35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Jebać to, macham ręką tak jak Madox, bo definitywnie wolę zakończyć ten temat - Okej, czyli to jakaś szycha? A myślisz, że się sprawdzi jako don latino Corleone? Bo wiesz, żeby zaraz ktoś inny nie chciał go wykończyć - wzruszam ramionami. Taka praca na pewno wymagała twardej ręki i może jeszcze twardszej głowy, a już na pewno dupy. Czy Diego sobie da radę? Żeby zaraz się nie okazało, że Noriega rozpęta w Toronto mafijne piekło, gdzie każdy będzie chciał sięgnąć szczytu i poczuć trochę władzy między palcami. Już bywało tu niebezpiecznie, były dzielnice, w które starych zapuszczać się po zmroku, w co dopiero jakby jeszcze doszły do tego jakieś wojny gangów? Stukamy się szklankami i walimy na raz, a potem przechodzimy do tej gadki o senatorze - No myślę, że jakbyś to załatwił odpowiednio dyskretnie to na pewno by na was spojrzał łaskawszym okiem - wzruszam ramionami, bo wiadomo, że takie szychy najbardziej liczą na dyskrecję jak chcą spełniać swoje zwyrolskie fantazje. Chociaż jakby się zastanowić, to nie było przecież aż takie zwyrolskie - Pierdolisz - tym razem to ja się dziwię, bo serio senator zaprasza na swoje bale ludzi pokroju Madoxa? Biznesmenów, polityków, sędziów, prawników, nawet artystów, ale Noriege? Może jednak miał więcej wspólnego z biznesem niż mi się wydawało - Mnie nie zaprosił w tym roku, w zeszłym się tak zajebałem, że próbowałem poderwać jego żonę i chyba mu się nie spodobało, ale nic z tego nie pamiętam ni chuja, potem mi kumpel w pracy opowiadał. Uważaj na szampana, niby drogi, a na drugi dzień miałem takiego kaca po nim, że rzygałem dalej niż widziałem i łeb mnie tak napierdalał, że rozważałem samobójstwo - wywracam oczami, chociaż jak oni tam idą z misją, to raczej nie będą tyle chlać. Ja akurat nie mogę znieść tego bogolskiego pierdolenia na trzeźwo. Ledwie zaczynam wietrzyć, a tu w gabinecie pojawia się sowa i przez kolejne kilka chwil patrzę jak gania się z Madoxem po pomieszczeniu, natomiast w głowie mi gra muzyczka z Benny Hilla. Trochę to śmiesznie wygląda, dopóki sobie nie uświadomię, że - To jest znak - rzucam tajemniczo i o mało się nie zapowietrzam, dobrze, że Noriega reaguje, to zaraz powoli wypuszczam wszystko z płuc i zaczynam gadać dalej - Wiesz co oznacza taka sowa w senniku?! - to akurat nie był sen, ale symbol to symbol - Oznacza szczęście i powodzenie i sukces - kiwam głową - A jak ona spojrzała ci prosto w oczy!!! Widziałeś to? Złapałeś z nią kontakt wzrokowy? - dopytuję, chociaż przecież widziałem, że złapał, nawet jeśli tylko na chwilę - To będzie szło jak po gruzie, ale zakończy się zwycięstwem - dla mnie to ogromne pocieszenie, nawet bym się z nim znowu stuknął szkłem, za powodzenie, ale ta sowa już znowu siedzi na biurku i się dobiera do naszego rumu, najpierw zamacza dziób w jednym naczyniu, a potem w drugim. Marszczę brwi - Dobra, dzwonię do ZOO - decyduję w końcu i szybko znajduję numer w necie, naciskam zielony przycisk. Po drugiej stronie kilka długich sygnałów, aż w końcu ktoś podnosi słuchawkę - Halo? - rzucam od razu, a tam halo?... - Mamy waszą sowę - dodaję, na co męski głos odpowiada - Dobrze, przedstawcie swoje rządania, hehe - unoszę lekko obie brwi, spoglądając na Madoxa, pewnie doskonale wszystko słyszy, bo akurat mam głośnik ustawiony na pełną pizde - Przepraszam, czy to biała sowa? - dopytuje pracownik - Tak, wielka, biała sowa i ona właśnie wypija nam rum - informuję tego pana po drugiej stronie, a on się śmieje - A to Ernest, proszę mu nie dać wypić za dużo, bo potem się awanturuje z innymi ptakami. Proszę także o zachowanie spokoju i nie zbliżanie się do ptaka, czasem gryzie, a dziób sowy jest tak twardy, że jednym kłapnięciem może wydłubać oko, albo rozbić głowę. Albo odgryźć palca, proszę za żadne skarby nie wystawiać do niego palców!... - krzyczy ten chłop, nagle ta sowa znowu się zrywa do lotu i szybuje prosto w moją stronę - Atakuje mnie!!... - wrzeszczę do słuchawki, robię zwód i unik, po czym się chowam za Madoxem, a facet z ZOO gada dalej - Nie, nie atakuje, on pewnie słyszy mój głos w słuchawce, bo ja jestem jego opiekunem - wyjaśnia, po czym woła głośno Ernie, Ernest! To ja!..., na co ptaszysko ponownie kieruje się prosto na nas. Wciągam Madoxa pod biurko - Oszalał pan?! Niech pan do niego nie gada! Proszę przyjechać - podaję mu adres i się rozłączam - Zobacz co on robi - bo ja się nie mam zamiaru wychylać spod blatu, jeszcze rzeczywiście mi wydziobie oczy.

