Trudno stwierdzić, czy Stephanie Gilmore była mądra, bo Teddy nie znała osobiście tej ośmiokrotnej mistrzyni świata w kobiecym surfingu. Co najwyżej mogła stwierdzić po obejrzanych wywiadach, że była zabawna. A i tak nie tak zabawna, jak April! Nie oczekiwała też, że Finch stanie się nagle najlepszym sportowcem na świecie. Właściwie to chyba nawet nie chciała, żeby tak się stało. Dwa sportowe świry w domu? To nie mogło się udać.
Darling była kiedyś z dziewczyną, która miała dokładnie taką samą obsesję na punkcie sportu i rywalizacji. Podjudzały się nawzajem, a adrenalina mieszała się z flirtowaniem. Z czasem jednak ta rywalizacja przestała być wspaniałą zabawą i każdy trening zamieniał się w niepisany pojedynek. Jeśli jedna poprawiała swój rekord, druga musiała zrobić to samo. Najlepiej jeszcze tego samego dnia! Porażki nie były już motywujące, a zwycięstwa smakowały jak policzek wymierzony drugiej osobie. Później rywalizowały dosłownie we wszystkim, nawet poza sportem. Która lepiej zniesie ból. Która nie odpuści mimo kontuzji. Która szybciej się pozbiera po złym dniu. Teddy dokładnie pamiętała moment, w którym zrozumiała, że przestały być drużyną. Że nie kibicują sobie nawzajem, tylko czekają na potknięcie tej drugiej. To właśnie wtedy sport, który miał je łączyć, stał się czymś, co je ostatecznie rozdzieliło.
Słuchała uważnie wszystkiego, co mówiła April, choć w głębi duszy podejrzewała, że gdyby tylko chciała, bez trudu znalazłaby w tym wszystkim coś negatywnego. Darling nie była aż tak naiwna, by wierzyć, że składa się wyłącznie z samych zalet.
—
Serio? — automatycznie nawinęła sobie mokry kosmyk włosów na palec, jakby chciała sprawdzić, czy faktycznie tak robi. Nigdy się na tym nie złapała. Za to od pewnego czasu automatycznie nawijała sobie na palec jasne włosy Finch. Niby zawsze tak robiła, ale odkąd zaczęły się spotykać, weszło jej to w nawyk.
Z tym jedzeniem to mogła być prawda. Teddy uwielbiała dobre jedzenie i kiedy coś jej smakowało, potrafiła rozkoszować się z nim przez dobrą godzinę. Bardzo żałowała, że nie miała żołądka bez dna i najadała się tylko jedną porcją, a nawet połową, bo tak to mogłaby wepchnąć w siebie znacznie więcej.
Uniosła wysoko brwi, kiedy April wspomniała o opiekuńczym instynkcie. Oczywiście, że torowała jej drogę albo łapała za rękę, kiedy znajdowały się w tłumie. Czy ona zdawała sobie w ogóle sprawę z tego, jak wyglądała? Była taką kruszynką, którą łatwo staranować i trzeba było jej ciągle pilnować! No dobrze, może nie ciągle, ale Darling, jako ta wyższa i silniejsza, czuła się za nią odpowiedzialna od zarania dziejów.
Na umiejętność parkowania jednak parsknęła śmiechem i pokręciła głową. Co za bzdura!
—
Robię tak, żeby w nic nie przypierdolić! To absolutnie nie jest kosmiczna pewność siebie. Musisz zobaczyć kiedyś, jak wykręcam i parkuję wóz strażacki. Wtedy dopiero będziesz mokra — zanurzyła rękę w wodzie i chlapnęła nią na brzuch April.
Nachyliła się, żeby musnąć jej usta, ale zatrzymała się w połowie drogi, kiedy padło stwierdzenie, że dziewczynki rozczulały ją bardziej od chłopców. Cholera. Chyba faktycznie tak było. Nigdy nie patrzyła na to w taki sposób. Teddy zawsze lubiła dzieci. Wiedziała, że w przyszłości chciałaby mieć co najmniej dwójkę własnych, ale gdyby jednak mogła wybierać, to na pewno wolałaby mieć przynajmniej jedną córkę. Byłaby jej oczkiem w głowie! I zrobiłaby z niej małą, dzielną strażaczkę! Nie, to nieprawda. Zostałaby tym, kim tylko by zapragnęła. Chciałaby jedynie, żeby była odważna, szczęśliwa i pewna siebie.
—
Jara cię, że jestem dumna z cudzych dzieci? — mruknęła, przesuwając się nieco bliżej, żeby w końcu złożyć pocałunek na jej ustach. Słonych ustach. Jak tak dalej pójdzie, to nabawią się hipernatremii.
Odsunęła się nieznacznie i spojrzała prosto w zielone tęczówki, które niemal zlewały się z oceanem. Nikt nie miał takich niesamowitych oczu.
—
Jesteś emocjonalnym barometrem — zaczęła, przejeżdżając paznokciami po jej udzie. —
Nawet jeśli milczysz, co zdarza się rzadko, ale jednak, to potrafisz wyczuć napięcie, smutek albo ekscytację szybciej niż reszta. I ludzie mimowolnie ci się zwierzają — Teddy uśmiechnęła i wystawiła twarz ku słońcu. Zauważała to, nie tylko na swoim przykładzie, bo April miała tak nawet z dopiero co poznanymi osobami. Nigdy nie przestanie jej to zadziwiać.
—
Masz naturalny talent do normalizowania cudzych dziwactw. Przy tobie każdy przestaje się wstydzić swoich obsesji, traum, złych decyzji czy małych guilty pleasure. Nie mam pojęcia, jak ty to robisz, ale sprawiasz, że to, co gdzie indziej byłoby totalnie dziwne, staje się po prostu ludzkie — to już wynikało z całego szeregu obserwacji. A przecież nikt nie obserwował Finch tak bacznie, jak sama Darling.
Znów przeniosła na nią wzrok i wyciągnęła rękę, żeby nacisnąć czubek jej nosa.
—
Śmiesznie marszczysz nos w zamyśle, wiesz? Zawsze zagryzasz dolną wargę, ale czasami też wysuwasz czubek języka, kiedy zastanawiasz się nad czymś intensywnie w przekonaniu, że nikt tego nie widzi. Kiedy idziesz, lekko bujasz ramionami, jakby w głowie ciągle grała ci jakaś muzyka. A jak się zawstydzasz, to rumienisz się nierówno. Najpierw policzki, potem uszy — w oczach Teddy zatańczyło rozbawienie. I znów nie mogła się powstrzymać od skradnięcia jej kolejnego, słodkiego całusa. A raczej słonego. W każdym razie, usta April wciąż smakowały najlepiej na świecie!
chcę z tobą pójść do lumpa i kupić sweter albo dwa, albo szal