ODPOWIEDZ
27 y/o
Enjoy the simplest things
173 cm
Barmanka, The Painted Lady
Awatar użytkownika
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

let me hear you say..
you glow in the chemical light
────── ♡ ──────
and the green in your eyes
makes you look more alive

Wkraczali chyba na zupełnie nowy etap ich związku, a przynajmniej wszystko na to wskazywało. Na liście mieli już odhaczone nie raz jakieś przeziębienia Holloway, które swoją drogą łapała zdecydowanie za często, no i teraz doszły do tego jeszcze poranne mdłości, które coraz częściej dawały jej o sobie znać. Ale jeszcze ani razu nie zdarzyło im się być razem w momencie, kiedy to jakieś choróbsko albo zwykłe przeziębienie dopadło Aidena. Aż...

Do teraz.

Do tego dramatycznego smsa, którego dostała, pomagając Rogerowi wybrać kwiaty po swojej krótkiej zmianie, bo właśnie na takie zgodziła się po ich ostatniej kłótni i całym incydencie... dobra, wracając, bo znowu się rozkojarzamy czymś, co powoli powinno zostać zapomniane, tak samo jak siniaki, które na całe szczęście coraz bardziej bladły. Vita naprawdę dobrze to przyjmowała. W sensie... widziała, jak mocno to wszystko uderzyło w jej chłopaka i chciała być przy nim, a teraz, kiedy się rozchorował, poinformował ją o tym w tak przerażająco dramatyczny sposób, jakby złapał co najmniej jakąś tropikalną zarazę, podczas gdy najprawdopodobniej było to zwykłe przeziębienie przez zmianę sezonu.... no to wiedziała, że miała pole do popisu.

Ale mężczyźni to mężczyźni, co nie?
DRAMA QUEENS KINGS.

W drodze powrotnej zatrzymała się niedaleko mieszkania w aptece i sklepie spożywczym, żeby nakupować wszystkiego, czego mógł potrzebować, po czym jakoś wgramoliła się z tym całym majdanem do środka. Przeszła szybko do kuchni i odstawiła zakupy na blat, bo kuchnia była połączona z ogromnym salonem. Dalej swoją drogą próbowała się przyzwyczaić do faktu, że teraz było to w pewnym sensie też jej mieszkanie. Biedny Aiden musiał zwieźć tutaj wszystkie jej roślinki, które aktualnie były porozstawiane dosłownie po całym mieszkaniu. No ale zmierzając do punktu kulminacyjnego, wisienki na torcie...

Odłożyła zakupy i od razu ruszyła sprawdzić, jak jej biedactwo się czuje. Leżał na narożniku, wyglądając naprawdę mizernie. - I jak się czujesz, biedaczku? - mruknęła, podchodząc bliżej. Nachyliła się nad nim i przyłożyła wierzch dłoni do jego czoła, które swoją drogą było cholernie rozpalone. Aiden sam w sobie wyglądał, jakby miał spieczone policzki i ledwo trzymał się tego świata (dobra, moze, aż tak nie dramatyzował okej? XD). - Kurde, faktycznie coś cię rozłożyło - rzuciła pod nosem. - Nie ruszaj się, już wstawiam wodę na herbatę. - Odsunęła się od niego, podeszła do drzwi, ściągnęła kurtkę i zawiesiła ją na wieszaku, potem zrzuciła buty i wsunęła domowe obuwie. Rozejrzała się jeszcze za Milo i aż uniosła brew, kiedy zauważyła, że ten leżał Aidenowi przy nogach. No niesamowite. Czyli jednak naprawdę był chory, skoro nawet kocur to wyczuł. A podobno koty serio wyczuwały takie rzeczy.

Podeszła do kuchni, wstawiła wodę na herbatę, nalała wody do szklanki i chwyciła tabletki, po czym wróciła do niego i usiadła bokiem na kanapie. - Dobra, dasz radę się trochę podnieść, żeby wziąć tabletkę? Powinna pomóc ci zbić temperaturę. - Zerknęła na niego i serduszko aż jej się roztopiło. Jezu. Wyglądał jak wiktoriańskie dziecko umierające na tych starych obrazach XD Biedny. - Zaraz pójdę się przebrać i ugotuję ci zupkę - uśmiechnęła się do niego ciepło, wysuwając lekarstwo i szklankę z wodą praktycznie pod sam jego nos.

my love
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
187 cm
młodszy adwokat w Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
You scratch and I bite
We kiss then we fight
I like it like that that that that
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Złego diabli nie biorą czy coś? No nie, najwidoczniej Aiden rzeczywiście należał do aniołków skoro czasami, rzadko bo rzadko, ale dopadało go choróbsko. A jak już chorował to na całego, wyglądając jak umierające, wiktoriańskie dziecko i z objawami sprawiającymi ból. Gorączka? Ból głowy, check. Kaszel? Bolące gardło, check. Tona zasmarkanych chusteczek? Zawalone zatoki, check. I już od rana, gdy szykował się do pracy, czuł ból w mięśniach i powracający, pulsujący ból głowy. Łyknął przeciwbólową i myślał, że przeżyje ten dzień, ale po kilku godzinach odpuścił pracę, bo po prostu by nie wytrzymał. Nawet kawa nie pomagała, a dodatkowo pojawiały się inne dolegliwości. Słuchanie ludzi na co dzień było irytujące, a co dopiero, gdy czuł się paskudnie. Całe szczęście, że był podczas swojego drugiego karnego tygodnia pracy jako sekretarka, to przynajmniej nie musiał bawić się w odmawianie i przekładanie klientów, a jedynie… no jedynie nikt listów dzisiaj nie wyśle; ale z tym chyba szanowni prawnicy sobie poradzą, prawda?

