Suchary były w cenie. Nic dziwnego, że Teddy parsknęła pod nosem, słysząc ciekawostkę, którą uraczyła ją dziewczyna. Nigdy nie miała szczególnie wyszukanego poczucia humoru i bawiły ją dość przyziemne rzeczy. Potrafiła też śmiać się z samej siebie, a to chyba całkiem dobrze o niej świadczyło, prawda?
—
Mądrala — skomentowała z uśmiechem. Randomowe ciekawostki były najlepsze na świecie! Nawet jeśli czasami okazywały się głupsze, niż przewidywała ustawa. Darling znała ich na pęczki. Właściwie zapamiętywała mnóstwo dziwnych, niekiedy kompletnie niepotrzebnych rzeczy, ale taki już był jej mózg. Nigdy nie wiadomo, kiedy przypomni sobie jakiś absurdalny fakt, który do niczego się nie przyda, ale przynajmniej rozbawi towarzystwo.
Nie miała powodów, żeby nie wierzyć w prawdziwość imienia
nieznajomej. Fiji brzmiało przecież całkiem legitnie. Ludzie mieli naprawdę nietypowe imiona. Teddy umawiała się kiedyś z dziewczyną o imieniu Fauna, a w liceum siedziała na matematyce z Orsonem. Właściwie byłaby chyba nawet trochę zawiedziona, gdyby okazało się, że Fiji wcale nie ma na imię Fiji. Dobrze więc, że dziewczyna postanowiła utrzymać ją w tej słodkiej nieświadomości.
—
Człowiek z reguły jest istotą społeczną. Trudno jest iść przez życie samemu. Absolutnie nie ufam tym, co mówią, że lubią samotność — powiedziała, zgadzając się tym samym ze słowami ojca Fiji. Sama była z charakteru typowym golden retrieverem. Lgnęła do ludzi, a ludzie lgnęli do niej. Nie wyobrażała sobie życia bez przyjaciół, a tym bardziej bez ukochanej narzeczonej, z którą zbudowała związek na przyjaźni. Zresztą, po co miałaby udawać, że samotność jej odpowiada, skoro wystarczyło zostawić ją samą na kilka godzin, żeby zaczęła wysyłać znajomym jakieś głupoty i szukać pretekstu do spotkania? Nie każdy musiał być duszą towarzystwa, ale strażaczka zdecydowanie nie należała do osób, które dobrze znosiły dłuższe odcięcie od ludzi.
Zamyśliła się na moment. Nie przypominała sobie, żeby rodzice szczególnie nastawiali się na przywitanie na świecie chłopca. Ojciec czasami żartował, że chciałby mieć syna, ale szybko przekonał się, że Teddy potrafi zrobić to samo co facet. A w niektórych kwestiach nawet po stokroć lepiej.
—
Pełna forma imienia to Theodora. Ale za każdym razem, kiedy ktoś się tak do mnie zwraca, mam wrażenie, że coś przeskrobałam — zaśmiała się krótko. To również była zasługa ojca. Ile razy słyszała z jego ust pełne imię, kiedy lądowała w szpitalu po niezbyt udanej akcji? Nie dałaby rady tego zliczyć. Najwyraźniej Trevor uważał, że skoro już musiał martwić się o córkę, to przynajmniej powinien mieć możliwość wygłoszenia jej pełnego imienia tonem człowieka, który stracił resztki cierpliwości. —
Rodzice mieli słabość do chłopięcych imion — dodała, bo w tej historii nie było niczego szczególnie niezwykłego. Co nie zmieniało faktu, że
Teddy brzmiało jakoś przyjemniej niż
Theodora. Krócej i swojsko.
Chciała wierzyć, że jednak Fiji nie trafiłaby na kogoś całkowicie pozbawionego ludzkiej życzliwości. Na szczęście od razu zainteresowała się z nią grupka młodych mężczyzn, a potem Darling, która prawie w całości składała się z empatii. Nie można było w tym wypadku mówić o żadnej znieczulicy.
—
Teraz nie mam na sobie munduru — zauważyła, zresztą całkiem słusznie. —
Źle się w nim biega — dodała równie żartobliwym tonem. To jednak była prawda. Mundur, który zakładała na siebie w pracy był gruby i chronił przed oparzeniami, ale żeby nadawał się do wykonywania jakichkolwiek akrobacji? Nie ma opcji.
Co jakiś czas zerkała na Fiji. Widziała grymas na jej twarzy i naprawdę miała nadzieję, że uda im się znaleźć w aptece coś, co choć odrobinę pomoże jej uśmierzyć ból. Otarcia w końcu się zagoją, ale na ten moment ciało pewnie paliło ją żywym ogniem.
—
Udało ci się go znaleźć? — zapytała, kiedy światło zmieniło się na zielone, a one mogły przejść na drugą stronę ulicy. —
No wiesz, brata — wyjaśniła. Nigdy nie rozumiała, czym trzeba się kierować, żeby rozdzielić rodzeństwo w placówce adopcyjnej. To musiało być strasznie przykre.
Nie czuła, żeby Fiji zawracała jej dupę albo niepotrzebnie zajmowała jej czas. Darling chciała jej pomóc i robiła to z własnej woli. Taka już była. Gdyby nie miała na to ochoty, upewniłaby się po prostu, że dziewczyna jest cała i zdrowa, a potem ruszyłaby w swoją stronę. Nie widziała przecież sensu w robieniu czegoś wbrew sobie, a już na pewno nie zamierzała udawać miłosiernej samarytanki tylko po to, żeby ktoś poklepał ją po plecach za dobry uczynek. A jednak prowadziła teraz Fiji do apteki i pewnie, jeśli zajdzie taka potrzeba, odprowadzi ją również pod sam dom.
—
Od zawsze — odparła bez namysłu. —
Serio. Odkąd pamiętam, byłam tym sportowym dzieciakiem. W szkole wciskano mnie na wszystkie możliwe zawody, przez co opuszczałam lekcje, a to niekoniecznie podobało się nauczycielom. Potem do biegania doszła jeszcze siłownia. W straży musimy trzymać formę. Masz pojęcie, jak trudno dźwiga się plecak ze sprzętem, który waży chyba więcej niż ty sama? — pokręciła głową, bo to wcale nie był taki łatwy orzech do zgryzienia. Kondycja kondycją, ale nawet najlepsza forma nie sprawiała, że kilkadziesiąt dodatkowych kilogramów nagle przestawało ciążyć. —
A ty czemu biegasz? Pomaga ci to oczyścić głowę? A może przygotowujesz się do maratonu? — dopytała, prowadząc ją w jedną z bocznych uliczek.
Przez cały czas pilnowała się, żeby Fiji mogła oprzeć się na niej całym ciężarem ciała. Nie zamierzała przecież pozwolić, żeby dziewczyna zaliczyła kolejne spotkanie z chodnikiem. Jedno takie wystarczyło na dzisiaj. Poza tym jogging i codzienne treningi na siłowni nie poszły w las!
Fiji Zivai