Był dość upartym dzieckiem, jeśli chodziło o słuchanie innych. Nie lubił tego robić i już od najmłodszych lat uważał, że wie najlepiej. A już z pewnością wie wszystko lepiej od ludzi, z którymi przyszło mu mieszkać. I należało powiedzieć, że miał ku temu powody. Jego pamięć fotograficzna wielokrotnie udowadniała mu, że dorośli i starsi potrafili się mylić. Jego matka i babka zapominały o rzeczach, które zapisywały się w pamięci Harry’ego na stałe. Takie sytuacje sprawiały, że tracił zaufanie do dorosłych. Bo jak sześciolatek albo siedmiolatek ma myśleć o kimś, kto nie pamięta tego, co stało się kilka tygodni temu albo o informacji, którą gdzieś tam się kiedyś przeczytało. Pamiętał doskonale sytuację, gdy czytając jakąś książkę o zwierzętach dowiedział się, że koty w rzeczywistości nie powinny pić mleka. Zapamiętał, dlaczego tak było i dlaczego wystawianie im mlecznych przekąsek mogło im zaszkodzić. Dlatego więc z przerażeniem obserwował jak jego babka wlewa zimne mleko swojemu grubemu, czarnemu kocurowi, który zachłannie wylizywał wszystko ze swojej miseczki. Zawsze starał się wylewać to mleko do zlewu i wlewać czystą wodę, za co zawsze obrywał od swojej babuni za to, że marnuje mleko. Starał się wytłumaczyć kobiecie o co chodziło, jednak ta nie słuchała i dalej powtarzała swoje błędy. I nie była to jedyna sytuacja, która pokazywała mu, że dorośli się mylili i nie znali wielu rzeczy.
Ciężko było mu więc zrozumieć, że dorośli potrafili mieć rację w wielu innych rzeczach. Zrobił to jednak, gdy zrozumiał, że posiadanie racji nie znaczyło, że nie można się było pomylić. Jego matka i babka okazały się bowiem prawdziwymi skarbnicami wiedzy na temat życia. Miały olbrzymie doświadczenie, z którym lubiły się dzielić, chociaż robiły to na dość specyficzny sposób, co utrudniało przyswojenie tej wiedzy. W młodości często bowiem uważał, że kobiety go atakowały, bo niemal bez przerwy słyszał od nich uwagi, dotyczące jego zachowania. Nie podobało mu się to. Był jednak w tym wieku, w którym niewiele rzeczy mu się podobało, więc nikogo nie powinno to dziwić.
Musiał jednak przyznać, że z biegiem lat zaczął powoli doceniać mądrości, którymi raczyły go kobiety obecne w jego życiu. Nie zawsze jego relacja z matką, czy babką układała się tak, jakby sobie tego życzył. Nie zawsze widzieli się twarzą w twarz w pewnych kwestiach, co można było zrzucić na barki odmiennych realiów, w których przyszło im się wychowywać. Harry miał bowiem wygodne życie, co zawdzięczał ciężkiej pracy swojej matki, a ta zawdzięczała to wszystko wyrzeczeniom i poświęceniu swojej matki – babki Harry’ego. Kobieta należała do pierwszego pokolenia kobiet pracujących, które pomimo swojego dość tradycyjnego podejścia i konserwatywnych przekonań, angażowała się w wszelkie ruchy kobiet. Była jedną z pierwszych, które wyszły na ulicę aby protestować ustawy ograniczające prawa kobiet w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Babka Harry’ego nigdy nie nazwałaby się feministką, bo jej poglądy dość mocno przeczyły temu, o co feministki zabiegały, jednak była pielęgniarką, która doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak wyglądały ówczesne realia. Protestowała więc surowe prawa reprodukcyjne, których kobiety wtedy nie miały i stała się jedną z pierwszych pielęgniarek, które przeprowadzały nielegalne aborcje. Później oczywiście zaprzestała swojej kariery by skupić się na uczeniu dzieci.
Babka była jednak osobą bezpośrednią i szorstką dla osób, które jej nie znały i których nie znała ona. Harry ją kochał i uwielbiał spędzać z nią swój czas, a ta sympatia rosła z każdym kolejnym rokiem. Zaczął doceniać jej podejście do życia, szczerość i brak
filtra dzięki czemu mówiła dokładnie to, co myślała. Była otwartą księgą, w której nie ukrywało się nic. I po jej śmierci poczuł, chyba po raz pierwszy, czym jest prawdziwa żałoba. To właśnie ona zainspirowała chłopaka do tego, by zdecydować się na medycynę, więc można śmiało powiedzieć, że miała na niego ogromny wpływ. Cieszył się jednak, że nie doczekała tego, co się wydarzyło z jego życiem później, bo gdyby nie demencja, to całe to zamieszanie z procesem, wyprowadzką i zmianą tożsamości, na pewno by ją zabiło.