Wrócił do domu, od razu przebierając się w dres i legnął na kanapie jak ukrzyżowany i w między czasie Milo wskoczył na jego klatkę piersiową, boleśnie wbijając swoje łapy, najprawdopodobniej żeby ocenić, czy padł i umarł, czy może jeszcze żył. Nie chciał truć tyłka swojej dziewczynie i zwlekał z napisaniem do niej dopiero do momentu, kiedy nie skończyła pracy, aby oznajmić jej swój koniec. Czuł się podle, a może nawet i gorzej niż podle. Zaczynał żegnać się ze swoim życiem, a jeszcze na dodatek miłość jego życia, bezlitosna baba, śmiała twierdzić i wmawiać mu, że dramatyzował. D r a m a t y z o w a ł. No nic, w oczekiwaniu na nią zrobił sobie herbatę, wziął jakieś leki na odporność, bo jeszcze wtedy nie odczuwał narastającej gorączki i położył się na kanapie, dochodząc do wniosku, że przecież sen to zdrowie, więc drzemka zdecydowanie go uleczy. No nie tym razem. Obudził go dźwięk domofonu, oznajmiający powrót Vity i jeśli wcześniej czuł się podle, to teraz naprawdę był o krok od śmierci. Nie ruszył się, bo bał się, że to tylko pogorszy jego stan i dopiero gdy słyszał krzątającą się dziewczynę po kuchni, podniósł się patrząc na nią znad oparcia kanapy.

No był obrazem nędzy i rozpaczy.

— Muszę chyba zacząć spisywać testament — oznajmił na pytanie, jak się czuł. Czy to nie wyjaśniało już wiele?! Delikatny, przyjemnie chłodny dotyk na jego czole działał jak miód na serce. Naprawdę nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł się w ten sposób, a Vita naprawdę wątpiła w jego słowa. — Wątpiłaś? — mruknął, z powrotem opadając głową na poduszkę i spoglądając… po prostu spoglądając. Aiden w tym stanie nawet nie był w stanie wysilić się na pełen dezaprobaty wzrok, więc po prostu na nią patrzył, oczami nieco przeszklonymi przez wysoką temperaturę. Nie miał zamiaru się ruszać, dlatego dalej biernie leżał w pozycji agonalnej, z kotem w nogach, na którego nie zwracał najmniejszej uwagi, a jednocześnie było mu miło, że jednak dbał o to, aby nie umierał sam.

Aiden nie był mięczakiem! Może trochę rzeczywiście ubarwiał swoje złe samopoczucie, ale nawet podniósł się do siadu, patrząc na swoją dziewczynę i układając usta w podkówkę, bo tak bardzo chciał ją przywitać buziakiem, a wiedział, że nie powinien. Nie chciał, żeby przechodziła to co on, a dodatkowo nie mogła być chora w ciąży. Przejął od niej leki i szklankę, popijając je i odkładając naczynie na stoliku kawowym. Położył się znowu, ale ułożył swoją głową na jej kolanach zamiast na poduszce. Obrócił się w kierunku jej brzucha, który od dwóch miesięcy urósł ledwo co, ale zaczynał się zarysowywać i krótko go musnął, witając się chociaż z fasolką, jeśli z jej mamą nie mógł. — A zostaniesz ze mną chwilę? — zapytał, unosząc spojrzenie ku górze. — Nie chce już umierać. Trochę za mało spędziliśmy razem czasu, plus chciałbym poznać nasze dziecko — mruknął niezadowolony. No gadał brednie, że ciężko było odróżnić dramatyzm od zaćmienia przez gorączkę. — Tyle niezrealizowanych jeszcze planów… no masakra, niesprawiedliwe to — dodał, nos zatapiając w jej t-shircie. — Jak ci minął dzień? Miałaś spokojną zmianę? — Chciał jej posłuchać, nacieszyć się jej głosem, obecnością… no dobra, wiedział, że nie umrze. Chyba. Ale chciał nieco ją przy sobie zatrzymać, bo naprawdę źle się czuł, a jej obecność obok sprawiała, że było mu nieco lżej.

