, więc nie było tak źle.
Chwila.
Z wyraźną paniką przyłożyła dłonie w okolice brzucha w swej dzikiej wyobraźni dopisując do scenariusza ogromną dziurę po kierownicy, w którą się wbiła. To byłaby słaba śmierć. Nie chciała tak.


teddy darling
foxy
napiszę, jeśli coś nie będzie mi pasować
30 y/o
STRAŻAK TEDDY
167 cm
strażaczka w toronto fire station 132
Awatar użytkownika
z tobą słyszę zapachy, węszę kolory i dźwięki,
gwiazdy, zorze, tęcze przy tobie to nic
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

075.
Wolała biegać rano, a wieczorami, kiedy akurat nie miała dyżuru, zdecydowanie chętniej wsiadała na motocykl i po prostu jechała przed siebie. Dzisiaj miała jednak wolne, więc cały dzień spędziła z narzeczoną. Posprzątały loft, pojechały na zakupy, a później znalazły też przestrzeń na delektowanie się swoją bliskością. Darling nie miała absolutnie żadnych powodów do narzekania. W jej przypadku każdy taki wolny dzień należało celebrować. Nigdy nie było wiadomo, kiedy znowu wpadnie jej dwudziestoczterogodzinna zmiana i przez kolejną dobę będzie oglądała świat głównie z perspektywy wozu strażackiego. Tym bardziej nie zamierzała marnować czasu, który mogła spędzić z April. Jednocześnie była wystarczająco zdeterminowana, żeby mimo wszystko odhaczyć jogging o innej porze niż zwykle. Równie dobrze mogła sobie darować. Jeden dzień bez biegania naprawdę nie sprawiłby, że nagle straciłaby całą kondycję i przy pierwszym wyjeździe musiałaby być wynoszona z płonącego budynku na noszach. Teddy po prostu nie lubiła, kiedy coś wybijało ją z rutyny. Skoro miała pobiegać rano, a rano tego nie zrobiła, to należało znaleźć inną porę.
Truchtała ścieżką, co jakiś czas zerkając na smartwatch, żeby kontrolować puls i tempo, kiedy nagle usłyszała huk, a chwilę później krzyk rowerzysty. Następne, co zobaczyła, to rozpędzony facet, który przemknął tuż przed jej nosem. Teddy ledwo zdążyła uskoczyć na bok.
— Kurwa, człowieku... — mruknęła pod nosem, odprowadzając go wzrokiem. Odwróciła się w stronę, z której dobiegł hałas. Przy wyjściu z parku zebrała się już grupka ludzi. Pod ich nogami leżała poturbowana kobieta. Teddy nawet nie zastanawiała się, czy powinna podejść. Nogi same zaniosły ją w tamtą stronę.
— Ale jebła — stwierdził młody chłopak w czapce z daszkiem. — E, żyjesz? — dorzucił, pochylając się nad nią.
— No przecież widzisz, że żyje. Weź uważaj, Owen, bo jeszcze zrobisz jej krzywdę — pouczył go kolega, ściągając kaptur z głowy.
Darling zatrzymała się przy nich i przykucnęła obok dziewczyny. Przez chwilę nic nie mówiła, tylko uważnie lustrowała ją wzrokiem. Najpierw ogólny stan, potem twarz, ręce, nogi. Policzki miała całe w piachu i wszystko wskazywało na to, że przy upadku konkretnie zdarła sobie skórę.
— Chłopaki, możecie się przesunąć? Pracuję w straży i znam się na udzielaniu pierwszej pomocy. Jeśli chcecie pomóc, to po prostu nie przeszkadzajcie — powiedziała to spokojnie, ale ton nie pozostawiał zbyt wiele miejsca na dyskusję. Nie było nic gorszego niż bezużyteczne zbiorowisko stojące nad poszkodowanym i utrudniające robotę. Wszyscy czterej pokiwali głowami i posłusznie cofnęli się o kilka kroków.
Teddy ponownie skupiła uwagę na dziewczynie.
— Jesteś cała? Co cię boli? Ile widzisz palców? — uniosła dłoń i wystawiła trzy. — Wiesz, jaki mamy dziś dzień tygodnia? Możesz się ruszyć? — zasypała ją standardowymi pytaniami, jednocześnie obserwując jej reakcje. Nie zamierzała podnosić jej z ziemi, dopóki nie upewni się, że nie ma podejrzenia poważniejszego urazu. Sam fakt, że dziewczyna była przytomna, jeszcze o niczym nie świadczył.
Na razie wyglądało to przede wszystkim na porządnie potłuczone mięśnie i obdarte policzki. Nigdzie nie widziała świeżej krwi, chociaż nie miała pewności, co dokładnie kryje się pod warstwą piasku na czole i twarzy. Upadek musiał być jednak bolesny.

