ODPOWIEDZ
27 y/o
Enjoy the simplest things
173 cm
Barmanka, The Painted Lady
Awatar użytkownika
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

let me hear you say..
you glow in the chemical light
────── ♡ ──────
and the green in your eyes
makes you look more alive

Wkraczali chyba na zupełnie nowy etap ich związku, a przynajmniej wszystko na to wskazywało. Na liście mieli już odhaczone nie raz jakieś przeziębienia Holloway, które swoją drogą łapała zdecydowanie za często, no i teraz doszły do tego jeszcze poranne mdłości, które coraz częściej dawały jej o sobie znać. Ale jeszcze ani razu nie zdarzyło im się być razem w momencie, kiedy to jakieś choróbsko albo zwykłe przeziębienie dopadło Aidena. Aż...

Do teraz.

Do tego dramatycznego smsa, którego dostała, pomagając Rogerowi wybrać kwiaty po swojej krótkiej zmianie, bo właśnie na takie zgodziła się po ich ostatniej kłótni i całym incydencie... dobra, wracając, bo znowu się rozkojarzamy czymś, co powoli powinno zostać zapomniane, tak samo jak siniaki, które na całe szczęście coraz bardziej bladły. Vita naprawdę dobrze to przyjmowała. W sensie... widziała, jak mocno to wszystko uderzyło w jej chłopaka i chciała być przy nim, a teraz, kiedy się rozchorował, poinformował ją o tym w tak przerażająco dramatyczny sposób, jakby złapał co najmniej jakąś tropikalną zarazę, podczas gdy najprawdopodobniej było to zwykłe przeziębienie przez zmianę sezonu.... no to wiedziała, że miała pole do popisu.

Ale mężczyźni to mężczyźni, co nie?
DRAMA QUEENS KINGS.

W drodze powrotnej zatrzymała się niedaleko mieszkania w aptece i sklepie spożywczym, żeby nakupować wszystkiego, czego mógł potrzebować, po czym jakoś wgramoliła się z tym całym majdanem do środka. Przeszła szybko do kuchni i odstawiła zakupy na blat, bo kuchnia była połączona z ogromnym salonem. Dalej swoją drogą próbowała się przyzwyczaić do faktu, że teraz było to w pewnym sensie też jej mieszkanie. Biedny Aiden musiał zwieźć tutaj wszystkie jej roślinki, które aktualnie były porozstawiane dosłownie po całym mieszkaniu. No ale zmierzając do punktu kulminacyjnego, wisienki na torcie...

Odłożyła zakupy i od razu ruszyła sprawdzić, jak jej biedactwo się czuje. Leżał na narożniku, wyglądając naprawdę mizernie. - I jak się czujesz, biedaczku? - mruknęła, podchodząc bliżej. Nachyliła się nad nim i przyłożyła wierzch dłoni do jego czoła, które swoją drogą było cholernie rozpalone. Aiden sam w sobie wyglądał, jakby miał spieczone policzki i ledwo trzymał się tego świata (dobra, moze, aż tak nie dramatyzował okej? XD). - Kurde, faktycznie coś cię rozłożyło - rzuciła pod nosem. - Nie ruszaj się, już wstawiam wodę na herbatę. - Odsunęła się od niego, podeszła do drzwi, ściągnęła kurtkę i zawiesiła ją na wieszaku, potem zrzuciła buty i wsunęła domowe obuwie. Rozejrzała się jeszcze za Milo i aż uniosła brew, kiedy zauważyła, że ten leżał Aidenowi przy nogach. No niesamowite. Czyli jednak naprawdę był chory, skoro nawet kocur to wyczuł. A podobno koty serio wyczuwały takie rzeczy.

Podeszła do kuchni, wstawiła wodę na herbatę, nalała wody do szklanki i chwyciła tabletki, po czym wróciła do niego i usiadła bokiem na kanapie. - Dobra, dasz radę się trochę podnieść, żeby wziąć tabletkę? Powinna pomóc ci zbić temperaturę. - Zerknęła na niego i serduszko aż jej się roztopiło. Jezu. Wyglądał jak wiktoriańskie dziecko umierające na tych starych obrazach XD Biedny. - Zaraz pójdę się przebrać i ugotuję ci zupkę - uśmiechnęła się do niego ciepło, wysuwając lekarstwo i szklankę z wodą praktycznie pod sam jego nos.