babygirl
27 y/o
Enjoy the simplest things
173 cm
Barmanka, The Painted Lady
Awatar użytkownika
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ale proszę się tak na nią nie patrzeć! Faceci mieli tendencję do dramatyzowania, co nie? I to takiego wiecie... przesadnego, okej? To nie tak, że wyssała to sobie z malutkiego paluszka. To było przecież potwierdzone przez tysiące lat męskiego dramatyzowania... Na bank gdzieś na ścianach jakiejś jaskini zachowały się malunki przedstawiające mężczyznę, który padał i jęczał na ziemi, podczas gdy jego kochająca kobieta delikatnie, z miłością, okładała go maczugą, żeby się ogarnął. No nie było innej opcji, więc proszę jej zaufać. Vita po prostu wiedziała, jacy faceci byli i jak bardzo lubili sobie troszeczkę podkoloryzować sytuację. Już nawet nie będziemy przypominać tamtego razu, kiedy na początku ich znajomości złapała go za krocze i to w taki wiecie... nieseksualny sposób, a Aiden nie był zadowolony, bo podobno bolało. No dramat.

Teraz tylko parsknęła pod nosem na jego komentarz o napisaniu testamentu. - Tak? Upewnij się, żeby zapisać mi to mieszkanie i kolekcję swoich książek - mruknęła rozbawiona, robiąc sobie z niego żarty i trochę czekając, czy przypadkiem nie zdziwi się, że z taką łatwością planowała już życie bez niego. - Ahhhhh... - kontynuowała, przykładając wierzch dłoni do jego czoła. - Będę taką młodą, samotną matką. Podobno mężczyźni na to lecą, wiesz? - Uśmiechnęła się pod nosem zadziornie, ale po chwili zmiękła, no bo cholerciajasna,jegopanabytowzięła...

Chory Aiden wyglądał nawet...
przeuroczo.

Omg. - Tylko przez chwilkę wątpiłam - przyznała. - Tak szybko odpisywałeś, że nie myślałam, że zastanę cię tutaj powoli rozkładającego się w taki sposób. - Uśmiechnęła się i usiadła obok niego, przekazując mu lekarstwa. Zadziwiające było to, jak wiele zdążyli razem przejść przez tak krótki okres czasu. W innych sytuacjach wiele osób pewnie dawno by się rozstało, nie potrafiąc już na siebie spojrzeć, odsuwając się od siebie i dochodząc do wniosku, że po prostu nie byli w stanie razem być. Ale ze strony Vity? To wszystko tylko utwierdzało ją w tym, że chciała być jeszcze bliżej niego. Kochała go jeszcze mocniej i wiedziała jeszcze wyraźniej niż wcześniej, że chciała z nim być. Bała się konceptu rodziny, to prawda, ale na dobrą sprawę przecież już ją stworzyli, no nie? Ona, Aiden, Milo, a za kilka miesięcy jeszcze ich mała fasolka. To dziecko miało być po prostu kolejnym dodatkiem do całej masy wariacji, przez które będą musieli przechodzić każdego dnia.

Przyglądała mu się, jak grzecznie wypił to, co mu podała, i odstawił szklankę. Uśmiechnęła się, czując jak musnął jej brzuch, a sama wplotła palce w jego włosy i delikatnie przesunęła nimi wzdłuż kosmyków. - Chwilkę mogę - odparła z uśmiechem, po czym parsknęła pod nosem, marszcząc brwi. - Poznasz za siedem miesięcy, kochanie. - Zaśmiała się ponownie. - Jakich planów? Co masz za plany? No mów, mów, chętnie posłucham. - Jak teraz nie był najlepszy moment, żeby ciągnąć go za język, kiedy miał tak wysoką gorączkę, to nie wiedziała, kiedy miałby być lepszy. XD

Można było uznać ją za barbarzyńcę, ale Holloway po prostu wiedziała, jak się ustawić, mkay? - Tak, dzisiaj było bardzo spokojnie. Prawie zero ruchu - odpowiedziała, przesuwając jedną dłoń na jego plecy i delikatnie go po nich drapiąc. - No to możesz mi teraz opowiadać, jak bardzo za mną tęskniłeś, a później serio muszę wstać i zacząć gotować ten rosół, bo inaczej nie wyzdrowiejesz. - Zerknęła na niego z góry z ciepłym uśmiechem, widząc, jak wtulał się w jej brzuch, który już niedługo miał powolutku robić się coraz większy. - Swoją drogą... nawet to pracowanie mniej godzin zaczyna mi się podobać - dodała po chwili. - Nie stresuję się już aż tak w pracy, a wczoraj nawet przyjęłam nowe zlecenie na stworzenie postaci do gry na podstawie opisu podanego przez autora. - Powiedziała to z wyraźnym podekscytowaniem. Wiedziała, jak bardzo wcześniej walczyła z samą myślą o ograniczeniu pracy, ale teraz, kiedy miała trochę więcej czasu dla siebie i własnych zainteresowań, zaczynała w końcu dostrzegać rzeczy, które przez tak wiele lat zwyczajnie ignorowała. I chyba dopiero teraz docierało do niej, że zwolnienie tempa wcale nie oznaczało, że stawała się mniej samodzielna.. a to wszystko po części dzięki niemu.

my little victorian boy
ODPOWIEDZ

Wróć do „#10”