-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Czyli też się boisz węży — stwierdziła spokojnym tonem, przymykając oczy, ale na historię parsknęła śmiechem. Mogła brzmieć pt. poszedłem do sklepu, ale Lotte naprawdę lubiła go słuchać. Nawet jeśli pierdolił same głupoty — słaby z Ciebie obrońca, zamiast mnie bronić zaczniesz spierdalać — wypomniała mu, pokazując krótko język. Słaby obrońca, to na pewno i zdecydowanie. Zresztą czy było w tym coś dziwnego? Dobra, obronił ją kilka razy, ale pewnie dlatego, że nie musiał mierzyć się z myszami. Wtedy by wymiękł.
— Szczury są inteligentne — odpowiedziała bez żadnego wahania — robią na nich badania w tym zakresie, a poza tym zanim jakikolwiek lek zostanie wprowadzony, to jego działania są właśnie sprawdzane na nich — i to powinno być prawdziwą dumą myszy. Cierpią dla ludzkości bez jakichkolwiek wątpliwości. To dzięki nim wiele leków było w obiegu i pod żadnym pozorem nikt nie powinien umniejszać tym zwierzętom. Chociaż Lotte wychwalała je, by zagrać Patelowi na nosie — więc można powiedzieć, że dzięki gryzoniom żyjesz mój drogi — i tu zdecydowanie wygrywały one z pająkami w zasadzie pod każdym możliwym względem.
— Mnie w sumie też — a w ich relacji to William był takim Jerrym, a ona takim Tomem. Kiedyś może mu o tym powie, wypomni mu wszystko.
Chwila szamotaniny we wodzie była przeokropna. Z każdą sekundą coraz bardziej traciła siły, a długo to nie trwało. Zaraz ciągnięta była w stronę brzegu i przez moment ją zmroczyło. Na tyle, że obudziły ją czyjeś wargi. Na pewno nie przypominały haszowo-alkoholowego smaku ust Patela. Bardziej coś obrzydliwego... wątrobkę? Sama nie wiedziała, bo zaraz zaczęła kaszleć typowy w twarz.
— Ja oddychałam — warknęła, odpychając go od siebie. Wystarczyło unieść wzrok, a wtedy zobaczyła go. Niemalże po całym jej ciele przyszedł nieprzyjemny niezrozumiały dreszcz — Cassian? — i przez moment ją całą sparaliżowało. Nie wiedziała, czy chce ruszyć na niego z pięściami, poryczeć się. Jeszcze nie tak dawno... była przecież w nim zakochana, mieli być razem, a po wszystkim spotyka go razem z Williamem na wyspie? To było wręcz niemożliwe.
— Nieeeee, Justin — zaczął facet, a Lote miała tak wielki napis: wtf na twarzy, że naprawdę nie wiedziała, co działo się w obecnym momencie — wyglądasz przepiękne, wszystko z Tobą w porządku, piękna? — a zaraz kontynuował — jak tak i masz wolny czas... — spojrzał jej głęboko w oczy, by wypowiedzieć — to pooglądałbym z Tobą walenie.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
A potem obserwuję jak obcy typ, który wygląda wybitnie znajomo, składa na jej ustach pocałunek ratujący życie, nawet jeśli tak po prawdzie wcale go nie potrzebowała. Obserwuję całą scenę, jak go odpycha, a później słucham tej krótkiej wymiany zdań między nimi i gdy facet wspomina o wspólnym oglądaniu waleniu, to jakaś dziwna gula podskakuję mi pod samo gardło, a niezrozumiały ścisk wykręca żołądek. W kolejnej sekundzie jestem już obok, żeby złapać Kovalski za rękę i wyciągnąć ją spod tego dziwnego kolesia - Nie, nie ma wolnego czasu i nie pójdzie z tobą oglądać waleni - bo to było coś, co mieliśmy robić razem. Ja i Charlotte, a nie Charlotte i