Fiji Zivai
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu. weź mnie rozbaw!
29 y/o
For good luck!
170 cm
informatyk (oficjalnie) pracuje zdalnie
Awatar użytkownika
Dzisiejszy program tego nie przewiduje.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Była w szoku i gdyby ktoś kazał jej opisać, w jaki sposób upadła i co sobie poturbowała, to nie miałaby co do tego pewności. Wszystko zadziało się tak szybko, że zaledwie w ciągu jednego mrugnięcia skipnęła między uderzeniem w rower a przytuleniem się do ziemi. To była chwila podczas której niewiele mogła zrobić. Starała się i cudem ocaliła twarz przed pierwszym niekontrolowanym upadkiem, po którym musiałaby zbierać szczękę do kupy. Później jednak straciła panowanie nad ciałem i przeturlawszy się na bok poczuła jak zaryła twarzą o ziemię.
Co cię boli?
Jeszcze nie była pewna. Adrenalina robiła swoje.
Ile widzisz palców?
Najpierw mętnym wzrokiem spojrzała na kucającą przed nią dziewczynę. Dopiero teraz zorientowała się, że w oczach miała łzy. Nie płakała jak dziecko, ale przestraszyła się nie na żarty.
Zamrugała dwukrotnie pozbywając się nadmiaru słonej wody z oczu i jeszcze raz rzuciła okiem na wystawione przed nią palce. Bez pomyślunku, choć z nadzieją, że nadal miała w pełni sprawną motorykę, drżącą lewą ręką złapała za ów palce.
- Trzy.
Lekko je ścisnęła. Świadomość uczynienia tego, nieco ją uspokoiła. Może zbyt przedwcześnie i złudnie, ale ruszała rękami, bez problemu złapała/trafiła na trzy palce i jeszcze nie zwymiotowała.
- Czwartek. – Nie kłóciła się z dziewczyną. Nie jęczała, czemu ta zadawała jej tyle pytań i po co jej było wiedzieć, jaki był dzień tygodnia. Cieszyła się, że ktoś przy niej był. Że choć jedna osoba się nią zainteresowała, bo – do cholery – w Toronto nie miała nikogo. Ani jednej osoby, do której mogłaby zadzwonić.
Nie żeby teraz zamierzała wykorzystywać nieznajomą, ale poczucie, że ktoś miał ją na oku skutecznie hamowało panikę.
Możesz się ruszyć?
- Czy mam dziurę w brzuchu? – Abstrakcja. – Wbiłam się w bok kierownicy. – Wiedziała, że coś powinna poczuć, ale adrenalina wciąż ją oszukiwała. – Jutro będzie w chuj bolało. – Sama sobie to dodała i nie zamierzała mydlić oczu.
Ciężko jednak powiedzieć, czy bardziej będzie ją bolał brzuch czy twarz.
- O kurwa.. ten typ. Gdzie on jest? Wjechał prosto przede mną. – Z dużym opóźnieniem przypomniała sobie o rowerzyście, który głęboko w poważaniu miał swój stan i zwiał najszybciej jak tylko mógł.
- O tam pojechał.
Fiji dopiero teraz zorientowała się, że niedaleko stali ludzie i choć mogli mieć dobre intencje, to w dupie miała gdzie gość pojechał. Bardziej interesowało ją to, czemu pojechał i zostawił ją w pizdu. Kutasiarz.
Uznając, że dalsze pytania o gościa nie miały sensu powróciła spojrzeniem na jedyną rozsądną teraz osobę; nieznajomą, która miała ją na oku.
- Miss to ja nie zostanę, co? – Innymi słowy czy wyglądała bardzo źle? Sama nie mogła tego ocenić. Nie wiedziała też, że na twarzy miała zbyt dużo piasku oraz żwiru aby cokolwiek na ten temat móc powiedzieć. A jednak kiedy czekała na reakcję dziewczyny poczuła, że coś skapuje na rzęsy lewego oka. Krwi nie było dużo, co sugerowała, że rana na krwi pod warstwą piachu też nie należała do największych. Na upartego plastrem dałoby się do ogarnąć.


teddy darling
foxy
napiszę, jeśli coś nie będzie mi pasować
30 y/o
STRAŻAK TEDDY
167 cm
strażaczka w toronto fire station 132
Awatar użytkownika
z tobą słyszę zapachy, węszę kolory i dźwięki,
gwiazdy, zorze, tęcze przy tobie to nic
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Praca w straży pożarnej nauczyła ją zachowywać zimną krew w każdej sytuacji. Wiedziała, jak reagować, żeby poszkodowana osoba poczuła się bezpiecznie. Paniką nie wskórałaby niczego sensownego. Wiedziała też, że ludzie bardzo szybko przejmują emocje od innych. Tak właśnie funkcjonowała przez ostatnie lata. I najwyraźniej wrosło w nią to do tego stopnia, że reagowała automatycznie, zanim jeszcze zdążyła się nad tym porządnie zastanowić.