my love
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
187 cm
młodszy adwokat w Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
You scratch and I bite
We kiss then we fight
I like it like that that that that
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Złego diabli nie biorą czy coś? No nie, najwidoczniej Aiden rzeczywiście należał do aniołków skoro czasami, rzadko bo rzadko, ale dopadało go choróbsko. A jak już chorował to na całego, wyglądając jak umierające, wiktoriańskie dziecko i z objawami sprawiającymi ból. Gorączka? Ból głowy, check. Kaszel? Bolące gardło, check. Tona zasmarkanych chusteczek? Zawalone zatoki, check. I już od rana, gdy szykował się do pracy, czuł ból w mięśniach i powracający, pulsujący ból głowy. Łyknął przeciwbólową i myślał, że przeżyje ten dzień, ale po kilku godzinach odpuścił pracę, bo po prostu by nie wytrzymał. Nawet kawa nie pomagała, a dodatkowo pojawiały się inne dolegliwości. Słuchanie ludzi na co dzień było irytujące, a co dopiero, gdy czuł się paskudnie. Całe szczęście, że był podczas swojego drugiego karnego tygodnia pracy jako sekretarka, to przynajmniej nie musiał bawić się w odmawianie i przekładanie klientów, a jedynie… no jedynie nikt listów dzisiaj nie wyśle; ale z tym chyba szanowni prawnicy sobie poradzą, prawda?

Wrócił do domu, od razu przebierając się w dres i legnął na kanapie jak ukrzyżowany i w między czasie Milo wskoczył na jego klatkę piersiową, boleśnie wbijając swoje łapy, najprawdopodobniej żeby ocenić, czy padł i umarł, czy może jeszcze żył. Nie chciał truć tyłka swojej dziewczynie i zwlekał z napisaniem do niej dopiero do momentu, kiedy nie skończyła pracy, aby oznajmić jej swój koniec. Czuł się podle, a może nawet i gorzej niż podle. Zaczynał żegnać się ze swoim życiem, a jeszcze na dodatek miłość jego życia, bezlitosna baba, śmiała twierdzić i wmawiać mu, że dramatyzował. D r a m a t y z o w a ł. No nic, w oczekiwaniu na nią zrobił sobie herbatę, wziął jakieś leki na odporność, bo jeszcze wtedy nie odczuwał narastającej gorączki i położył się na kanapie, dochodząc do wniosku, że przecież sen to zdrowie, więc drzemka zdecydowanie go uleczy. No nie tym razem. Obudził go dźwięk domofonu, oznajmiający powrót Vity i jeśli wcześniej czuł się podle, to teraz naprawdę był o krok od śmierci. Nie ruszył się, bo bał się, że to tylko pogorszy jego stan i dopiero gdy słyszał krzątającą się dziewczynę po kuchni, podniósł się patrząc na nią znad oparcia kanapy.

No był obrazem nędzy i rozpaczy.

— Muszę chyba zacząć spisywać testament — oznajmił na pytanie, jak się czuł. Czy to nie wyjaśniało już wiele?! Delikatny, przyjemnie chłodny dotyk na jego czole działał jak miód na serce. Naprawdę nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł się w ten sposób, a Vita naprawdę wątpiła w jego słowa. — Wątpiłaś? — mruknął, z powrotem opadając głową na poduszkę i spoglądając… po prostu spoglądając. Aiden w tym stanie nawet nie był w stanie wysilić się na pełen dezaprobaty wzrok, więc po prostu na nią patrzył, oczami nieco przeszklonymi przez wysoką temperaturę. Nie miał zamiaru się ruszać, dlatego dalej biernie leżał w pozycji agonalnej, z kotem w nogach, na którego nie zwracał najmniejszej uwagi, a jednocześnie było mu miło, że jednak dbał o to, aby nie umierał sam.

Aiden nie był mięczakiem! Może trochę rzeczywiście ubarwiał swoje złe samopoczucie, ale nawet podniósł się do siadu, patrząc na swoją dziewczynę i układając usta w podkówkę, bo tak bardzo chciał ją przywitać buziakiem, a wiedział, że nie powinien. Nie chciał, żeby przechodziła to co on, a dodatkowo nie mogła być chora w ciąży. Przejął od niej leki i szklankę, popijając je i odkładając naczynie na stoliku kawowym. Położył się znowu, ale ułożył swoją głową na jej kolanach zamiast na poduszce. Obrócił się w kierunku jej brzucha, który od dwóch miesięcy urósł ledwo co, ale zaczynał się zarysowywać i krótko go musnął, witając się chociaż z fasolką, jeśli z jej mamą nie mógł. — A zostaniesz ze mną chwilę? — zapytał, unosząc spojrzenie ku górze. — Nie chce już umierać. Trochę za mało spędziliśmy razem czasu, plus chciałbym poznać nasze dziecko — mruknął niezadowolony. No gadał brednie, że ciężko było odróżnić dramatyzm od zaćmienia przez gorączkę. — Tyle niezrealizowanych jeszcze planów… no masakra, niesprawiedliwe to — dodał, nos zatapiając w jej t-shircie. — Jak ci minął dzień? Miałaś spokojną zmianę? — Chciał jej posłuchać, nacieszyć się jej głosem, obecnością… no dobra, wiedział, że nie umrze. Chyba. Ale chciał nieco ją przy sobie zatrzymać, bo naprawdę źle się czuł, a jej obecność obok sprawiała, że było mu nieco lżej.

babygirl
27 y/o
Enjoy the simplest things
173 cm
Barmanka, The Painted Lady
Awatar użytkownika
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ale proszę się tak na nią nie patrzeć! Faceci mieli tendencję do dramatyzowania, co nie? I to takiego wiecie... przesadnego, okej? To nie tak, że wyssała to sobie z malutkiego paluszka. To było przecież potwierdzone przez tysiące lat męskiego dramatyzowania... Na bank gdzieś na ścianach jakiejś jaskini zachowały się malunki przedstawiające mężczyznę, który padał i jęczał na ziemi, podczas gdy jego kochająca kobieta delikatnie, z miłością, okładała go maczugą, żeby się ogarnął. No nie było innej opcji, więc proszę jej zaufać. Vita po prostu wiedziała, jacy faceci byli i jak bardzo lubili sobie troszeczkę podkoloryzować sytuację. Już nawet nie będziemy przypominać tamtego razu, kiedy na początku ich znajomości złapała go za krocze i to w taki wiecie... nieseksualny sposób, a Aiden nie był zadowolony, bo podobno bolało. No dramat.

Teraz tylko parsknęła pod nosem na jego komentarz o napisaniu testamentu. - Tak? Upewnij się, żeby zapisać mi to mieszkanie i kolekcję swoich książek - mruknęła rozbawiona, robiąc sobie z niego żarty i trochę czekając, czy przypadkiem nie zdziwi się, że z taką łatwością planowała już życie bez niego. - Ahhhhh... - kontynuowała, przykładając wierzch dłoni do jego czoła. - Będę taką młodą, samotną matką. Podobno mężczyźni na to lecą, wiesz? - Uśmiechnęła się pod nosem zadziornie, ale po chwili zmiękła, no bo cholerciajasna,jegopanabytowzięła...

Chory Aiden wyglądał nawet...
przeuroczo.

Omg. - Tylko przez chwilkę wątpiłam - przyznała. - Tak szybko odpisywałeś, że nie myślałam, że zastanę cię tutaj powoli rozkładającego się w taki sposób. - Uśmiechnęła się i usiadła obok niego, przekazując mu lekarstwa. Zadziwiające było to, jak wiele zdążyli razem przejść przez tak krótki okres czasu. W innych sytuacjach wiele osób pewnie dawno by się rozstało, nie potrafiąc już na siebie spojrzeć, odsuwając się od siebie i dochodząc do wniosku, że po prostu nie byli w stanie razem być. Ale ze strony Vity? To wszystko tylko utwierdzało ją w tym, że chciała być jeszcze bliżej niego. Kochała go jeszcze mocniej i wiedziała jeszcze wyraźniej niż wcześniej, że chciała z nim być. Bała się konceptu rodziny, to prawda, ale na dobrą sprawę przecież już ją stworzyli, no nie? Ona, Aiden, Milo, a za kilka miesięcy jeszcze ich mała fasolka. To dziecko miało być po prostu kolejnym dodatkiem do całej masy wariacji, przez które będą musieli przechodzić każdego dnia.

Przyglądała mu się, jak grzecznie wypił to, co mu podała, i odstawił szklankę. Uśmiechnęła się, czując jak musnął jej brzuch, a sama wplotła palce w jego włosy i delikatnie przesunęła nimi wzdłuż kosmyków. - Chwilkę mogę - odparła z uśmiechem, po czym parsknęła pod nosem, marszcząc brwi. - Poznasz za siedem miesięcy, kochanie. - Zaśmiała się ponownie. - Jakich planów? Co masz za plany? No mów, mów, chętnie posłucham. - Jak teraz nie był najlepszy moment, żeby ciągnąć go za język, kiedy miał tak wysoką gorączkę, to nie wiedziała, kiedy miałby być lepszy. XD

