Nie szło mu wcale lepiej od niej, może nawet gorzej?
Bo Madox nie umiał się poddać, położyć uszu po sobie i robić to, co wymagał od niego Luna. On wiecznie się buntował, grał na jakąś pierdoloną zwłokę, jakby liczył, że w pewnym momencie wszystko się wyjebie, że czas był po ich stronie. Ile minęło w tym magazynie?
Na ich rozmowach? Tyle, że Pilar przebudziła się po podaniu środków usypiających, tyle, że Dalton się niecierpliwił. A Noriega wciąż się nie ugiął. Wkurwiał tym Benito, wiedział to, czuł pod skórą, że sobie grabi.
A kiedy Luna kazał mu uderzyć swoją żonę.
No kurwa, przecież od początku było wiadomo, że on tego nie zrobi, że wolałby zginąć, podłożyć się, niż ją skrzywdzić. Nawet pomimo tego, że w jej spojrzeniu widział, że by mu to wybaczyła. Wiedział to, że na dużo rzeczy była w stanie przymknąć oko, wiele mu wybaczyć, nawet gdyby rzeczywiście ją uderzył.
Ale nie potrafił, nie chciał. Nie umiał. Zmienił się. Chociaż Benito usilnie chciał mu pokazać, że wcale nie. Chciał mu udowodnić, że był jak stary Noriega, gotowy podnieść rękę na swoją żonę.
Nie był.
A kiedyś przecież był przekonany o tym, że był jak ojciec, że skończy jak on, bo wyszedł z takiego domu, a nie innego, z pełnego agresji, przemocy i strachu. I ta agresja, ten gniew i przemoc towarzyszyły mu zawsze, bo on przecież nie umiał rozmawiać, bił się, rzucał i warczał. Ale przy Pilar się uczył. Przy Pilar łudził się, że może być kimś innym, że może kiedyś stworzyć z nią rodzinę, i dom... taki z ogródkiem i huśtawką z opony, a nie pierdolonym koksem posypanym na biurku z Lapacho i gnatem w sejfie.
Szkoda tylko, że teraz te marzenia były odległe, były chyba bardziej odległe niż kiedykolwiek wcześniej, bo siedzieli w tym opuszczonym magazynie. A między nimi psychol. Ale Madox i tak jeszcze próbował. Zagadać Lunę, rozproszyć go, a może wzbudzić w nim jakieś ludzkie odruchy. Bo przecież każdy je miał, jakiś słaby punkt, coś co dotykało gdzieś tam w środku.
Jakieś kurwa sumienie. Jakiś wewnętrzny głos.
Ale chyba Luna go nie miał.
Za to Nick Dalton miał w swojej głowie wiele głosów. I wszystkie krzyczały, że powinien tam wejść i zabrać Pilar, że za długo to już trwało.
A potem krzyknął Madox.
-
Ty... - rzucił się na Daltona, od razu zaciskając palce na jego szyi. Zaczęli się szarpać i pewnie ściągnęliby się do parteru, ale wtedy w magazynie wybrzmiał huk wystrzału, odbił się echem od ścian, a potem jej krzyk. Zielone, owładnięte szaleństwem oczy Daltona, oraz te czarne, ogniste Noriegi od razu zwróciły się na nią, a potem na Benito.
Który z nich był bardziej wkurwiony? Który z nich był bardziej zdesperowany? Madox się wyprostował puścił Daltona. Serce waliło mu w piersi jak oszalałe, musiał ze sobą walczyć, żeby nie doskoczyć do Luny, żeby nie ruszyć do niej. Ale Nick też zesztywniał, zrobił nawet krok w kierunku Luny.
Postrzeliłeś moją Pilar.
Te słowa wypowiedział z wyrzutem. A potem wszystko zadziało się szybko, bo Dalton skoczył na Benito, w szale, w tym swoim całym szaleństwie, z sercem bijącym w piersi, sercem, które przecież mimo wszystko była za Pilar. Oszalał na jej punkcie, ale kurwa kochał ją, w najbardziej chory na świecie sposób. Ale... tylko on mógł ją skrzywdzić. Nie Madox, nie Luna. Nikt inny nie mógł podnosić na nią ręki.
Luna tą swoją skierował na Daltona, wylądowali w parterze. Lufy pistoletów zwróciły się w ich kierunku, ale przecież nie mogli strzelić, bo nie chcieli zranić swojego szefa. Pająk i jeszcze jeden przydupas Benito doskoczyli do nich. A Madox w tym czasie dopadł do Pilar, jednym szarpnięciem zerwał jej taśmę z twarzy.
-
Patrz na mnie Pilar, to nic takiego - mówił o jej ramieniu, chociaż widział płynąca po nim krew, kapała na podłogę. Noriega przesunął w to miejsce palcami, czy kula przeszła na wylot? Drasnęła ją? Siedziała w środku? Dużo pierdolonej krwi. A w jej oczach ból i strach. Gdzieś w ciężkim, skórzanym bucie, które dostał od męża Maddie Earla, ukryty miał nóż, wyjął go i zaczął przecinać linę krępującą jej nogi -
już... - doskoczył do nich jeden z ludzi Luny. Benito wciąż szamotał się z Daltonem na ziemi, Pająk chciał odciągnąć Nicka, chwycił go za fraki. Ale wtedy...
W pomieszczeniu wybrzmiał kolejny huk wystrzału. Znowu wszyscy zamarli, ale Madox nie, przeciął więzy krępujące jej nogi.
A potem krzyk Benito.
-
Kurwa! - Noriega nawet się nie odwrócił, bo sięgnął do jej rąk, ale tylko naruszył linę, odciągnęli go trzymając za fraki. Dalton dostał w ryj, raz, drugi i trzeci, miał już obitą całą mordę, ale śmiał się szaleńczo, zanosił się śmiechem, jak kompletnie popierdolony. Dostał w brzuch, ale tylko splunął krwią.
-
Wielki Luna... wpakował sobie kulkę... w kolano - wycharczał, a Madox dopiero teraz odwrócił spojrzenie na Benito, rzeczywiście, obok niego leżała spluwa, a plama krwi na podłodze rosła, miał rozwalone kolano. Kula siedziała w środku, a kilku przydupasów pochylało się nad nim.
Co tutaj się kurwa wydarzyło?
Czy to ta klątwa, a może los po prostu uwielbiał płatać im figla?
Bo kiedy było już kurewsko źle, to on znowu odwracał się na ich stronę. Pająk celował już gnatem w łeb Daltona, gotowy rozwalić mu głowę. Dwóch gangusów trzymało Madoxa, a kolejnych trzech pomagało zebrać się Lunie. Pierdolony psychopata, nie krzyczał, jakby ten ból dodawał mu jeszcze siły. Ledwo stał na nogach, podtrzymując się swoich ludzi, zza paska jednego z nich wyciągnął spluwę, wycelował nią Daltonowi między oczy. Ale Nick splunął, prosto na ten drogi płaszcz Benito. Luna zamachnął się i walnął go pistoletem w łeb. Raz... Drugi... Trzeci...
A Dalton wciąż się śmiał, szarpnął się, tak, że jeden z ludzi, którzy stali przy Pilar musiał do niego doskoczyć. Szarpnął się też Madox i kolejny dryblas ruszył w jego kierunku. Luna się zachwiał, jego też ktoś musiał przytrzymać.
Zrobił się chaos.
Jebany chaos, który podążał chyba za nimi wraz z tą Śmiercią.
Krew, łzy... i ten obłąkany śmiech, który wcale nie ucichł.
Galem wciąż siedział skrępowany na krześle, na prezesowskim, gładkim policzku miał kwitnącego siniaka, czerwoną plamkę w kąciku ust, dostał. Nie tak jak Pilar, Madox i Benito... Ale kurwa, oni byli twardzi. Oni lubili ból, on ich nie zatrzymywał, a może nawet działał na nich jak ta czerwona płachta na byka. Adrenalina, która krążyła w żyłach pobudzała do działania.
A Galen był inny. Delikatny.
Ze spuszczoną głową wpatrywał się w podłogę. Rodrigo nie było w pomieszczeniu, ale zaraz drzwi do niego się otwarły, tylko nie stanęła w nich prawa ręka Luny, a...
-
Senator Kane - Wyatt podniósł głowę wbijając niebieskie spojrzenie w senatora. Wyglądał źle, podpierał się laską, krzywił przy każdym kroku. Kolejny delikatny paniczyk. Białe kołnierzyki, do których krew nie pasowała.
-
Czyli Patricia Fernandez knuje z Luną? - zapytał, a Rodrigo skinął głową -
a po co ty w tym wszystkim Galen? - sięgnął do Wyatta, który drgnął na krześle.
-
Stewart prowadziła sprawę kontenerów - rzucił Rodrigo, a Kane się na niego obejrzał.