jakiś niby-Cassian. Poza tym gość budził we mnie tyle negatywnych emocji nie tylko ze względu na Lottę, ale także Cynthię i jak widzę te mordę to dosłownie mam ochotę go kopnąć - Dzięki za pomoc, ale możesz już sobie iść - dodaję po chwili, wciąż się lekko krzywiąc. Już za moment wbijam spojrzenie w dziewczynę - Wszystko okej? - pytam, mierząc ją spojrzeniem, wyglądała normalnie, tak jak wcześniej, oprócz tego, że była cała mokra, ogarniam jej z twarzy kilka ciemnych kosmyków, które lepią się do wilgotnej skóry. Facet nie daje za wygraną i prostuje się, marszcząc na mnie nos, jakby zaraz miał puścić z niego parę - A kim ty jesteś żeby odpowiadać za nią? - rzuca takim tonem jakbym miał się go wystraszyć. Tylko spojrzenie, które mu potem posyłam jest równie groźne, może nawet bardziej. W tym momencie musimy wyglądać jak na jakimś filmie przyrodniczym, gdzie dwóch samców przygotowuje się do walki o względy jednej samicy, brakuje tylko komentarza Davida Attenborough gdzieś w tle - Ja jestem jej chłopakiem, więc sobie daruj i spływaj - macham na niego rękami. Typ prycha krótko, po czym rzuca coś w rodzaju dobra, Boże, po co ta agresja, kręci głową i się wycofuje. W sumie miał rację, po co ta agresja i skąd się właściwie wzięła? Czyżby przemawiała przeze mnie w tym momencie prawdziwa zazdrość? Wracam spojrzeniem do Kovalski, minę wciąż mam jakąś nietęgą, chociaż trochę już łagodnieje - Znudził mi się basen, zróbmy coś innego - tutaj kręciło się zdecydowanie zbyt wielu dziwaków napalonych na wspólne oglądanie być może jednych z najbardziej majestatycznych stworzeń na świecie - waleni.
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Lotte nie wie, czym bardziej jest zaskoczona. Zachowaniem dziwnego sobowtóra Cassiana, czy jego propozycją wspólnego oglądania waleni. Obiecała to przecież Williamowi, poza tym dalej nie była pewna, czy w pełni odchorowała Lennoxa. Dalej pamiętała ich ostatnie spotkanie, po którym padły pewne zobowiązania, a on tak po prostu zniknął, jak kamień rzucony w taflę jeziora. Już miała otwierać usta, żeby odmówić, a wtedy poczuła na sobie znajomy, ciepły dotyk. Nie spodziewała się tak obronnej reakcji ze strony Patela.
— William?! — o ile była przyzwyczajona do każdego rodzaju jego zachowania. Od prawdziwej wściekłości, po smutek i czułość, to nigdy nie widziała go takiego. Wpatrywała się w niego z nieukrywanym zaskoczeniem, ale też kompletnie nie potrafiła zrozumieć, co się właśnie działo przed jej oczyma.
— Sama potrafię odmówić — zdążyła wymruczeć, wykaszlując z siebie jeszcze resztki wody z chlorem. Zdecydowanie trzeba było przepić je większą dawką alkoholu, żeby wszystko się wyrównało — t-tak — wydukała z siebie, po jej ciele przeszły zimne dreszcze. Miała dosyć wody na dzisiaj. Na następne wejście do basenu wejdzie do koła tak, jakie było jego przeznaczenie. Zaraz jednak oglądała przedziwną przepychankę między Billy'm a niby Cassianem. Nie spodziewała się tego, a przede wszystkim nie jego reakcji. Z jakiegoś przedziwnego powodu po jej ciele rozlało się ciemno, mimo że łapczywie próbowała łapać każdy oddech. Po wszystkim spojrzała na niego, ale wpierw wróciła z Patelem do leżaka, zabierając z niego rzeczy.