Można było uznać ją za barbarzyńcę, ale Holloway po prostu wiedziała, jak się ustawić, mkay? - Tak, dzisiaj było bardzo spokojnie. Prawie zero ruchu - odpowiedziała, przesuwając jedną dłoń na jego plecy i delikatnie go po nich drapiąc. - No to możesz mi teraz opowiadać, jak bardzo za mną tęskniłeś, a później serio muszę wstać i zacząć gotować ten rosół, bo inaczej nie wyzdrowiejesz. - Zerknęła na niego z góry z ciepłym uśmiechem, widząc, jak wtulał się w jej brzuch, który już niedługo miał powolutku robić się coraz większy. - Swoją drogą... nawet to pracowanie mniej godzin zaczyna mi się podobać - dodała po chwili. - Nie stresuję się już aż tak w pracy, a wczoraj nawet przyjęłam nowe zlecenie na stworzenie postaci do gry na podstawie opisu podanego przez autora. - Powiedziała to z wyraźnym podekscytowaniem. Wiedziała, jak bardzo wcześniej walczyła z samą myślą o ograniczeniu pracy, ale teraz, kiedy miała trochę więcej czasu dla siebie i własnych zainteresowań, zaczynała w końcu dostrzegać rzeczy, które przez tak wiele lat zwyczajnie ignorowała. I chyba dopiero teraz docierało do niej, że zwolnienie tempa wcale nie oznaczało, że stawała się mniej samodzielna.. a to wszystko po części dzięki niemu.

my little victorian boy
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
187 cm
młodszy adwokat w Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
You scratch and I bite
We kiss then we fight
I like it like that that that that
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nuta dramaturgii nikomu jeszcze nigdy nie zaszkodziła, a poza tym może był… delikatny? Może tu nie o samą delikatność chodziło, ale o sam fakt, że nie często zdarzało mu się odwiedzać lekarza rodzinnego, mieć kaszel, a co dopiero gorączkę. Musiał nieco ponarzekać, bo Vita miałaby zbyt łatwe i komfortowe życie, zupełnie jakby chłopaka nie miała!

Podparł się na łokciach i spojrzał na nią, kwitując to wszystko głębokim westchnieniem. — Cieszy mnie, że masz opcję awaryjną, jakbym nagle umarł, ale niepokoi jednocześnie to, że tak szybko układasz sobie życie beze mnie — przymrużył oczy i gdyby nie choroba, to przyciągnąłby ją do siebie i chętnie podroczyłby się z nią, a jednak teraz, czując ból mięśni przy każdym ruchu, był w stanie objąć ją ramieniem w pasie, żeby przyczepić się do niej jak koala do bambusa. — Muszę cię zmartwić, nie pozbędziesz się mnie tak łatwo — parsknął. Wbrew wszystkiemu co mówił to jednak nie chciał umierać. Wizja śmierci nieco go przerażała, tym bardziej, że nie miał jeszcze zbyt wielu lat. — Jasne, dobijaj leżącego — przymarudził i spojrzał na nią, wydymając lekko dolną wargę, głównie, żeby zagrać jej nieco na uczuciach i pokazać, że przecież czuł się źle, a ona już tu mówiła mu o innych mężczyznach! — Na rozwiedzione też niektórzy lecą, całe szczęście że już jesteś zaklepana-polizana — zażartował, chociaż prawdą było to, że Aiden zaznaczał teren i podkreślał swoją obecność zawsze, kiedy była okazja. Jakiś chłop się na nią patrzył? Zaraz się pojawiał i ją całował, tak, żeby dodatkowo wywrzeć w nim zazdrość. Było jej zimno? Dawał jej swoją bluzę, żeby posiadanie męskiej bluzy już wzbudziło pewne podejrzenia.

— Widzisz, a jednak się rozkładam. W ogóle, jak umrę to nie zamykaj mnie w trumnie i nie zakopuj się w ziemi, okej? Możesz moje prochy rozrzucić nad jakimś ładnym miejscem, żebym sobie tam egzystował jako duch — rzucił, niby żartem, a jednak poważnie mówiąc. Ile razy czytał jakieś porąbane historie, że niby ktoś źle stwierdził zgon i zakopano człowieka żywcem! No umarłby, i tym razem naprawdę, ale na zawał. Miał nadzieję, że będą mieć jeszcze dużo wspólnego czasu, zwiedzą piękne miejsca i Vita przyszłościowo wybierze to, które nie tylko mu się najbardziej podobało, ale w którym będą mieć najlepsze wspomnienia. Czy robił się stary, skoro już rozmyślał o takich rzeczach? Czy zastanawianie się, czy w chwili śmierci będzie znać już swoje wnuki, było przesadą? A może nawet prawnuki? Zaraz pokiwał głową zaskoczony własnym tokiem myślowym, że tak daleko wybiegał w przyszłość, a jeszcze do niedawna nie podejrzewał, że w ogóle dane będzie mu kiedykolwiek założyć rodzinę.