Dostrzegając łzy w oczach dziewczyny, posłała jej lekki, pokrzepiający uśmiech. Tym sposobem chciała dać jej do zrozumienia, że wszystko będzie dobrze. Sam fakt, że poprawnie policzyła palce i wiedziała, jaki jest dzień tygodnia był bardzo budujący. Pokiwała głową w ramach pochwały.
— Dziurę w brzuchu? Nie sądzę — chwyciła za krawędź jej ubrania i podciągnęła nieznacznie do góry. Na skórze widniał krwistoczerwony ślad, ale dziury tam nie było. Teddy cmoknęła z niezadowoleniem. Straszne paskudztwo i musiało boleć jak cholera. — Nie ma co czarować. Będzie bolało w chuj i jeszcze trochę. Ale będziesz żyć — dodała już o wiele bardziej entuzjastycznie.
Automatycznie spojrzała we wskazanym przez jednego z chłopaków kierunku. Faktycznie, rowerzysta popędził w stronę furtki i już dawno zniknął z pola widzenia.
— Czy pocieszy cię fakt, że mnie też prawie staranował? — zażartowała, chociaż sama doskonale wiedziała, że było to pocieszenie raczej marne. Chciała jednak, żeby dziewczyna choć trochę się rozchmurzyła. Miała dwie ręce, obie nogi i - co najważniejsze - żadnej dziury w brzuchu. Siniaki pewnie utrzymają się przez kilka tygodni, ale w końcu i one znikną. — A głowę masz całą? — dopytała, po czym bez czekania na odpowiedź sama przyjrzała się uważnie skórze pod ciemnymi, kręconymi włosami. Przesunęła wzrokiem po głowie i karku, szukając rozcięć, otarć albo miejsca, które wyglądałoby na szczególnie bolesne. Nie zauważyła jednak niczego, co od razu wzbudziłoby jej niepokój.
Na pytanie dziewczyny parsknęła pod nosem zduszonym śmiechem. Dobrze, że mimo wszystko nie opuszczała jej namiastka poczucia humoru.
— Słuchaj, naprawdę nie jest aż tak źle. Idealnie też nie, chociaż zawsze możesz zakryć to pudrem — mrugnęła do niej. Dopiero wtedy wyprostowała się i wyciągnęła rękę, żeby pomóc jej wstać. Ruchem drugiej dłoni przywołała jeszcze jednego z chłopaków, żeby wreszcie przydał się do czegoś bardziej pożytecznego niż komentowanie kraksy.
Wspólnymi siłami postawili dziewczynę na nogi i powoli podprowadzili ją do ławki. Kiedy już bezpiecznie usiadła, panowie upewnili się jeszcze, czy mogą w czymś pomóc. Darling pokręciła głową, więc po chwili cała czwórka ruszyła w stronę, w którą wcześniej pognał szalony rowerzysta. Nie ma co się łudzić, że rzeczywiście uda im się go znaleźć. Teddy jednak mocno trzymała kciuki za to, żeby facet przynajmniej wypierdolił się na jakimś zakręcie i rozbił sobie ten głupi ryj. Nie była to może najbardziej profesjonalna reakcja strażaczki, ale trudno było jej współczuć komuś, kto kogoś staranował i nawet się nie zatrzymał.
— Poczekaj, mam tutaj... — sięgnęła do saszetki przy pasie i wyciągnęła paczkę chusteczek oraz butelkę napoczętej wody. Nie licząc telefonu, właściwie tylko tyle się w niej mieściło. — Opatrzę ci to, ale jak na moje, dobrze byłoby, gdyby dodatkowo obejrzał cię jakiś lekarz. Tak dla bezpieczeństwa — skropiła chusteczkę wodą i wyciągnęła ją w stronę dziewczyny, czekając, aż ta nadstawi pozdzierane policzki.

Fiji Zivai
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu. weź mnie rozbaw!
29 y/o
For good luck!
170 cm
informatyk (oficjalnie) pracuje zdalnie
Awatar użytkownika
Dzisiejszy program tego nie przewiduje.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- A czy masz dziurę w brzuchu? – Nie żeby życzyła nieznajomej podobnego bólu, ale skoro tamta wyszła z zasadą „pocieszenia z powodu obrażeń innej osoby”, to zamierzała się tego chwycić, jak trzech palców wciąż ściskanych w dłoni. W końcu jednak rozluźniła rękę i puściła dziewczynę.
