—
No dobra, prawiczek. Dawaj rękę. — kiedy Bill ją podał, Joy skupiła się na tym, co miała zrobić, marszcząc lekko brwi i poprawiając wszystko z przesadną wręcz uwagą. Nie wyglądała na profesjonalistkę, raczej na kogoś, kto ma wystarczająco dużo doświadczenia, by nie panikować, ale nadal woli sprawdzić dwa razy, zanim zrobi coś głupiego —
Nie patrz tak na mnie. — mruknęła, czując jego wzrok —
Jak się stresuję, to zapominam rzeczy. — po chwili sama chyba uznała, że nie jest to szczególnie uspokajające wyznanie, więc dodała —
Chociaż teraz się nie stresuję. Chyba. — po wszystkim obserwowała Billa z rosnącym zaciekawieniem. Zmiana przyszła szybko i była na tyle wyraźna, że Joy przez moment po prostu przyglądała się jego twarzy, jakby oglądała eksperyment, którego wyniku nie była pewna.
—
O. — mruknęła. —
Działa. — Kiedy zamiast na jej stronę osunął się na kolana Bao, spojrzała najpierw na niego, później na nią, a na końcu na własne kolana. Przez sekundę można było odnieść wrażenie, że właśnie rozważa, czy da się jeszcze jakoś odwrócić ten obrót wydarzeń. —
Mógłby leżeć tutaj. — zauważyła w końcu, wskazując swoje kolana, jakby przedstawiała całkiem rozsądną propozycję organizacyjną. Nikt jednak nie miał zamiaru się przesuwać, więc Joy westchnęła cicho i odpuściła. —
No dobra. Następnym razem. — przez cały ten czas siedziała trochę bokiem, z podciągniętą nogą i brodą opartą na kolanie, przyglądając się wszystkiemu z tym swoim osobliwym skupieniem, które potrafiło sprawiać wrażenie, jakby analizowała sytuację znacznie dokładniej, niż faktycznie to robiła. Kiedy ktoś kończył, jej wzrok podążał za nim przez kilka sekund, później wracał do stołu, potem do własnych dłoni, a następnie znowu gdzieś uciekał, jakby w międzyczasie w jej głowie pojawiało się siedem innych, zdecydowanie ważniejszych spraw. Nie poganiała nikogo. Czekała grzecznie, niemal wzorowo, co w jej wykonaniu samo w sobie było trochę podejrzane. W pewnym momencie nawet zaczęła liczyć coś na palcach, zgubiła się przy siedmiu, spróbowała od początku, a kiedy ponownie nie wyszło, uznała najwyraźniej, że matematyka jest dziś problemem przyszłej Joy.
Kiedy wreszcie przyszła jej kolej, nie powiedziała niczego szczególnego. Po prostu zdjęła bluzę, zsunęła ją z ramion i rzuciła obok siebie, odsłaniając przedramię, na którym nie trzeba było być lekarzem, żeby zauważyć, iż igła nie jest dla niej nowym doświadczeniem. Drobne ślady po wkłuciach układały się nieregularnie na skórze, jedne niemal niewidoczne, inne zdecydowanie świeższe, tworząc coś, czego Joy nawet nie próbowała ukrywać. Spojrzała na nie tylko przez chwilę, bez wstydu i bez szczególnego zainteresowania, jakby należały do kogoś zupełnie innego. Potem wyciągnęła rękę i pozwoliła, żeby pasek zacisnął się powyżej łokcia. W oczekiwaniu na moment, w którym wszystko zacznie działać, zaczęła bawić się końcówką własnego rękawa. Raz zawinęła materiał, potem rozwinęła go, następnie zrobiła to samo jeszcze dwa razy, aż w końcu najwyraźniej uznała, że rękaw jest już wystarczająco zawinięty.
—
Dobra. — mruknęła pod nosem —
Tylko bez głupich pomysłów. — nie było do końca jasne, czy mówiła do siebie, do własnego ciała, czy do kogoś, kogo pozostali nie mogli zobaczyć. Przez chwilę patrzyła gdzieś w bok, marszcząc brwi, a potem pokiwała głową, jakby właśnie odbyła krótką, bardzo jednostronną rozmowę.
—
Nie, nie będę tego teraz robić. — znów chwila ciszy —
Bo powiedziałam, że nie. — kącik ust uniósł jej się nagle w lekkim rozbawieniu —
Wiem, że jest śmieszne. Ty zawsze tak mówisz. — dopiero po tych słowach przypomniała sobie, że inni również znajdują się w pokoju, więc rzuciła im krótkie spojrzenie, jakby chciała sprawdzić, czy nikt przypadkiem nie zaczął podsłuchiwać jej prywatnej rozmowy. Najwyraźniej wszystko było w porządku, bo zaraz wróciła wzrokiem do własnej ręki. Samo wkłucie przyjęła bez większej reakcji. Żadnego gwałtownego cofnięcia ręki, żadnego grymasu, jedynie krótkie przymknięcie oczu i głębszy oddech, po którym całe ciało zaczęło powoli tracić napięcie. Joy znała tę chwilę. Znała ciepło pojawiające się pod skórą, tę pierwszą falę, która nie pytała o zgodę i nie potrzebowała przedstawienia, żeby zrobić swoje. Ramiona opadły jej niżej, głowa oparła się o kanapę, a twarz rozluźniła się tak szybko, jakby ktoś nagle wyłączył w niej kilka działających jednocześnie urządzeń. Przez moment wyglądała wręcz na zaskoczoną.
—
Ojej. — to było wszystko, co zdołała powiedzieć, zanim parsknęła cichym śmiechem. Nie potrzebowała już niczego więcej. Żadnych wyjaśnień, żadnych rozmów, żadnego zastanawiania się, gdzie będzie spała tej nocy ani skąd jutro weźmie pieniądze. Problemy nadal istniały, tylko nagle znalazły się gdzieś bardzo daleko, po drugiej stronie grubego szkła. Joy przesunęła językiem po dolnej wardze i spojrzała na własne palce, poruszając nimi powoli, jakby pierwszy raz w życiu odkryła, że faktycznie należą do niej.
—
Patrzcie. — powiedziała z zachwytem, unosząc dłoń —
Mam palce. — przez chwilę była absolutnie poważna —
Dziesięć. — zmarszczyła brwi —
Chyba. — kolejny cichy śmiech wyrwał się z jej gardła, kiedy nagle zauważyła, że jeden z palców wygląda podejrzanie inaczej od pozostałych —
Ten jest za krótki. — przyjrzała mu się jeszcze chwilę —
Albo reszta jest za długa.
Ostatecznie wzruszyła ramionami, uznając problem za zbyt skomplikowany, żeby zajmować się nim właśnie teraz. Oparła głowę wygodniej, a jej spojrzenie zaczęło leniwie przesuwać się po pokoju. Twarze mieszały się ze sobą, głosy dochodziły jakby z większej odległości, a wszystko stało się miękkie i trochę zabawne.
—
Ej. — odczekała chwilę, jakby musiała przypomnieć sobie, po co właściwie się odezwała. Jej wzrok zatrzymał się na Billu.
—
Ej, Bill. — chwila ciszy —
Nadal jesteś człowiekiem? — przyglądała mu się jeszcze przez moment, po czym najwyraźniej uznała, że odpowiedź nie jest jej do niczego potrzebna —
Dobra. To dobrze. — głowa opadła jej ciężej na oparcie, a oczy przymknęły się ponownie. Po kilku sekundach dodała już niemal sennie:
—
Tylko nie mówcie gołębiowi.
William N. Patel