Cały dzień, podczas leżenia na kanapie i złego samopoczucia, marzył o tej chwili — kiedy Vita będzie obok niego, kiedy jej ciepło nieco zdejmie z niego to, jak fatalnie się czuł, jak będzie mógł przytulić ją delikatnie, ona go pomizia i wszystko będzie wydawać się nieco lepsze. — Siedem miesięcy… — rzucił pod nosem, nieco odsuwając się od jej brzucha, żeby spojrzeć na nią z dołu. — To wydaje się, że jest niewiadomo ile czasu, a tak naprawdę zleci w chwila moment — zauważył, kiwając lekko głową. Zaraz uśmiechnął się kącikiem ust, wyciągając rękę ku górze, żeby dłoń położyć na jej policzku, po którym przejechał lekko kciukiem. Chwilę zastanowił się, co jej odpowiedzieć, bo z wysoką temperaturą jego proces myślowy był wyjątkowo długi, a przecież nie chciał jej mówić wprost, że po ostatnich zdarzeniach coraz częściej myślał o tym, żeby przed nią uklęknąć; że zastanawiał się, jak powinien doinformować się, jakie pierścionki jej się podobają, a dodatkowo jaki rozmiar nosiła. Podejrzewał, że prędzej czy później wykorzysta swoją siostrę, wysyłając ją na tajną misję. — Chcesz pozbawić się niespodzianek? — zapytał, pacając ją w nos palcem wskazującym, zanim opuścił rękę z powrotem. Mięśnie nadal bolały, nawet przy tak prostej rzeczy. — Powiem ci, że nie zadaję przypadkowych pytań, pani O’Cahallan — rzucił lekko, przyglądając jej się przez chwilę i cholera, ale to wszystko stawało się takie rzeczywiste. Sama myśl, że być może naprawdę będzie mógł do niej tak powiedzieć, bo rozważy przejęcie jego nazwiska, wywoływała w nim niemałą ekscytację. — W ogóle, może pojedziemy na jakieś wakacje, jeszcze zanim fasolka do nas dołączy? Pierwsze i ostatnie we dwójkę. Ostatnie przynajmniej na jakieś… osiemnaście lat — parsknął, choć po raz kolejny dziś — ta myśl wydawała się absurdalna.

— Mhm, no dobrze — rzucił z niezadowoleniem, prawie że mrucząc jak kot, kiedy przeczesywała jego włosy, a za chwilę przyjemnie drapała po pleckach. — Jak bardzo tęskniłem? Hmm — zastanowił się. — Okropnie bardzo. Bardzo możliwe, że umierałem przez tęsknotę, a nie przez chorobę, bo czuję się jakby lepiej, jak tu ze mną siedzisz — przyznał i też tak było; pewnie to była kwestia leków, rozgadania się i nie poświęcania czasu na użalaniu się nad sobą, ale sam fakt, że było mu lepiej. Wysłuchał uważnie jej słów, przymykając na chwilę oczy, po czym spojrzał na nią ponownie, rozbawiony mrużąc oczy. — Masz szczęście, że czuję się zbyt źle, żeby to mówić… nie no, jednak to powiem. A nie mówiłem? — zapytał i z pewnością o zdrowych zmysłach kontynuował to by dalej, więc jej taryfą ulgową było to, że jego wywód zakończył się tylko na tym. — Cieszy mnie to, o to w tym wszystkim chodziło. Pokażesz mi, jak skończysz? — rzucił, choć zaraz przyszła mu do głowy jeszcze lepsza myśl. — Albo może teraz ja popatrzę, jak pracujesz? Jak spokojnie siedzisz i szkicujesz, jak seksownie zagryzasz dolną wargę, kiedy nad czymś się mocno zastanawiasz lub skupiasz — zaczął wymieniać. Leżąc chorym, było to top jeden zadanie, jakie mógł sobie dać… chociaż nawet bez choroby bardzo chętnie pooglądałby ją w akcji. Nie tylko ona miała takie marzenia!

future mrs o'cahallan??
27 y/o
Enjoy the simplest things
173 cm
Barmanka, The Painted Lady
Awatar użytkownika
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

set me on fire and hope I die
i'd take you back a thousand times again
✦ a thousand times again ✦

Oczywiście, że nie miała żadnej opcji awaryjnej, ale nie mogła odebrać sobie tej przyjemności z podrażnienia się z nim chociaż troszeczkę. Tak tyci tyci, żeby utrzeć mu tego zasmarkanego noska. Upsi. - Słuchaj, kobieta musi sobie radzić, okej? - spojrzała na niego, próbując ukryć parsknięcie śmiechem. - Wolałbyś, żebym rozpaczała za tobą latami, a nasze dziecko nie miałoby żadnej męskiej figury w życiu, hm? - Uniosła brew, zerkając na niego, po czym usiadła obok. - Ale całe szczęście nie muszę myśleć o takich scenariuszach, bo już nikogo innego nie chcę - uśmiechnęła się, głaszcząc go po policzku, który swoją drogą był cholernie rozpalony. Zmarszczyła brwi, trochę niezadowolona z samej siebie, że faktycznie nie uwierzyła mu od razu. Bo może i dramatycznie przedstawił swój stan, ale jak się teraz okazywało, wcale aż tak bardzo go nie podkoloryzował. Ale z Aidenem różnie bywało, dobra? Czasami naprawdę nie wiedziało się, kiedy mówił poważnie, a kiedy żartował. XD