Nie łamała się łatwo. Była wkurzona i powoli do jej umysłu docierał ból, ale na tę chwilę nie miała powodów aby panikować. Dopóki nie pluła krwią i nie rzygała, to raczej wszystko było dobrze. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyła analizując poszczególne elementy swego zbolałego samopoczucia; buzująca adrenalina, drżące od niej dłonie, otarcia na skórze i szczypiąca twarz. Czuła się lekko otępiała, ale bardziej jak po zakręceniu na kole na placu zabaw niż silnym bokserskim uderzeniu.
- Tak. Raczej tak. – Czuła się lepiej niż kiedy w podstawówce jeżdżąc na rolkach skurwiel van Holsen pchnął ją prosto na ławkę, o którą z impetem uderzyła głową.
Raz jeszcze zamrugała pozbywając się resztek łez będących reakcją na nagły ból i niepotrzebnie uniosła brwi drażniąc zranioną skórę. Syknęła i automatycznie sięgnęła do miejsca bólu w okolicach brwi, ale nieznajoma powstrzymała ją od macania.
- Toronto jest do bani – syknęła pod nosem. Tego nawet pudrem nie przykryje. Przyjechała tu do brata, który okazał się parodniowym nieboszczykiem. Popadła w krótką żałobę po kimś, kogo nawet nie znała (poza jego nastoletnią wersją) i kiedy myślała, że znalazła jakiś nowy cel, to przed jej nosem pojawił się gość na rowerze rujnując kolejne dni.
Może zamiast biegać to powinna zacząć chodzić na imprezy? W Winnipeg nigdy od nich nie stroniła, choć nie czuła się wtedy najlepiej głównie przez fakt, że musiała się porządnie upić aby rozluźnić umysł nadmiernie analizujący każdy szczegół otoczenia. Potem był kac zalany specyfikiem z surowego jajka i tabasco i kolejna impreza. Bywało, że wpadała w ciąg; w pętlę, z której potem wyskakiwała, jak teraz w Toronto. Była poza imprezowym obiegiem i wcale nie czuła się z tym źle.
Po prostu.. wszystko ją bolało.
To wkurwiające.
Złapała rękę nieznajomej i pozwoliła sobie pomóc ze wstaniem. Zagryzła zęby czując silniejszy ból w okolicach brzucha. Pomyślała, że od teraz wstawanie z łóżka będzie najnieprzyjemniejszym doświadczeniem na świecie, choć niektórzy nawet bez bólu uznają, że opuszczanie go było trudne.
Raz jeszcze spojrzała na swoje dłonie, a potem na dziewczynę, która ciągle tutaj była. Nie musiała, a jednak jej pomagała grzebiąc w saszetce przylegającej do ciała. Fiji przyjrzała się mu a dokładniej ubraniom miejscami z odznaczającymi się plamami potu. Doszła do wniosku, że nieznajoma też była w trakcie lub po treningu, z którego wracała. To pierwsza wersja, która przyszła jej do głowy, chociaż równie dobrze mogły to być oznaki nadpotliwości.
- Jasne. – Niechętnie przyznała nieznajomej rację, choć wiedziała, że i tak się do tego nie dostosuje. Nie lubiła lekarzy i szpitali. – A czy tak dla bezpieczeństwa zaprowadzisz mnie do najbliżej apteki? – Po jakąś maść i cokolwiek innego, co będzie jej potrzebne a czego nie umiała określić nie widząc swojej twarzy, którą podsunęła bliżej mokrej chusteczki.
Pozwoliła dziewczynie działać znów zaciskając zęby, żeby nie reagować na pomoc jak małe dziecko, które jęczało z powodu każdego bólu. Czuła dyskomfort na skórze; pieczenie i szczypanie sugerując, że miała naruszoną skórę bardziej niż myślała.
- Może lepiej wyglądam z piachem na twarzy? – Próbowała żartować, bo nic innego jej nie pozostawało. – Niektórzy przyklejają gwiazdki a ja będę jak Balenciaga i wypromuje piach. – Jakiś czas temu dom mody zasłynął ze stylu na bezdomnego, w co jej twarz teraz wpisałaby się idealnie. – Sama mówiłaś, że nie jest tak źle. – Więc to na pewno zasługa piachu, z którego ciągle sobie żartowała w ten sposób walcząc z nieprzyjemnym bólem. Lepsze to od publicznego lamentowania.
- Kurwa. – Dotarło do niej, że będzie miała spieprzone kolejne dni. – Trzeba było iść na imprezę. Tam jedyne co by mi groziło to moralne upodlenie. – W ostateczności, do czego rzadko doprowadzała, bo w jej mniemaniu nigdy nie zrobiła niczego, co potem chciałaby wymazać lub o tym zapomnieć.


