— Nie wiem, co bym wolał. Nie akceptuje jakiejkolwiek wizji, w której umieramy — odpowiedział, bo nawet nie myślał, co by było wtedy. W ogóle nie myślał o takiej sytuacji, co by było gdyby nagle któreś z nich kopnęło w kalendarz. Jego przyszłościowe plany zakładały wspólne życie, wspólnie spędzone lata, gromadkę dzieci i jeszcze masę przygód, a nie pogrzeb i zastanawianie się,
co dalej. Wyraźnie zmarkotniał, bo przy średnim samopoczuciu tak dołujące myśli nie były czymś przyjemnym; no bo co, jeśli on rzeczywiście ma teraz jakąś śmiertelną grypę i jutro ją opuści?! Zmarszczył nos, czując na nim pstryknięcie jej palcy.
— Myszko, jesteśmy w tym samym wieku, a faceci żyją średnio krócej niż kobiety — przypomniał jej, patrząc na nią spod byka. I pierwsze zdanie o sygnecie, i o tym, że będzie z nim cały czas, nieco go rozczuliły, jednak nie zapominał, z kim się umawiał. I to odkrycie nie powinno go specjalnie dziwić, a jednak rozbawiło mocno, powodując parsknięcie śmiechem. Widział jej dumne spojrzenie i zadowolony z siebie uśmiech, co jeszcze dodatkowo sprawiło, że nie dowierzał w absurdalność tego pomysłu, a jednocześnie… przecież miała rację, tak?
— Czyli planujesz dbać o mnie nawet i po śmierci? — zapytał z rozbawieniem, chwytając ją za dłoń i splatając ich palce razem.
— Kocham cię, naprawdę, a zabiją to mnie prędzej twoje pomysły. Po prostu kiedyś umrę z rozbawienia. — Jak jakiś pierwszy lepszy sim — wpadnie w histeryczny śmiech i tyle go będzie. Mieli naprawdę wiele do zrobienia, muszą spędzić ze sobą przynajmniej kilka lat, jak i nie kilkadziesiąt, kiedy to Vita dalej będzie zaskakiwać go swoimi pomysłami, już jako jego żona, będą wspólnie wychowywać fasolkę, która już fasolką nie będzie i kochać się bezgranicznie dopóki śmierć ich nie rozłączy — dosłownie.
Przymknął oczy, czując jak głaszcze go po włosach. Zatopiony nosem a materiale jej koszulki i słuchał o tym, jak zostaną niedługo rodzicami. Mama i tata — to brzmiało tak absurdalnie. Aiden nie wyobrażał sobie momentu, w którym ktoś do niego powie per ojciec oprócz Vity, która dla żartów nazywała go daddy albo chłopaków, którzy w ten sposób śmiali się z niego na ostatnim zakrapianym spotkaniu.
Boisz się trochę?
— W tym przypadku, ciężko odróżnić strach od ekscytacji — zauważył, unosząc spojrzenie na nią.
— Mam obawy i nie będę udawać, że nie, ale to normalne, bo nie mam do czynienia z dziećmi na co dzień — przyznał szczerze, nie chcąc jej mydlić oczu, że był niezniszczalny. Ostatnie zdarzenia już pokazały, że miał słabości, a tą największą była właśnie ona. Był tylko człowiekiem, nawet jeśli nieustannie pokazywał, że nie ma dla niego żadnych przeszkód.
— Ile par, nawet tych, które starają się o dziecko latami, nie mają do czynienia z dziećmi w życiu codziennym? No mnóstwo. I każdy się uczy, metody prób i błędów, wypracowują własny system… u nas będzie tak samo. Więc mam obawy, ale jednocześnie wiem, że damy sobie radę — wyjaśnił, chcąc też nieco uspokoić ją samą; żeby przestała rozkminiać i analizować, bo póki co startowali na samym początku mety. Nauczą się teorii, a praktyka zweryfikuje wszystko, czego dowiedzieli się przez ten okres przygotowań. Wiedział jednak, że nic ich nie pokona, że mieli silne wartości i swoje lęki, z którymi się mierzyli i których nie chcieli przekładać na własne dziecko. Byli pokrzywdzeni przez swoich rodziców, brakiem czułości i takim bezinteresownym zainteresowaniem, więc Aiden nawet nie zamierzał nikogo oszukiwać, w tym również siebie, że planował być kompletnym przeciwieństwem własnego ojca i miał nadzieję, że nie straci swojego postanowienia w międzyczasie.
Czuł się nieco lepiej i możliwe, że ta rozmowa również nieco bardziej go ożywiła.
Czy chciał tego? Pragnął nazywać ją swoją żoną, mieć świadomość, że naprawdę byli rodziną i że przynależeli do siebie nieco poważniej.
— Chciałbym. Bardzo bym chciał — odpowiedział, patrząc jej prosto w oczy.
— A jak to się odnosi do naszej wspólnej przyszłości? — zapytał, marszcząc brwi.
— Skarbie, to jest zamknięty rozdział i nie mam zamiaru oglądać się na jakiegoś typa, który pogubił się w swoim życiu i próbował nie utonąć, trzymając się ciebie — westchnął, wzruszając lekko ramionami.
— Obróciłbym to w sumie inaczej. Będę szczęśliwy, jeśli kiedyś będziesz nosić moje nazwisko, pomimo że już raz weszłaś do tej rzeki i mogłabyś nie chcieć pakować się w to drugi raz — przedstawił to z drugiej strony, bo to były też myśli, które go gdzieś uwierały — a dokładniej ta niepewność, że może Vita nie zdecyduje się ponawiać historii i ryzykować po raz kolejny. Wiedział, że część osób nie chciałaby związać się z rozwódką, jednak on nie patrzył na nią w tych kryteriach — spoglądał właśnie na kobietę, którą kochał i to bez znaczenia, jaka była jej przeszłość, której nie byli w stanie zmienić, a jedynie mogli budować to, co dopiero będzie przed nimi.
— Wszystko w zależności od tego, jak się będziesz czuła — stwierdził po chwili myślenia.
— Możemy gdzieś nawet w Kanadzie. Albo polecieć do Nowego Jorku na kilka dni? Albo gdzieś dalej w Stanach? Miło byłoby zmienić nieco otoczenie i nacieszyć się sobą — zachęcał dalej, chociaż zaraz spojrzał na nią z zastanowieniem.
— A ty masz jakieś miejsce w głowie, do którego chciałabyś pojechać? — zapytał, bo skoro sam nie miał planu, to może jego dziewczyna zaskoczy jakimś marzeniem, które udałoby mu się spełnić?
Miał rację. To teraz było ważne dla jego chorej głowy. Jego dziewczyna przyznała mu rację! Nawet nie chciał dalej ciągnąć tematu i przypadkiem ją bardziej zirytować, bo to potwierdzenie całkowicie go usatysfakcjonowało.
— Podoba mi się ten plan — przytaknął.
— No ja dalej czekam na swoją nową… — zaczął odpowiadać, zanim przykrył się kocem i kiedy wszystko zgasło.
—...dziarę — dokończył, a wszędzie było ciemno, na ulicy rozświetlały jedynie jadące auta i które zatrzymywały się na poboczu na awaryjkach, bo z pewnością wszyscy byli w niemałym szoku, gdy wielkie Toronto po po prostu zgasło.
— Nie wiem, czy to kwestia samych korków… — rzucił niepewny, po czym rozległo się pukanie i już miał wstawać, kiedy gestem i słowem został zatrzymany przez własną dziewczynę. Spojrzał znad oparcia kanapy w kierunku drzwi, dosłuchując się rozmowy ze starszą panią, ich sąsiadką, panią Black. Zaraz Vita stanęła z jamnikiem na rękach, który machał ogonem jak szalony, a Milo cały nastroszony spoglądał na psa.
— No to jakaś wariatka jest — westchnął, wstając z kanapy i zabierając Milo, aby zanieść go do góry do sypialni. Jeszcze brakowało im bitwy kota z psem.
— Ona się boi, a ty się nie masz bać? Wkurwiła mnie — marudził pod nosem, schodząc po schodach i świecąc sobie swoim telefonem, żeby się nie wywalić.
— Oczywiście, że się piszę, nie będziesz sama chodzić w tych egipskich ciemnościach — mruknął i chyba adrenalina z całej sytuacji nieco podniosła go na nogi, a może po prostu leki zaczęły działać w czasie, kiedy jeszcze przed chwilą, całkiem spokojnie, siedzieli na kanapie, rozmawiali i snuli plany, w świetle, a nie cofając się do średniowiecza.
dog walker