Madox A. Noriega
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Nie wiem czy Diego sprawdzi się jako głowa latynoskiej braci, ale... mam to gdzieś, w dupie konkretnie, bo przecież nie jestem ani jego matką, ani żadną niańką i jak chłop będzie chciał, to przecież niech się pnie po szczeblach kariery. Mi zależy tylko na tym, żeby zapewnił mnie i mojej żonie ochronę, a jak odjebiemy Lunę, to będzie musiał.
- Ja pierdole, Will to kogo mam posadzić na stołku, żeby go szanowali i żeby dał mnie i Pilar ochronę i nikt nie chciał go sprzątnąć - jęczę, no bo kurwa, teraz Patel to dał mi do myślenia. Ale dobra, schodzimy na temat senatora, a ja się zaczynam zastanawiać, czy nie załatwić wejściówki dla jakiejś dupy, która dyskretnie wyliże rowa Kane'owi... może wtedy nas zaanonsują, Madox Noriega z żoną i wyuzdaną kochanką?
Patrzę na Willa spode łba, kiedy ten rzuca to pierdolisz, a co to ja jestem jakiś gorszy sort? Że takie gangusy nie bawią się na balach u senatorów, czy co? Patel by się zdziwił, jakby się dowiedział jacy mafiozi tam gościli.
No tak, ale on tam zawsze był napruty w trzy dupy i nie kontaktował, więc co ja się dziwię? Ściągam usta w wąską linię i patrzę na Patela kiwając głową.
Tak, tak, to na szampana powinienem tam uważać, a nie na to, że Luna jak mnie tam zobaczy, to może zapragnąć rozjebać mi łeb. Ale dobra, już zatrzymuje to dla siebie, żeby nie martwić Patelka, bo on i tak jest bardziej obsrany o moje życie niż ja, pewnie tak jak Pilar. Oni w ogóle nie wiedzą, ale jak na moje to są do siebie kurewsko podobni. Co prawda moja żona nie jest takim zapijaczonym ćpunem, ale oboje mają dobre serca, są sprawiedliwi i oddani. Kocham ich. Każde na swój sposób.
Zaraz jednak się odjebuje, William otwiera okno, a tam przez nie wpada ta wielka sowa. Chcę ją wygonić i gonię ją wokół biurka, a potem ona siada na regale, ja się na nią gapię, a Patel krzyczy, że to znak.
- Jaki kurwa znak? - odwracam się do niego z ryjem, a potem dmucham mu w twarz i słucham jak z jego ust wychodzi powietrze wraz z... stekiem bzdur - kurwa w senniku? - pstrykam mu palcami przed twarzą - te Will, to nie jest sen, nie zesraj się tu, czy coś - jeszcze go szturcham za ramię, żeby się upewnił, ale on nawija dalej. Akurat szczęście, powodzenie i sukces to by mi się przydały, więc zerkam na tę sowę, a ona znowu patrzy mi prosto w oczy, ale ja odwracam głowę na Patela. Wzdycham ciężko na kolejne słowa kumpla, będzie szło jak po gruzie, ale zakończy się sukcesem - no oby stary - znowu klepię Willa po ramieniu - zajebiście, że to wszystko wyczytałeś z sowy - niby wiem, że Patel ma cygańskie korzenie, ale ni chuj nie podejrzewałem, że da się wróżyć z sowy. Chcę ją zgonić, kiedy dobiera się do naszego rumu, ale Will mówi, że dzwoni do ZOO, kiwam głową i opieram się o biurko obok ptaka. Teraz obaj patrzymy na Patelka, a ptaszysko dodatkowo żłopie rum, jak jakiś ptasi żul.
Słucham tej rozmowy Willa z opiekunem ptaków, hehe. Nawet mam się wtrącić, ale wtedy sowa się podrywa do lotu, trzepocze wielkimi skrzydłami, a potem kłapie tym dziobem, co wydłubuje oczy i rozbija głowy, odskakuje na bok, a kiedy Patelek się za mną chowa, to macham palcem - siad Ernest, leżeć... Gleba - próbuję na różne sposoby, ale zaraz sobie przypominam, że on też upierdala palce, więc wskakujemy z Willem pod to wielkie, piękne biurko Z LAPACHO. Wychylam się lekko, żeby sprawdzić co robi Ernie, a ten siedzi na biurku i grzebie po nim pazurem. Patrzę się na niego spod przymrużonych powiek - jak mi porysuje biurko tymi szponami, albo tam nasra, to zrobię z niego rosół - mówię do Willa, ale ptaszysko jakby rozumiało, znowu podrywa się do lotu i skrzeczy, a wtedy drzwi gabinetu się otwierają i staje w nich... Pati. Sowa korzysta z okazji i przelatuje jej nad głową, a kiedy my wygrzebujemy się spod biurka, a ja lecę do drzwi, żeby przez nie wypaść i rozejrzeć się po klubie. William staje obok mnie, a Patricia zaraz oddycha ciężko i łapie się za kształtną pierś, a drugą ręką za koszulę Patela. Pati jest taką hot mamuśką, wygląda trochę jak JLo.
- O boże, ale się wystraszyłam, co to za ptak Madox? - pyta, a ja się nawet na nią nie oglądam, opieram się o barierkę i wodzę spojrzeniem za ptaszyskiem.
- No sowa... - odpowiadam od razu, ale zaraz cofam się do Willa, żeby go złapać za koszulę i pociągnąć za sobą - dobra, dawaj bo się spóźnimy - zwracam się do kumpla, ale jeszcze zerkam na Pati - jak przyjedzie ktoś z ZOO, to mu ją oddajcie - sowa kręci kółka pod sufitem klubu, a Pati opiera ręce na biodrach i patrzy na nas krzywo - a, potrzebujemy kierowcy - mówię do niej zatrzymując się przed schodami.
- Ja mogę z wami jechać - oznajmia Pati, ale ja się trochę krzywię, bo może powinna zostać na miejscu? Dopilnować klubu?
- A Maczeta? - pytam zaraz. I chyba to William teraz musi zadecydować, czy naszym kierowcą będzie Maczeta, czy jednak. Pati.