— Co Cię napadło? — spytała, patrząc badawczo na niego — i moim chłopakiem? — nie to żeby godzinę temu użyła tej samej wymówki. Obecnie nie miało to jakiegokolwiek znaczenia, bo oczekiwała odpowiedzi. Finalnie strzeliła oczyma — dałabym sobie z nim radę... — oczywista oczywistość — myślałam, że Cię nie obchodzi, co robię z innymi — wymruczała lekko speszonym tonem, spuszczając wzrok na własne stopy. To chyba najbardziej ją intrygowało, bo wczoraj właśnie miał w ten sposób zachować się wobec niej, a wszystko poszło... o walenie.
— Chodź, poszukamy jakiś muszelek — zaproponowała Kovalski, ciągnąc Patela w stronę plaży — to... wytłumaczysz mi, co się stało? — dopytała łagodniejszym tonem, a po chwili dodała — skąd ta agresja? — powtórzyła słowa sobowtóra Cassiana, po prostu musiała to zrobić, to było silniejsze od niej.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Wymówki przed czym? Dlaczego miałaby to być niby wymówka dla... Ciebie? — bo na pewno nie dla niej, dlatego stała z wysoko uniesioną brwią. Nie spodziewała się prostej wypowiedzi, nawet nie za bardzo wymagającej, ale... po prostu chciała dowiedzieć się, co nim kierowało w tamtej sytuacji. Nigdy jeszcze nie widziała takiego Williama, a przez myśl jej przeszło, że to mogła być zazdrość.
— Jak nie wiesz... — zaczęła Kovalski, aż stanęła i zatrzymała się, bo nie wiedziała, co w tym momencie powinna mu powiedzieć. Wzburzyły ją jego słowa, nie potrafiła się do nich odnieść w żaden logiczny sposób — to mogę do niego podejść i pojechać z nim pooglądać walenie? — spytała cicho, licząc na przeczącą odpowiedź. Znalezienie powodu, dla którego chciała myśleć o nim jako o jakimś wyjątku było wręcz niemożliwe. Chciała usłyszeć, że był o nią zazdrosny — co prawda nie jest to Cassian, może ma trochę lepsze serce... — zagadnęła, przegryzając dolną wargę i czekając na jakąkolwiek reakcję z jego strony. Wierny wobec jej nie mógł być, ale może... jednak coś więcej do niej czuł? Cholera, za skomplikowane to.
— Taa, na pewno dasz mi odpowiedź — mruknęła pod nosem, a jej usta ułożyły się we wąską linię. Spodziewała się ją dostać... nigdy. Nie od dziś znała Patela, ale w ciągu ostatnich tygodni coś zaczynało się między nimi zmieniać. Tylko że oboje byli zbyt dumni, żeby się do tego przyznać.
— No możemy — stwierdziła, siadając na suchym kawałku plaży i przymykając na moment oczy. Myśli krążyły jej zdecydowanie zbyt szybko, mogła wziąć ze sobą jeszcze jedno piwo, albo trzy, żeby mogła łatwiej uporządkować własne myśli — ogarniesz to? — spytała, spoglądając na hasz i lufkę — nie rozumiem nas, wiesz? — zagadnęła Lotte po paru buchach. Albo się nienawidzili, albo uwielbiali, ona była zazdrosna, a on nie potrafił. Tylko kiedy poszło o głupie walenie... to serce na moment zabiło jej zdecydowanie za mocno w stronę Williama — twoja torebka jest chyba bardziej pakowna niż mój plecak — parsknęła finalnie, próbując rozładować atmosferę, która z minuty na minutę robiła się coraz bardziej gęsta. Prawie że byłaby w stanie ciąć ją nożem — co tam jeszcze ukrywasz?