teddy darling
foxy
napiszę, jeśli coś nie będzie mi pasować
30 y/o
STRAŻAK TEDDY
167 cm
strażaczka w toronto fire station 132
Awatar użytkownika
z tobą słyszę zapachy, węszę kolory i dźwięki,
gwiazdy, zorze, tęcze przy tobie to nic
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pokręciła smutno głową. Niestety, nie miała dziury w brzuchu. Ani teraz, ani nigdy. Co prawda Teddy miała na koncie wiele innych obrażeń, których nabawiła się podczas różnych akcji strażackich - od potłuczonych żeber i wbitych kawałków blachy w ramię po chwilową utratę słuchu spowodowaną potężnym wybuchem - ale dziury w brzuchu jakoś nigdy się nie dorobiła. Widziała za to wiele ofiar z podobnymi obrażeniami i poszkodowana dziewczyna z pewnością nie była jedną z nich.
Toronto jest do bani.
Nie mogła się z tym zgodzić. Mieszkała tutaj przez całe życie i Toronto zdecydowanie dało się lubić. Na ten moment Darling nie potrafiła wyobrazić sobie siebie w żadnym innym miejscu. W przyszłości? Jak najbardziej. Ale dopiero wtedy, kiedy dorobią się z narzeczoną na tyle, żeby było je stać na jakiś uroczy domek w górach. Taki z dala od miasta i najlepiej z widokiem na las.
— Skąd jesteś? — zapytała, wnioskując, że na pewno nie stąd. Może to turystka, która w przerwie między jednym a drugim zwiedzaniem postanowiła zrobić sobie wieczorną przebieżkę i miała okropnego pecha?
Udzielanie pomocy było dla strażaczki czymś zupełnie naturalnym. Postępowała tak na co dzień, ale zawsze cechowała ją też duża empatia. Byłaby na siebie wściekła, gdyby teraz po prostu poszła w swoją stronę, nie upewniwszy się, że nieznajomej nie dzieje się już żadna krzywda. Nie mogła ulżyć jej w cierpieniu, ale przynajmniej mogła ją opatrzeć i zadbać o to, żeby bezpiecznie wróciła do domu.
— Oczywiście. Mogę nawet podjechać z tobą na izbę przyjęć — zaproponowała niezobowiązująco. Nie mogła jej do niczego zmusić, ale chciała jej pokazać, że mogła liczyć na jej wsparcie.
Delikatnie oczyściła jej twarz z piachu i przetarła policzki mokrą chusteczką. Naprawdę nie było tak źle! Skóra w niektórych miejscach była otarta i mocno zaczerwieniona, ale nie powinna zostać po tym żadna brzydka blizna.
— Jak zostaniesz z piachem na twarzy, to dostaniesz gangreny, a potem umrzesz — ostrzegła lojalnie. Darling nie mówiła poważnie. A może jednak? Wcale nie tak trudno było nabawić się zakażenia. Rany, nawet jeśli nie były głębokie, trzeba było jak najszybciej oczyścić. I najlepiej nie ograniczać się przy tym do samej wody.
Odrzuciła brudne chusteczki na ławkę i ujęła podbródek dziewczyny, chcąc lepiej przyjrzeć się obrażeniom, już bez tony gleby na policzkach. Obróciła jej twarz lekko w stronę światła latarni i zmrużyła oczy.
— No dobra, będziesz żyć — zawyrokowała, kiwając przy tym entuzjastycznie. — Teraz to już po ptakach. Poimprezujesz sobie innym razem. Najbliższa apteka jest dwie przecznice stąd. Powinna być jeszcze otwarta. Dasz radę iść? Spokojnie, użyczę ci swojego ramienia — podniosła się z ławki, zgarnęła brudne chusteczki i wrzuciła je do kosza na śmieci. Przez chwilę przyglądała się dziewczynie z góry, aż w końcu wyciągnęła do niej rękę. — Jestem Teddy — przedstawiła się kulturalnie, bo sytuacja, w której się znalazły, właśnie tego wymagała. Czekała je wspólna wyprawa do apteki, a może nawet na SOR, a to już chyba wystarczający powód, żeby jakoś się do siebie zwracać.

Fiji Zivai
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu. weź mnie rozbaw!
29 y/o
For good luck!
170 cm
informatyk (oficjalnie) pracuje zdalnie
Awatar użytkownika
Dzisiejszy program tego nie przewiduje.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- Z Winnipeg. Mętnej wody. – Tłumacząc nazwę miasta z języka Cree. – Mamy najwięcej słońca i niedźwiedzia Wojtka. – Konkretniej ów niedźwiedź pochodził z okolic Winnipeg i był inspiracją dla Kubusia Puchatka. Olać fakt, że w mieście znajdowała się Królewska Mennica, w której bitych były monety z wielu państw. Najważniejsze to, że niedźwiedź Wojtek znalazł tam swój dom.