Uśmiechnął się, słysząc jego reakcję. Trochę nie tego się spodziewał, bo wiele osób uważało babkę chłopaka za dziwaczkę, która gadała od rzeczy.
–
A wiesz… chyba nie, ale czasami owijam sobie stopy kołdrą… nie wiem, czy to działa, ale z pewnością jest przyjemniej – zaśmiał się. Nie znał się na bezsenności zbyt dobrze, bo był to trudny do rozwiązania problem. Stres, zmęczenie… głupie myśli, wszystko to mogło wpłynąć na to, jak ludzie radzili sobie z zasypianiem. On sam nie miał zbyt dobrej higieny snu, bo czasami nawet w łóżku siedział z nosem w ekranie telefonu i scrollował shortsy męcząc oczy niebieskim światłem, które hamowało wydzielanie melatoniny. Nie mówiąc o tym, że lata praktyk w szpitalu i długie dyżury rozstroiły jego zegar dobowy, do czego ciało nie mogło się przyzwyczaić. W Nowym Jorku problem bezsenności nie wydawał się jednak taki uciążliwy, bo było to miasto, które przecież nigdy nie zasypiało, więc miało się wrażenie, że było się jego prawdziwą częścią. Tutaj w Toronto było jednak inaczej. Brak snu męczył go, zwłaszcza gdy plebania pogrążała się w ciszy i okrutnym spokoju, który otwierał w jego głowie drzwi do myśli, którymi nie chciał się zajmować, ale nie miał innego wyjścia.
Przystopował swój chód, by skupić się na tym, co mówił do niego jego towarzysz. Spojrzał na niego. W jego oczach rysowało się pewnego rodzaju współczucie, ale było to raczej zrozumiałe, biorąc pod uwagę to, co usłyszał.
–
Cóż… przykro mi – powiedział, spuszczając spojrzenie na drewniane deski, po których szli. Zatrzymał się i spojrzał w niebo. Było ono ciemne i potrzebował chwili, by dostrzec pojedyncze gwiazdy, które zaczynały się nieśmiało pojawiać na nieboskłonie. Przyjemnie było je zobaczyć, bo w Nowym Jorku nie było mu to dane. Nie znał wszystkich odpowiedzi. Im więcej się uczył i więcej świata poznawał, tym mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że w rzeczywistości nie wiedział nic. Był to śmieszny paradoks, nad którym czasami myślał zbyt często. –
Utrata bliskiego jest tą zmianą, z którą najtrudniej jest się pogodzić – przyznał po chwili. Pamiętał, jak się czuł gdy zmarła jego babka. Nie był to pewnie ten sam rodzaj żalu, który pojawiał się po stracie swojej drugiej połówki, ale bolał równie mocno. Poza tym straty wcale nie były mu obce i nie opierały się jedynie na osobach, które zniknęły z jego życia, ale na samym życiu.
–
Dobrze, że nie jestem jakimś kryminalistą, bo teraz znałbym wasze słabe strony – zaśmiał się, na chwilę zapominając o stratach i nieprzyjemnościach, które go spotkały w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Spacer okazał się całkiem przyjemny, a towarzystwo jeszcze lepsze. –
Uwielbiam jazz, jednak nie nazwałbym się muzykiem… a w kościele lubię grać anielski orszak – zaśmiał się, Jego sakralne upodobania mogły wydać się dziwne, bo pieśń ta była grana najczęściej na pogrzebach, ale było w niej coś, co potrafiło wzruszyć i poruszyć nawet jego ateistyczne serducho. Nie wiedział dlaczego tak było, ale być może miało to coś wspólnego z tym, że było to ostatnie życzenie, jakie się mówiło osobie, z którą się żegnało.
–
A ty, co lubisz? – zapytał, patrząc na niego. Teraz gdy tak stali pogrążeni jedyne w połowie przez światło ulicznych lamp, wydało mu się, że istnieli tylko we dwoje. Przez ten krótki ułamek chwili poczuł się, jakby jeszcze raz przeniósł się do przeszłości.
–
Podrywasz mnie teraz czy jesteś po prostu miły? W seminarium nas nie uczą jak takie rzeczy rozróżniać – powiedział.
Wolfgang Welsh