-
Moich kontenerów? - zapytał, a Galen spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami. Jak to jego kontenerów? Przecież Kane chciał wyplenić z miasta handel ludźmi. Przecież walczył z nim na różne sposoby. Zawsze był przeciwko...
-
Ile wie? - zapytał Kane zapierając się mocniej na ozdobnej lasce.
-
Nie wiem - powiedział Rodrigo -
Wyatt powiedział tylko, że byli w Quebec, dowiedziała się, że siedział w tym Selley... - urwał, bo senator Kane prychnął.
-
Arthur Selley nie stanowi już problemu, przy dobrych wiatrach jego ciało znajdą może na wiosnę, kiedy poziom wody w rzece opadnie... - Rodrigo skinął głową, wiedział, co to znaczy. Selley spał na dnie z rybkami. Kane kontynuował -
czyli nie wie, że trupy w kontenerach to moja sprawka? Że chcieliśmy wsadzić Lunę i wpierdolić na jego miejsce Noriegę? - zapytał, a Rodrigo pokręcił głową. Kane specjalnie odwrócił się do Galena, żeby zobaczyć w jego oczach to malujące się zaskoczenie. Wyatt był w szoku, tego się nie spodziewał, że te trupy w kontenerach były ustawką polityka. Pilar też do tego jeszcze nie doszła, wiedział to, bo przecież... Dałaby mu znać. On teraz musiał dać znać jej, że jej mąż, ten agresor i idiota, był pionkiem w ich grze, ale... jak?
Kane poprawił swoją marynarkę, obejrzał się jeszcze na Wyatta.
-
Szkoda Galen... - rzucił, a zaraz utkwił spojrzenie w Rodrim -
pozbądź się go, za dużo wie... Blackout to taki okropny czas, śmierć zbiera swoje żniwa, a przecież Wyatt miał próbę samobójczą - zasugerował Kane, ruszył do wyjścia stukając laską w podłogę -
ja jadę porozmawiać z Luną - dodał jeszcze zanim wyszedł.
Rodrigo skinął głową, zacisnął palce na jakimś wielkim nożu, który leżał na stoliku. Pochylił się z nim w kierunku Galena.
-
Wyatt jeśli chcesz to przeżyć, to musisz mi pomóc... Mi i Pilar - rzucił patrząc w niebieskie jak bezchmurne niebo oczy. Tym razem to Wyatt pokiwał energicznie głową. Zawsze gotowy był pomóc Pilar. Od pierwszej chwili, kiedy weszła do jego gabinetu, kiedy oznajmiła, żeby zdobył dla niej jakieś raporty. Zrobił to, osobiście, od razu. Pojechał z nią do Quebec, poszedł do Selleya, żeby mogła założyć tam podsłuch. Teraz też chciał jej pomóc w sprawie matki.
Galen Wyatt dużo by dla niej zrobił.
Ale... po której stronie w takim razie stał Rodrigo?
· · ─ ·𖥸· ─ · ·
Halloween 2018
-
Kurwa, zostaw go Rodrigo! - Madox odciągnął Rodriego, który siedział na jakimś typie, okładał go pięściami, był kurwa wściekły, jego biała koszula była cała we krwi.
-
Zapierdolę go - warknął Rodrigo i się szarpnął, ale Noriega przytrzymał go mocniej.
-
Na pewno nie dzisiaj i nie w moim klubie, dopiero wyszedłeś z paki, już chcesz tam wrócić?! - Madox pchnął Rodriego na ścianę przytrzymał go przy niej przedramieniem. Rodri jeszcze się szarpał. Ale wtedy do łazienki wpadły czerwone-niebieskie światła, a przed lokalem wybrzmiał krótki sygnał syreny policyjnej -
psy, kurwa... - warknął Noriega, puścił Rodriego i doskoczył do okna, wyjrzał przez nie. Rodrigo rozpędził się w kierunku leżącego na ziemi faceta, ale Madox wskoczył między nich -
wypierdalaj. Załatwię to, a ty wyjdź tyłem - popchnął Rodrigo, ale ten jeszcze mu się szarpnął -
już! - wycedził przez zęby Madox. A Rodrigo dopiero oprzytomniał. Spojrzał na Noriegę, skinął głową i wyszedł z kibla, od razu ruszył do tylnego wyjścia z klubu.
Kilka dni temu wyszedł z pierdla i nie zamierzał tam wracać... A prawie to zrobił, prawie wpakował się w kolejne kłopoty. Rodrigo zawsze był narwany. Czasami za bardzo.
¿Qué carajo pasó ahí? ⋆.˚ ☾⭒.˚