- Wystarczy coś na ból i jakaś maść. – Nie chciała wprost mówić, że wizyta na izbie nie była przez nią mile widziana. Wolała przemęczyć się w motelu, o ile miała pod ręką odpowiednie środki. Głównie mocne leki, ale maść na stłuczenia i otarcia też na pewno się przyda. Przemęczy się. Nie pierwszy raz. Miewała gorsze urazy w mniej korzystnych warunkach, lecz po zadomowieniu się u ostatniej i w końcu normalniejszej rodziny jej gruba skóra nieco zmiękła. Nie za mocno, ale jednak, więc gdyby aktualne urazy były poważniejsze to nawet nie próbowałaby się bronić przed wizytą w szpitalu. Dopóki jednak mogła chodzić.. cóż, chciała iść do apteki i do motelu.
Od porządnego krwiaka i paru otarć nie umrze. Raczej.
Oddała się w ręce obcej kobiety, ale nie miała z tym żadnego problemu zwłaszcza, że Toronto nie mogła liczyć na nikogo innego poza właśnie nieznajomymi. To trochę uciążliwe, ale nie na tyle aby Fiji czuła rewolucje w żołądku.
- Uf, dobrze, że nie mam tej gangreny. – O której wcześniej wspominała wybawicielka. – Serio od niej się umiera? – Nie była aż tak obeznana w medycznych tematach. Dużo wiedziała o świecie, ale głównie o ludziach, na których temat wyszukiwała informacje. Gdyby więc tylko – jak się okazało Teddy – miała ochotę prześwietlić kogoś sobie bliskiego to Fiji w ramach wdzięczności zrobi to bez mrugnięcia oka.
- Fiji – przedstawiła się powoli wstające z ławki, co było najgorszym wyzwaniem. Nie miała okazji spojrzeć, co działo się pod koszulką, ale ból był tak ostry, że spodziewała się dostrzec tam dużego krwiaka. – Chyba sobie poradzę. – Najbardziej bolało ją, kiedy angażowała mięśnie brzucha, co wywnioskowała robiąc dwa pierwsze kroki. Samo chodzenie nie było problemem, ale wstawanie z pozycji siedzącej albo z łóżka zapowiadało się na katorgę.
- Żałuję, że nie złapałam tego roweru za szprychy. – Mogłaby przetrzymać gościa i albo rozwalić rower albo wezwać policję. Wszystko zależało od tego, czy miałaby świadków, do których między innymi należała grupa nastolatków bardziej zaciekawianych wypadkiem niż zaangażowanych w pomoc. – Za to poczekaj.. – Jednak się zreflektowała. – ..mogę złapać ciebie. – Kiedy czuła się źle albo ją bolało to bywała zaczepna i lubiła sobie żartować, więc mimo poprzedniego przekonania, że mogła iść dalej, to oparła się na ramieniu Teddy. – Dzięki za pomoc, Teddy Bear. – Nie mogło zabraknąć nawiązania do misia, skoro sama o nim wcześniej wspomniała. – Skoro mamy do przejścia dwie przecznice to mi powiedz, czy jesteś jakąś lekarką czy samozwańczą Batgirl? – Drugie określenie nie do końca pasowało, bo Batgirl była bardziej samozwańczą mścicielką niż ratowniczką poklepującą kogoś po główie/twarzy.


teddy darling
foxy
napiszę, jeśli coś nie będzie mi pasować
30 y/o
STRAŻAK TEDDY
167 cm
strażaczka w toronto fire station 132
Awatar użytkownika
z tobą słyszę zapachy, węszę kolory i dźwięki,
gwiazdy, zorze, tęcze przy tobie to nic
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Byłam w Winnipeg. Co prawda tylko służbowo, więc nie miałam okazji zbyt dużo zobaczyć, ale byłam — wyjaśniła, bo jednostka, w której pracowała Teddy, była oddelegowywana do różnych akcji na terenie całej Kanady. Zdarzało się też, że pomagali Amerykanom przy gaszeniu tych trudniejszych do okiełznania pożarów. Trudno było jednak nazwać ją obieżyświatem.