Patelek ⊹ ࣪ ˖𓅓.✦ ݁˖
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Ja tam się za bardzo nie orientuję w społeczności latynoskich gangsterów. To znaczy, orientuję się w sumie bardzo dobrze, bo połowę broniłem lub będę kiedyś bronić, oczywiście kurwa w większości za darmo albo za grosze, bo niejednokrotnie się zdarzało, że Noriega przychodził do mnie i truł dupę, że musisz pomóc Alvaro, bo wpadł z dragami, a to przecież taki dobry chłopak no i nasz diler aktualnie, więc jakby wtedy nie mam za bardzo wyboru. Aczkolwiek żaden z tych łebków nie nadawał się na szefa mafii. Mam pewien pomysł, jednak jest bardzo, bardzo, bardzo zły, więc postanawiam zachować go dla siebie i tylko ściągam usta w wąską kreskę. Rozluźniam je jednak jak sowa wlatuje przez okno bo mi dosłownie kopara opada prawie do samej ziemi. Jak mi tak pstryka palcami przed samą twarzą to odtrącam jego rękę - Cicho! - rzucam i nawijam dalej, że znak, że ptak, że srak. Normalnie się przecież rozumiemy bez słów, a ja teraz wyrzucam ich z siebie bardzo dużo, a on co? Dziwi się? Wywracam oczami i już nic nie mówię tylko dzwonię do ZOO. Robi się trochę bardziej chaotycznie kiedy sowa lata po pokoju, po czym siada na biurku, grzebie po blacie pazurem, a my siedzimy pod spodem i się gapię na kumpla - A takie sowy nie są czasem pod ochroną? - w sumie to nie wiem, chuja się znam na tym tak naprawdę, ale ZOO raczej nie byłoby zbyt zadowolone gdyby przyjechali po swojego ptaka, a tam rosół. Zjadłbym rosół, tylko może niekoniecznie z sowy. Znowu słyszymy trzepot wielkich skrzydeł, strzęk otwieranych drzwi i stłumiony, kobiecy krzyk. Madox wypada spod biurka pierwszy, ja zaraz za nim. Noriega leci na klub, a ja zatrzymuję się w drzwiach, tuż obok nieznajomej kobiety, która łapie mnie za koszulę. Podtrzymuję ją jedną ręką, bo wygląda jakby zaraz miała upaść, przy okazji mierzę ją spojrzeniem od góry do dołu i w drugą stronę, natomiast moja ręka jakoś tak mechanicznie opada z jej talii nieco niżej... Ale wtedy zaś Madox mnie łapie i ciągnie za sobą, więc chcąc nie chcąc wypuszczam z uścisku Pati - No dobra, już - ruszam za nim. Zatrzymujemy się tuż przed schodami, bo przecież obydwoje piliśmy, a ja nawet na trzeźwo nie siadam za kółkiem - To niech Pati z nami jedzie - od razu kiwam głową - Bo jak tamta laska zobaczy Maczetę to na bank nam nie odda tej forsy tylko pomyśli, że zatrudniliśmy jakiegoś zwyrola, żeby ją zabić i ucieknie. Bez urazy stary, ale wiesz jak jest - wzruszam ramionami. Nie mam racji? Spoko gość z niego był, ale morda jednak w opór zakazana, taka, że jak tylko spojrzysz to od razu wiesz, że lepiej z nim nie zadzierać. Za to Pati prezentowała się wyjątkowo dobrze, poza tym w obecności kobiety na pewno poczuje się pewniej. A już poza tym to chciałem ją zaliczyć. Uśmiecham się do niej, w odpowiedzi unosi nieznacznie jedną brew, natomiast jej spojrzenie ucieka do Madoxa, jakieś takie maślane. Zaraz zresztą zrównuje z nim kroku, ja idę tuż za nimi. Sięgam po telefon, żeby napisać do pani z banku, że ruszamy i będziemy za maks dwadzieścia minut. Wszyscy w trójkę ładujemy się do jednego z klubowych aut, ja oczywiście z tyłu. Normalnie jak jeździliśmy z Madoxem to zawsze siadałem obok niego i robiłem mu za nawigatora oraz DJa, ale dzisiaj nawet nie pajacuję, tylko puszczam ich do przodu. Umówiona z nami dziewczyna podsyła mi lokalizację, więc ustawiam nawigację i podaję im do przodu mój telefon - Dobra, mam adres, włącz radio - proszę. Noriega umieszcza moją komórkę w stojaku, wszyscy przez moment patrzymy na ekran. Ping! Przychodzi mi SMS od Mama, w wiadomości kocham cię synu 💖💖💖 miłego wieczoru oraz obrazek. Obydwoje, i mój przyjaciel i Pati, odwracają się na mnie - No co? Mamy dobry kontakt - wywracam oczami. Dziewczyna parska śmiechem - Odpisz jej coś - rzucam do Madoxa, po czym opadam ciężko na oparcie tylnej kanapy i przez całą drogę siedzę trochę naburmuszony, słuchając muzyki z głośników oraz lokalnych wiadomości. W końcu zajeżdżamy na duży, obskurny parking gdzieś na wyjeździe z miasta, marszczę brwi - W sumie dziwne miejsce - rzucam, pochylając się wprzód, między siedzeniami.

Madox A. Noriega
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
ODPOWIEDZ

Wróć do „Emptiness”