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— A dla kogo był on nieproszony? — dopytała Charlotte i przez mojej jej ciało wyglądało o tak:
I może dobrze, że postanowił z nią zajarać. Wraz z dymem wypełniającym jej płuca czuła, jak odchodzą od niej kolejne zmartwienia. Zdecydowanie to uczucie relaksu i harmonii było tym, czego potrzebowała. Jeszcze niedawno krztusiła się wodą, miała przed oczyma wizję prawdziwego nieszczęścia, a jednak z jakiegoś powodu dała sobie ze wszystkim radę. Zjarana Lotte była zdecydowanie najbardziej wychillowaną Lottą. Pewnie Patel będzie coraz częściej korzystał w tej karty, ale trudno... co się dzieje w La Palma, zostaje w La Palma.
— Jesteś bardziej przygotowany niż ja i mój plecak — parsknęła salwą śmiechu i przez dłuższy moment nie była w stanie się uspokoić. Na całej plaży wybrzmiewał jej radosny, beztroski rechot — krem do opalania? Przecież nie smarujesz się beze mnie — jeszcze bardziej ją to rozśmieszyło, a kiedy zobaczyła kamień, to aż chwyciła brzuch. Nie mogła powstrzymać tej fali ekscytacji, która cały czas w niej narastała — potrafię, a jak rzucę... to przyniesiesz ten kamień? — dopytała i bez zastanowienia rzuciła ten kamień w ocean. Raz, dwa, trzy razy odbił się od tafli wody, zanim zatonął. Jeśli mieli dalej puszczać kaczki, to któreś z nich musiało go przynieść. Oczy Lotte niemalże rozbłysnęły, a wypływała z nich jedna wiadomość: przynieś proszę.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Na twarzy Lotte niemalże od razu maluje się uśmiech pełen triumfu. Piękny, wielki, jakby właśnie wygrała w totka. Czaicie? Lottka w totka. Tyle że naprawdę w duchu wygrała, jeszcze nigdy nie czuła się aż tak wygraną osobą, na jej ustach mimowolnie wymalował się szeroki uśmiech, a ona sama, aż nie wiedziała, co tak naprawdę chce zrobić ze sobą. Nawet hasz wydawał się przyjemniejszy. Tego właśnie potrzebowała od Patela, pokazania jakiejkolwiek zazdrości z jego strony i dostała to, co chciała.
— Ej, daj mi ją — odparła rozbawiona Charlotte. Kilka godzin minęło na słońcu, na pewno powinni jeszcze siebie posmarować. Kolejnego razu z maślanką nie da rady, a jeszcze na pewno dzisiejsza tura jej nie ominie. Wygina się, by chwycić krem przeciwsłoneczny i pierwszy raz go otwiera. Zaciągnęła się zapachem świeżości, zaraz wpatrując się wielkimi oczyma ze złowieszczym uśmiechem. Naciska na tubkę, a jej zawartość zaczyna powoli rozsmarowywać po twarzy Williama. Powoli jej dłonie wędruje po jego karku, ramionach i dobrze zbudowanym torsie.
Przerywa tylko po to by rzucić kamieniem. Westchnęła przeciągle, przewracając oczyma. P r o w o k o w a ł. Przecież jej rzut był wręcz idealny. Trzy odbicia od ziemi? Ciekawe, ile byłby w stanie zagwarantować sam William. Tego już nie komentuje, tylko aż znajdzie jej kamień. Oby tylko nie był jakiś szczęśliwy. Kiwnęła głową, czekając na jego rzut. Już cisnęły się na jej usta odpowiednio złowieszcze słowa, ale... rzut Williama był boski.
— Zajebisty. Aż mokro mi się zrobiło — powiedziała z niekrytym podziwem. Alkohol, hasz to była dla niej idealna mieszanka, całkowicie mieszała jej w mózgu — teraz ja — i kolejny rzut. Tylko cztery odbicia i aż westchnęła przeciągle z miną godną obrażonego dzieciaka. Nadęte policzki, dolna warga wystawiona do przodu — jeszcze raz. Przyniesiesz? — aż korciło ją powiedzieć proszę. Naprawdę chciała mu pokazać, kto tu rządzi, ale... potrzebowała kamienia, a sama do wody jeszcze nie wejdzie.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski