-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Madox A. Noriega Ricardo Martinez
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Guess who’s not walking away tonight.
- Kurwa stary przecież ci mówiłem, że załatwimy, to załatwimy, odbierzemy tylko Ricza z lotniska, przecież nie będzie jechał autobusem, to mój brat - a Willi wciąż był jego mężem, więc czy chciał, czy nie, to chyba musiał jednak pomóc im obu. I bratu - kuzynowi, i mężowi. Jeszcze raz spojrzał na telefon, jakby chciał może myślami ściągnąć Stewart, żeby się jednak z tego wykręcić, ale nic takiego się nie stało, więc finalnie usiadł na jakimś siedzisku w korytarzu i zaczął wciągać buty. Dopiero jak Will zapytał o tą odznakę Pilar, to podniósł głowę, żeby na niego spojrzeć, postukał się palcem w czoło.
- Pojebało cię Will? W ogóle co to za pomysł, żeby wciągać w to Pilar? To twój zegarek, trzeba było nie zachlewać dupy i go pilnować - Madox to jednak zawsze był trochę bezpośredni, bardzo nawet. Wciągnął buta i kopnął jakiś stolik, z którego spadł jakiś świecznik, zaraz go podniósł stawiając odwrotnie. Odkąd mieszkały u niego te wszystkie laski po kolei, Debbie, potem Flora, teraz Rosa, to walają się po chacie jakieś dziwne rzeczy nie wiadomo skąd - zresztą ty z policji? - spojrzał na niego spod łba ubierając kurtkę - chyba z jakiejś kurwa drogówki, parkometry byś mógł sprawdzać - i kiedy przechodził koło Willa w drzwiach to go poklepał po główce, pac pac. W końcu już zamknął drzwi na klucz i ruszyli po schodach, bo Madox to przecież zawsze zapierdalał po schodach, ale wystarczy spojrzeć na jego tyłek i już wiadomo, William też zresztą miał okazję go widzieć w Vegas - zresztą jak robisz interesy w darknecie to kurwa nie mówisz, że jesteś z psiarni, trzeba go zagadać tak wiesz... jak kumpla - czyli jakby oni też robili jakieś czarne interesy, Madox to w sumie czasem robił, to może miał trochę wprawy? Wsiedli do auta i pozapinali pasy, bo Noriega też odkąd jeździł z Pilar to zapinał, a wcześniej to tak jak pamiętał, a rzadko pamiętał. Ale się nauczył od swojej narzeczonej. Słuchał Williama jak mu opowiadał ze szczegółami co robił przez ostatnie trzy dni kiedy się nie widzieli, zaczynał od śniadania, potem gadał o robocie, o tym co i gdzie jadł na obiad, o tym z kim pił kawę, gdzie był na spacerze, a potem co oglądał przed spaniem, nawet mu powiedział o tym, że raz zapomniał umyć zęby.
- A kupa była? - zapytał, ale kiedy William otworzył usta, żeby mu chyba z tego też zdać relację, to Madox machnął ręką - żartuję - no bo tylko tego brakowało w całym jego sprawozdaniu. Potem pogadali o takiej ładnej sąsiadce, ale w końcu Madox parkował na jakimś niedozwolonym miejscu na lotnisku.
- Tutaj - odpowiedział Willowi, kiedy ten zapytał gdzie się umówili z Ricardo. Oczywiście zaraz jakiś ochroniarz podszedł do szybki i zaczął w nią pukać mówiąc, że tutaj nie wolno parkować. Madox otworzył okno z szerokim uśmiechem, a zaraz wychylił się do kolesia.
- Dzień dobry panie władzo - nawet mu zasalutował, chociaż facet był jakimś podrzędnym cieciem - my tylko tutaj na trzy minutki, bo mój... specjalny przyjaciel - tu sugestywnie zerknął na Willa - czeka na swojego męża, przyleciał z Puerto Rico, bardzo długo próbowaliśmy mu załatwić wizę, to jest bardzo skomplikowana sprawa - westchnął ciężko opierając się w odsuniętym oknie - mam nadzieję, że nas za to nie zamknięcie, bo moi przyjaciele mają już pewne traumy związane z policją, wie pan jak jest... - oparł się o oparcie. A ochroniarz popatrzył na niego jak na jakiegoś wariata, ale zaraz z lotniska wyszedł Richie ciumkając toblerone i zaczął do nich machać bełkocząc coś po hiszpańsku - oni obaj są specjalnej troski, a ja jestem ich opiekunem - dodał Madox i wysiadł z auta, żeby pomóc kuzynowi się zapakować. Ochroniarz chyba im uwierzył, bo powiedział tylko dobra, ale zjeżdżajcie.
Więc jak tylko Ricardo się zapakował, to Madox wyjechał z parkingu z piskiem opon.
William N. Patel-Noriega Ricardo Martinez
-
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Here we go again.
Wiliama poklepał po ramieniu i pyta:
- Co tam nowego u ciebie Patelek, staje ci jeszcze po tej akcji z trupem? - zaśmiał się i jak zaczeli wyjeżdżać z lotniska to opadł w końcu na swoje siedzenie i łapę wsadził do transporterka Burritosa albo Churrosa, sprawdzić, czy jeszcze śpią. Oczywiscie nie spały, ale patrzył ytymi gignatycznymi gałami na niego, jeszcze za bardzo otumanione prochami które im dał, żeby nie wyły w podczas lotu.
- Te chłopaki, chcecie poznać moje bestie?? - i wyjmuje Burritosa a potem Churrosa i już ich trzyma pod pachami oboma - Kurwa Madox musimy sie zatrzymać, bo Burritosowi sie chyba zbiera - tak spojrzał na biedaczka, który wyraźnie wyglądał jakby chciał iść. Co prawda dopiero przejechali jedno tylko skrzyżowanie od lotniska, ale co zrobić, jak nic nie zrobisz. Jakby to był Ricz, to już trudno, do butelki by nalał, ale z dzieciackzami to już inna sprawa. - Weź tu stań - pokazuje mu i cuhrrosa oddaje do ręki Wiliamowi a sam szuka smyczy, bo jednak takie wypuszczanie przy autostradzie takich półgłóków może się źle skończyć, a on nie po to leciał z nimi te dziesięć godzin, żeby ich stracić przy pierwszej kupie.
Madox sie zatrzymał chociaż zapewne gadał i przeklinał przy tym bardzo, ale Ricz powiedział, że ma ich wypuścić i chuj i już obsmyczył oba pieseczki i stoją teraz i czekają aż Burrito sie zesra albo co on tam chciał robić. Riczi spokojny, a chłopaki jakieś nabuzowane.
- No a co wy tacy wystrzeleni, opowiadajcie - wyciągnął sobie z kieszeni paczke papierochów w której miał jednego ostatniego, bo przecież jak wróci do Rosi to nie będzie mógł już jarać, ale jak jej nie widział dwa tygodnie no to jarał jak smok pojebany. Odpalił sobie petka i taki zadowolony stoi, tzn trudno powiedzieć żeby miał zadowoloną minę, bo wyglądał jak Ben Affleck który jara, wiec było widać w nim cierpienie, a to pewnie dlatego, że znów wrócił do tego pojebanego Toronto.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Madox A. Noriega Ricardo Martinez
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zaraz jednak już jechali na lotnisko, a potem co? Patelek walnął Madoxa w czoło, i przez chwilę się mierzyli takimi spojrzeniami spod przymrużonych powiek, bo Noriega chciał mu oddać, ale jako opiekun jakiś uchynów, chyba nie powinien bić swoich podopiecznych, więc się powstrzymał, ale aż mu jakaś żyłka na czole wyszła. No nic, grał jednak swoją rolę, zagadał ochroniarza, wpakował Ricza do auta i odjechał z piskiem opon, aż nimi szarpnęło.
- Mogliście sobie usiąść z tyłu jak chcecie sobie rozmawiać o swoich chujach - Madox aż strzelił oczami, ale zerknął na Ricardo w lusterku, że śmieszne to było, tylko przecież nie mogli cały czas cisnąć Williama, zwłaszcza, że on miał teraz im załatwić ten rozwód. Kiedy Ricz pokazał swoje psy, to Madox aż się obejrzał przez ramię i prawie wjechał w jakiś śmietnik - kto tu kurwa stawia śmietniki - rzucił, ale w zasadzie to kubeł stał na poboczu - przecież Sombra je łyknie na raz, te szczury - niby Rosa coś tam mówiła, że Ricardo przywiezie dzieciaczki, ale Madox w ogóle tego nie obczaił. On w ogóle od przyjazdu z Meksyku chodził rozkojarzony, a potem jeszcze to Vegas. I jeszcze szukał nowej menadżerki, nie wiedział w co ma ręce włożyć.
- Co mu się zbiera? - znowu się obejrzał przez ramię na Burritoska, ale teraz to już ładnie jechał na czuja - ja pierdolę, jak tu nabrudzi to cię zajebie - od razu zjechał na pobocze, bo już musiał sprzątać samochód po tym, jak go Ricardo zostawił na trzy dni. Wszędzie się walały czitosy. I teraz jeszcze nawet jeden ten pieso-stworek znalazł takiego pod siedzeniem i go zjadł.
Zatrzymali się i Madox też się wyszedł przewietrzyć, najpierw sobie obskoczył samochód dookoła, ale wyglądał klasa, czerwony, błyszczący jak nówka, prosto z myjni wyjechał, więc nie ma się co dziwić. Zaraz się oparł o maskę i się przygląda najpierw chłopakom jak jarają.
- A który ma dla mnie fajkę? - bo Madox oficjalnie nie palił, ale zawsze szedł na sępa. Najpierw spojrzał na Ricza, ale ten nie ma, bo miał ostatniego. Potem na Patelka, a on też - no kurwa... - aż pokręcił głową, bo nie dość, że on ich wozi, to jeszcze musiał się teraz obejść smakiem. Wpakował ręce w kieszenie i też się krzywi - a właśnie William, kiedy ten rozwód? - codziennie go o to pytał, rano przed robotą do niego zachodził i pytał, i wieczorem, drugi raz, a czasem trzeci dzwonił w ciągu dnia i pytał. Ktoś by pomyślał, że nie mogą bez siebie żyć. Ale teraz trzy dni nie pytał - prawie nas wciągnęli do sekty - powiedział jeszcze do Ricardo i się gapi najpierw na jednego, a potem na drugiego, właściwie to na te ich fajki, które sobie tak palą, SAMI. Jeszcze przestąpił z nogi na nogę - ej Ricz, a może ty byś u mnie menadżerem został? - no bo to by był jeden problem z głowy mniej, nie musiałby tych castingów robić - Will a może ty? Dobrze płacę, a potrzebuję kogoś zaufanego - niby miał na oku taką jedną laskę, ale po pierwsze nie wiedział co na nią powie Pilar, a po drugie to z kobietami zawsze był jakiś problem. Może powinien rzeczywiście posadzić na stołku jakiegoś ziomeczka? Ale wtedy najprawdopodobniej ten klub by się po prostu... stoczył. Pewnie codziennie by były jakieś pokazy tańca erotycznego i ćpanie i z jednego z najlepszych klubów w Toronto by się zrobiła melina. To może lepiej nie?
William N. Patel-Noriega Ricardo Martinez