Przyjrzała się uważnie dziewczynie. Nie była do końca przekonana, że maść i proszki przeciwbólowe wystarczą. To znaczy, pewnie tak. Nieznajoma wyglądała na przytomną i kontaktową, a poza otartą twarzą nie wydawało się, żeby stało jej się coś poważniejszego. Mimo wszystko Darling najchętniej wrzuciłaby ją w jakąś maszynę i prześwietliła od góry do dołu. Tak na wszelki wypadek. Jakby nie patrzeć, dziewczyna zaryła o ziemię, więc równie dobrze mogła uderzyć się również w głowę. Tego nie można było wykluczyć. Nie zamierzała jednak robić jej wykładu ani zmuszać do wizyty u lekarza, skoro nieznajoma najwyraźniej czuła się wystarczająco dobrze, żeby sama zdecydować, czego potrzebowała.
Na razie mogła po prostu towarzyszyć jej w drodze do apteki i mieć na nią oko. Gdyby nagle zrobiło jej się słabo albo zachciało jej się tutaj fiknąć, strażaczka była w stanie odpowiednio szybko zareagować. Przeszła przecież szereg różnych szkoleń, w tym z ratownictwa wodnego i górskiego, więc jakieś podstawowe pojęcie o udzielaniu pomocy miała.
— Serio! To stan martwicy, a tkanki umierają od zakażenia bakteryjnego. Mało tego, nieleczona ma sto procent śmiertelności — wyjaśniła, ale zaraz pokręciła głową. — Spokojnie, twoje tkanki wyglądają na całkiem żywe — zapewniła z uśmiechem, bo nie chciała jej przecież straszyć.
Poczekała aż dziewczyna podniesie się z ławki i spokojnym krokiem ruszyły w stronę wyjścia z parku. Uniosła brwi, słysząc jej imię.
— Oryginalnie — stwierdziła. Odezwała się ta, co miała na nazwisko "kochanie". — Ojciec był fanatykiem państw wyspiarskich? — zażartowała, chociaż cholera wie? Zdziwi się, jeśli faktycznie tak było. Gdyby akcja rozgrywała się w Polsce, pewnie byłby fanem Taco Hemingwaya.
Oczami wyobraźni widziała, jak Fiji zaciska palce na szprychach roweru. Nie, w sumie wolałaby tego nie widzieć. Jeszcze wkręciłyby jej się palce, które zostałyby rozrzucone na wszystkie strony świata. I weź je potem znajdź, żeby przyszyć!
Zatrzymała się na moment, żeby użyczyć jej ramienia. Oczywiście, że mogła się na niej wesprzeć. Właściwie to było nawet wskazane. Kiedy mocno się chwyciła, dostosowała chód do jej tempa.
— O nie, nic z tych rzeczy — zaśmiała się krótko. Miała w sobie dużo pokory i nie śmiałaby nazywać się bohaterką, mimo że wiele osób spostrzegało ją w taki sposób. — Jestem strażaczką. A ten park znajduje się na mojej stałej trasie porannego biegania. Dzisiaj nie miałam czasu na jogging i postanowiłam nadrobić to wieczorem. Średnio mi to wyszło, bo ty z kolei postanowiłaś rzucić się pod koła roweru — westchnęła teatralnie, zatrzymując się przy przejściu dla pieszych. Oczywiście nie mówiła poważnie. — Co robisz w Toronto? — zapytała w oczekiwaniu na zielone światło. Może Fiji była tutaj w delegacji? Albo postanowiła zrobić sobie wycieczkę krajoznawczą? Możliwości było mnóstwo, ale nie chciała jednak snuć domysłów.

Fiji Zivai
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu. weź mnie rozbaw!
29 y/o
For good luck!
170 cm
informatyk (oficjalnie) pracuje zdalnie
Awatar użytkownika
Dzisiejszy program tego nie przewiduje.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- Też wiem różne ciekawe rzeczy. – Nie znała dziewczyny, ale postanowiła założyć, że ta mówiła prawdę na temat gangreny. Skoro Fiji oddała w jej ręce swoją twarz to zyskała pięć procent zaufania. – Na przykład ktoś mi kiedyś powiedział, że dziesięć na dziesięć ludzi umiera. Szok, co? – Rzuciła sucharem i się uśmiechnęła. Potrzebowała rozładować stres i ból, który czuła. Adrenalina wciąż w niej buzowała, ciało drżało i umysł podpowiadał, żeby jednak usiadła, ale nie chciała tego po sobie poznać. Starała się więc przykryć wszystko humorem, bo to on sprawił, że przetrwała nastoletnie bardzo niepewne lata.
Każdy reagował tak samo na imię, które sama wybrała i jakim się przedstawiała. Dopóki nie było takiej potrzeby nie chciała aby ktokolwiek zwracał się do niej tym prawdziwym, choć gdyby teraz poszła z Teddy do szpitala, to prawda szybko wyszłaby na jaw. Wydałoby się to, że nie była szczera, choć czy wielkim grzechem było przedstawianie się w sposób, w jaki ktoś chciał?
Fiji chciała być tak nazywana, więc nikt nie powinien mieć z tym problemu.
- Raczej nie lubił określenia, że ktoś mógłby być jak samotna wyspa. Właściwie odebrał mi prawo mówienia w ten sposób. – Zdecydowała się na kłamstwo. Nie chciała teraz tłumaczyć, że miała na imię inaczej, ale wolała aby nazywać ją Fiji, co także wiązało się z rodzinną anegdotą. Nie tą, o której powiedziała, choć brzmiała bardzo prawdziwie i wymyślona na poczekaniu wcale nie była taka zła. – Wierzył, że żaden człowiek nie jest samoistną wyspą. – Jak to stwierdził poeta Donne. – Że do życia potrzeba czegoś więcej niż jednostki. Że samotnie nigdy do końca nie będziemy całością. – Fiji to kompleks wysp, więc czy nadając jej tak na imię nie sprawił, że sama w sobie była całością? Cóż, sądziła, że wymyśliła idealny argument, ale im bardziej to rozkminiała tym gorzej to wyglądało. – Powiedz mi lepiej, skąd imię Teddy? – Zmieniła temat. – Rodzice spodziewali się Tadeusza, ale ich zaskoczyłaś?
Jedną ręką opierała się o dziewczynę a drugą trzymała na brzuchu, jakby to mogło pomóc na ból. Jakby dłoń blisko ciała podtrzyma naruszane przy chodzeniu mięśnie. Niestety nawet samo utrzymanie postawy było bolesne, więc Zivai musiała pogodzić się z ciągłym dyskomfortem.
Nie tak wyobrażała sobie czas spędzony w Toronto, nawet jeśli to nie najgorsze co się tutaj zdarzyło.
- Lubię kobiety w mundurach. – Ot, zwykła dygresja, którą wtrąciła zanim Teddy dopowiedziała resztę. – Mogłabym rzec, że plan wypalił. Wprawdzie nie chciałam sobie przejechać po twarzy papierem ściernym, ale zwróciłam czyjąś uwagę i jest to biegająca strażaczka. – Podłapała żartobliwy ton. – Dobre mi się wylosowało. – Zawsze mogło być gorzej. Mogła trafić na obojętnych ludzi z powodu czego musiałaby poradzić sobie sama. Oczywiście dałaby radę, co jednak zajęłoby jej nieco więcej czasu, energii i myślenia.
Spojrzała na przejście dla pieszych przed nimi, a potem na boki aby zorientować się w terenie. Jeszcze dobrze nie znała okolicy, po której głównie się poruszała. Nie wyjeżdżała ani nie wybiegała poza obszar East End (bo nie miała takiej potrzeby), ale jednocześnie miała zbyt dużo na głowie aby całkowicie poznać osiedle zwłaszcza, że biegała głównie w okolicy domu zmarłego brata, kawiarni Lucie’s i motelu, w którym mieszkała.
- Przyjechałam do brata. – To była prawda. – Mieszka tu bo.. – Nie zawsze była chętne aby mówić o tym, że była adoptowanym dzieckiem. Dopiero przyrodnia siostra – Janet – przekonała ją aby nie wstydziła się tego, kim była. – ..lata temu zostaliśmy rozdzieleni przez system adopcyjny i od tamtej pory się nie widzieliśmy. – To także prawda. – Także, wpadłam do Toronto na rodzinne spotkanie. – Próbowała się zaśmiać, ale szybko poczuła ból w okolicy brzucha. – Na Afrodytę.. – Nie „na boga”, bo Fiji nie uważała aby tylko jeden zasługiwał na ów miano. – ..nawet nie mogę się śmiać. Co za strata. – Westchnęła ciężko, kiedy były po drugiej stronie ulicy.
Przez odczuwalny dyskomfort i ból nie miała w głowie zbyt wielu myśli. Czuła się także nieswojo, bo zawracała dupę obcej osobie, co nie było w jej stylu. Mogłaby ją zawracać, gdyby chodziło o podryw lub postawienie drinka a nie wypadek, ból i inne tragedie; bo tymi nie lubiła się dzielić.
- Od kiedy i czemu biegasz? – Uważała to za ważne. Przynajmniej dla niej bieganie było bardzo ważnym elementem codzienności. Bez tego by zwariowała; tak po prostu. Nie miała innego celu, żadnego maratonu do zwyciężenia lub pokazania jaka to była zajebista. Nie zależało też jej na kondycji albo zdrowiu fizycznym.
Bieganie pomagało jej utrzymać psychiczną stabilność.


teddy darling
foxy
napiszę, jeśli coś nie będzie mi pasować
ODPOWIEDZ

Wróć do „Riverdale Park”