Przewróciła oczami i pstryknęła go w nochal. Mogłaby przysiąc, że poczuła jakiegoś smarka na palcu, ale whatever, nie z takimi rzeczami będą dealować, jak już będą mieli dziecko. - Ty sobie chyba ze mnie żartujesz, to ja umrę pierwsza przed tobą - skrzyżowała ręce na piersi. - Nie ma żadnego rozrzucania prochów. Ty moje sobie w jakimś sygnecie umieścisz, żebyś cały czas mnie nosił ze sobą. Najlepiej na tym u prawej ręki, bo jak będziesz robił sobie dobrze, to na dobrą sprawę ja też będę robić to tobie. - Spojrzała na niego dumna ze swojego odkrycia i tego, jak cholernie błyskotliwa właśnie była, po czym zaśmiała się głośno. - Żadnego umierania. Mamy jeszcze tak wiele do zrobienia razem, głuptasie - przysunęła się do niego i pocałowała go czule w czółko.

Uśmiechnęła się, głaszcząc go po włosach. - Taaak, już niedługo będziesz tatą, a ja mamą… - spojrzała na niego uważniej. - Boisz się trochę?- Zapytała, zerkając na niego. Swoją drogą, ją samą to wszystko przerażało, ale głównie z tego względu, że serio obawiała się, że kiedyś pójdzie w ślady swoich rodziców. Tylko że świadomość, że będzie doświadczać tego wszystkiego razem z Aidenem, cholernie ją uspokajała. Wiedziała, że przeszli swoje, a ostatnie tygodnie dalej dochodzili do siebie po tym, co wydarzyło się z Knoxem, ale wierzyła, że całe to zdarzenie tylko wzmocniło ich uczucia do siebie... że teraz oboje wiedzieli już, jak ważne było to, żeby ufać sobie bezgranicznie. Holloway nie była łatwym osobnikiem i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Momentami naprawdę potrafiła być cholernie trudna, ale Aiden raz po raz pokazywał jej, że mimo wszystko zasługiwała na miłość. Na jego...

m i ł o ś ć

Próbując wydostać z niego jakieś informacje, tylko przyglądała mu się uważnie, aż po chwili poczuła rumieniec wpełzający na jej twarz, kiedy usłyszała, jak nazwał ją swoim nazwiskiem. - Chciałbyś tego? - zapytała, patrząc mu prosto w oczy. - Pomimo tego, że już raz nosiłam nazwisko kogoś innego? - Wpatrywała się w niego, dalej czując gdzieś w sobie coś w rodzaju żalu do samej siebie. Żałowała, że nie poznała go wcześniej, ale może właśnie tak miało być? Może taki miał być bieg wydarzeń, żeby spotkali się dokładnie w tym momencie, kiedy oboje, nawet jeszcze o tym nie wiedząc, będą gotowi otworzyć się na kogoś innego. - A gdzie chciałbyś wyjechać? - uśmiechnęła się delikatnie. - Może gdzieś przed świętami? Co ty na to?

''Okropnie bardzo. Bardzo możliwe, że umierałem przez tęsknotę, a nie przez chorobę, bo czuję się jakby lepiej, jak tu ze mną siedzisz''

- Jedyna prawidłowa odpowiedź. Cieszę się, że chociaż w tej kwestii dochodzisz do zmysłów - parsknęła śmiechem, nachylając się i muskając ustami jego czółko, żeby po chwili pstryknąć w nie paznokciem. - Halo, nie wolno się tak odzywać do ciężarnej - mruknęła pod nosem. - Ale masz rację, i tak mówiłeś... - Westchnęła głośno, przewracając oczami, po czym przyjrzała mu się uważniej. - No dobrze, to ja ugotuję zupkę, a potem możesz się przyglądać, jak będę rysować, okej? - uśmiechnęła się do niego. - W końcu muszę też wymyślić ten tatuaż. - Spojrzała na niego jeszcze raz i podniosła się, ruszając w kierunku kuchni, kiedy nagle...

Wszystko się wyłączyło.

A sekundę później usłyszała ogromny trzask, prawdopodobnie doniczki przewracającej się gdzieś przez Milo. - Cholera - mruknęła pod nosem. Wyciągnęła telefon, włączyła latarkę i podeszła do okna, widząc za szybą wszystko spowite w ciemności. - Kurde, chyba w całej okolicy wywaliło korki - rzuciła lekko confused... i wtedy rozległo się... Trzask, trzask. Głośne stukanie do drzwi. - Nie wstawaj - rzuciła szybko do Aidena i ruszyła w stronę wejścia. Dosłownie w momencie, kiedy otworzyła drzwi, sąsiadka Aidena wsunęła Vicie małego jamnika prosto w ramiona. - Masz, Vitunia. Jest Aidenek? Coś markotnie dzisiaj wyglądał. Proszę cię, weź mojego skarbenka na spacer, bo ja się boję i nigdzie nie wychodzę... dobrze? Dziękuję! - I zanim Vita zdążyła cokolwiek odpowiedzieć... zniknęła. Holloway została więc w drzwiach z telefonem w jednej ręce i jamnikiem w drugiej, po czym odwróciła się w stronę salonu i skierowała światło latarki prosto na płomiennowłosego. - Umm... piszesz się na spacer?

my sick babyboy
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
187 cm
młodszy adwokat w Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
You scratch and I bite
We kiss then we fight
I like it like that that that that
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

— Nie wiem, co bym wolał. Nie akceptuje jakiejkolwiek wizji, w której umieramy — odpowiedział, bo nawet nie myślał, co by było wtedy. W ogóle nie myślał o takiej sytuacji, co by było gdyby nagle któreś z nich kopnęło w kalendarz. Jego przyszłościowe plany zakładały wspólne życie, wspólnie spędzone lata, gromadkę dzieci i jeszcze masę przygód, a nie pogrzeb i zastanawianie się, co dalej. Wyraźnie zmarkotniał, bo przy średnim samopoczuciu tak dołujące myśli nie były czymś przyjemnym; no bo co, jeśli on rzeczywiście ma teraz jakąś śmiertelną grypę i jutro ją opuści?! Zmarszczył nos, czując na nim pstryknięcie jej palcy. — Myszko, jesteśmy w tym samym wieku, a faceci żyją średnio krócej niż kobiety — przypomniał jej, patrząc na nią spod byka. I pierwsze zdanie o sygnecie, i o tym, że będzie z nim cały czas, nieco go rozczuliły, jednak nie zapominał, z kim się umawiał. I to odkrycie nie powinno go specjalnie dziwić, a jednak rozbawiło mocno, powodując parsknięcie śmiechem. Widział jej dumne spojrzenie i zadowolony z siebie uśmiech, co jeszcze dodatkowo sprawiło, że nie dowierzał w absurdalność tego pomysłu, a jednocześnie… przecież miała rację, tak? — Czyli planujesz dbać o mnie nawet i po śmierci? — zapytał z rozbawieniem, chwytając ją za dłoń i splatając ich palce razem. — Kocham cię, naprawdę, a zabiją to mnie prędzej twoje pomysły. Po prostu kiedyś umrę z rozbawienia. — Jak jakiś pierwszy lepszy sim — wpadnie w histeryczny śmiech i tyle go będzie. Mieli naprawdę wiele do zrobienia, muszą spędzić ze sobą przynajmniej kilka lat, jak i nie kilkadziesiąt, kiedy to Vita dalej będzie zaskakiwać go swoimi pomysłami, już jako jego żona, będą wspólnie wychowywać fasolkę, która już fasolką nie będzie i kochać się bezgranicznie dopóki śmierć ich nie rozłączy — dosłownie.

Przymknął oczy, czując jak głaszcze go po włosach. Zatopiony nosem a materiale jej koszulki i słuchał o tym, jak zostaną niedługo rodzicami. Mama i tata — to brzmiało tak absurdalnie. Aiden nie wyobrażał sobie momentu, w którym ktoś do niego powie per ojciec oprócz Vity, która dla żartów nazywała go daddy albo chłopaków, którzy w ten sposób śmiali się z niego na ostatnim zakrapianym spotkaniu.

Boisz się trochę?


— W tym przypadku, ciężko odróżnić strach od ekscytacji — zauważył, unosząc spojrzenie na nią. — Mam obawy i nie będę udawać, że nie, ale to normalne, bo nie mam do czynienia z dziećmi na co dzień — przyznał szczerze, nie chcąc jej mydlić oczu, że był niezniszczalny. Ostatnie zdarzenia już pokazały, że miał słabości, a tą największą była właśnie ona. Był tylko człowiekiem, nawet jeśli nieustannie pokazywał, że nie ma dla niego żadnych przeszkód. — Ile par, nawet tych, które starają się o dziecko latami, nie mają do czynienia z dziećmi w życiu codziennym? No mnóstwo. I każdy się uczy, metody prób i błędów, wypracowują własny system… u nas będzie tak samo. Więc mam obawy, ale jednocześnie wiem, że damy sobie radę — wyjaśnił, chcąc też nieco uspokoić ją samą; żeby przestała rozkminiać i analizować, bo póki co startowali na samym początku mety. Nauczą się teorii, a praktyka zweryfikuje wszystko, czego dowiedzieli się przez ten okres przygotowań. Wiedział jednak, że nic ich nie pokona, że mieli silne wartości i swoje lęki, z którymi się mierzyli i których nie chcieli przekładać na własne dziecko. Byli pokrzywdzeni przez swoich rodziców, brakiem czułości i takim bezinteresownym zainteresowaniem, więc Aiden nawet nie zamierzał nikogo oszukiwać, w tym również siebie, że planował być kompletnym przeciwieństwem własnego ojca i miał nadzieję, że nie straci swojego postanowienia w międzyczasie.

Czuł się nieco lepiej i możliwe, że ta rozmowa również nieco bardziej go ożywiła. Czy chciał tego? Pragnął nazywać ją swoją żoną, mieć świadomość, że naprawdę byli rodziną i że przynależeli do siebie nieco poważniej. — Chciałbym. Bardzo bym chciał — odpowiedział, patrząc jej prosto w oczy. — A jak to się odnosi do naszej wspólnej przyszłości? — zapytał, marszcząc brwi. — Skarbie, to jest zamknięty rozdział i nie mam zamiaru oglądać się na jakiegoś typa, który pogubił się w swoim życiu i próbował nie utonąć, trzymając się ciebie — westchnął, wzruszając lekko ramionami. — Obróciłbym to w sumie inaczej. Będę szczęśliwy, jeśli kiedyś będziesz nosić moje nazwisko, pomimo że już raz weszłaś do tej rzeki i mogłabyś nie chcieć pakować się w to drugi raz — przedstawił to z drugiej strony, bo to były też myśli, które go gdzieś uwierały — a dokładniej ta niepewność, że może Vita nie zdecyduje się ponawiać historii i ryzykować po raz kolejny. Wiedział, że część osób nie chciałaby związać się z rozwódką, jednak on nie patrzył na nią w tych kryteriach — spoglądał właśnie na kobietę, którą kochał i to bez znaczenia, jaka była jej przeszłość, której nie byli w stanie zmienić, a jedynie mogli budować to, co dopiero będzie przed nimi. — Wszystko w zależności od tego, jak się będziesz czuła — stwierdził po chwili myślenia. — Możemy gdzieś nawet w Kanadzie. Albo polecieć do Nowego Jorku na kilka dni? Albo gdzieś dalej w Stanach? Miło byłoby zmienić nieco otoczenie i nacieszyć się sobą — zachęcał dalej, chociaż zaraz spojrzał na nią z zastanowieniem. — A ty masz jakieś miejsce w głowie, do którego chciałabyś pojechać? — zapytał, bo skoro sam nie miał planu, to może jego dziewczyna zaskoczy jakimś marzeniem, które udałoby mu się spełnić?

Miał rację. To teraz było ważne dla jego chorej głowy. Jego dziewczyna przyznała mu rację! Nawet nie chciał dalej ciągnąć tematu i przypadkiem ją bardziej zirytować, bo to potwierdzenie całkowicie go usatysfakcjonowało. — Podoba mi się ten plan — przytaknął. — No ja dalej czekam na swoją nową… — zaczął odpowiadać, zanim przykrył się kocem i kiedy wszystko zgasło. —...dziarę — dokończył, a wszędzie było ciemno, na ulicy rozświetlały jedynie jadące auta i które zatrzymywały się na poboczu na awaryjkach, bo z pewnością wszyscy byli w niemałym szoku, gdy wielkie Toronto po po prostu zgasło. — Nie wiem, czy to kwestia samych korków… — rzucił niepewny, po czym rozległo się pukanie i już miał wstawać, kiedy gestem i słowem został zatrzymany przez własną dziewczynę. Spojrzał znad oparcia kanapy w kierunku drzwi, dosłuchując się rozmowy ze starszą panią, ich sąsiadką, panią Black. Zaraz Vita stanęła z jamnikiem na rękach, który machał ogonem jak szalony, a Milo cały nastroszony spoglądał na psa. — No to jakaś wariatka jest — westchnął, wstając z kanapy i zabierając Milo, aby zanieść go do góry do sypialni. Jeszcze brakowało im bitwy kota z psem. — Ona się boi, a ty się nie masz bać? Wkurwiła mnie — marudził pod nosem, schodząc po schodach i świecąc sobie swoim telefonem, żeby się nie wywalić. — Oczywiście, że się piszę, nie będziesz sama chodzić w tych egipskich ciemnościach — mruknął i chyba adrenalina z całej sytuacji nieco podniosła go na nogi, a może po prostu leki zaczęły działać w czasie, kiedy jeszcze przed chwilą, całkiem spokojnie, siedzieli na kanapie, rozmawiali i snuli plany, w świetle, a nie cofając się do średniowiecza.

dog walker
ODPOWIEDZ

Wróć do „#10”