ODPOWIEDZ
34 y/o
Enjoy the simplest things
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Wchodzę do Madoxa do mieszkania, tak jak zwykle, bez pukania ani bez zapowiedzi, a on, że właśnie jedzie na lotnisko bo Ricardo wraca do Toronto i musi go odebrać. Tylko ze mną też miał pewną sprawę do załatwienia i mnie również obiecał, że pomoże. Z drugiej strony jeśli zrobimy szybki kurs po Martineza, to i tak powinniśmy zdążyć wszystko ogarnąć przed zamknięciem. Rozchodziło się o mój zaginiony zegarek. Po wielu tygodniach buszowania w sieci i przeglądania aukcji także w tej ciemnej stronie internetu trafiłem na Rolexa, który mógł być mój. W zasadzie byłem pewien na dziewięćdziesiąt procent, że to ten, ale by się upewnić musiałem zobaczyć na żywo. Tam w jednym miejscu był grawer, niewidoczny dla tego, kto o nim nie wiedział. Ale ja wiedziałem, poza tym intuicja podpowiadała mi, że to on. No i jeszcze stawiałem tarota, który jasno mi powiedział, że tak, odzyskam wkrótce swoją własność. Zależało mi na jeszcze jednym - dowiedzieć się kto był złodziejem, kto był na tyle bezczelny żeby zajebać mi Rolexa i sprzedać go w jakimś podrzędnym lombardzie za miastem. Głównym podejrzanym był były już chłopak Peach, Clyde, bo cała ta akcja z nim była naprawdę w chuj dziwna. Drugą podejrzaną była Maya Parker, barmanka z Emptiness, którą przyłapałem na tym, że podbiera mi drobne z portfela. Skoro więc na bezczela brała sobie moje pieniądze, to równie dobrze mogła zdjąć mi z nadgarstka zegarek, jak akurat zgonowałem gdzieś w klubie. Za to mogłaby opłacić wszystkie swoje długi. Swoje, nieswoje właściwie. Nie sfrajerzyłem się Madoxowi, bo czekałem na rozwój sytuacji, ostatecznie nie chciałem jej wpierdalać jeśli faktycznie była niewinna, a zarzekała się, że była. Cóż, okaże się na miejscu - Myślisz, że Pilar miałaby coś przeciwko jeśli pożyczylibyśmy jej policyjną odznakę? - pytam męża, czekając na niego w drzwiach. Patrzę jak zakłada buty i zapina kurtkę. Mam ze sobą teczkę, która w tym momencie przekładam z ręki do ręki. W środku gotówka, bo na gotówkę umawialiśmy się z typem od aukcji - Mogłaby się przydać, wiesz machnąłbym, że niby jestem z policji jakby nie chcieli współpracować - teoretyzuję, bo właściwie nie mam pojęcia czego powinniśmy się spodziewać. Wylicytowaniem zegarek na aukcji za kupę siana (tyle, że dla mnie i tak był bezcenny), umówiłem się na odbiór i tyle. I moglibyśmy załatwić to w ten sposób, ale ja musiałem poznać prawdę, kto stał za tą jakże bezczelną kradzieżą? Schodzimy w dół po schodach i pakujemy się do auta Noriegi. Tradycyjnie od razu zapinam pasy, a potem włączam muzykę, żeby coś leciało w tle, w czasie kiedy opowiadam Madoxowi swoje ostatnie kilka dni, kiedy to nie mieliśmy okazji się choćby minąć na klatce. Potem chwilę plotkujemy o sąsiadach, a wreszcie zajeżdżamy na lotniskowy parking - No i co teraz? Gdzie się ustawiliście z Riczim? Znajdzie nas czy trzeba po niego iść? - pytam, w międzyczasie sięgając do kieszeni płaszcza po papierośnicę, z której wyjmuję jednego, skręconego papierosa i umieszczam go sobie między wargami. Czekam aż Madox znajdzie nam miejsce, żeby mu nie palić w aucie.

Madox A. Noriega Ricardo Martinez
twoja stara
???
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

036.
Three guys, one mistake.
Guess who’s not walking away tonight.

trigger warning
przekleństwa i takie tam
Madox to był jednak za dobry, wszystkim tylko pomagał, jak nie Ricardo, którego miał odebrać z lotniska, to Williamowi, z którym miał jechać po zegarek. Zerknął jeszcze na telefon, czy Pilar mu nie pisała, że na przykład wraca wcześniej, bo wtedy mógłby się rozchorować na przykład, ale nie miał żadnych wiadomości. Schował telefon i zaraz spojrzał na Willa.
- Kurwa stary przecież ci mówiłem, że załatwimy, to załatwimy, odbierzemy tylko Ricza z lotniska, przecież nie będzie jechał autobusem, to mój brat - a Willi wciąż był jego mężem, więc czy chciał, czy nie, to chyba musiał jednak pomóc im obu. I bratu - kuzynowi, i mężowi. Jeszcze raz spojrzał na telefon, jakby chciał może myślami ściągnąć Stewart, żeby się jednak z tego wykręcić, ale nic takiego się nie stało, więc finalnie usiadł na jakimś siedzisku w korytarzu i zaczął wciągać buty. Dopiero jak Will zapytał o tą odznakę Pilar, to podniósł głowę, żeby na niego spojrzeć, postukał się palcem w czoło.
- Pojebało cię Will? W ogóle co to za pomysł, żeby wciągać w to Pilar? To twój zegarek, trzeba było nie zachlewać dupy i go pilnować - Madox to jednak zawsze był trochę bezpośredni, bardzo nawet. Wciągnął buta i kopnął jakiś stolik, z którego spadł jakiś świecznik, zaraz go podniósł stawiając odwrotnie. Odkąd mieszkały u niego te wszystkie laski po kolei, Debbie, potem Flora, teraz Rosa, to walają się po chacie jakieś dziwne rzeczy nie wiadomo skąd - zresztą ty z policji? - spojrzał na niego spod łba ubierając kurtkę - chyba z jakiejś kurwa drogówki, parkometry byś mógł sprawdzać - i kiedy przechodził koło Willa w drzwiach to go poklepał po główce, pac pac. W końcu już zamknął drzwi na klucz i ruszyli po schodach, bo Madox to przecież zawsze zapierdalał po schodach, ale wystarczy spojrzeć na jego tyłek i już wiadomo, William też zresztą miał okazję go widzieć w Vegas - zresztą jak robisz interesy w darknecie to kurwa nie mówisz, że jesteś z psiarni, trzeba go zagadać tak wiesz... jak kumpla - czyli jakby oni też robili jakieś czarne interesy, Madox to w sumie czasem robił, to może miał trochę wprawy? Wsiedli do auta i pozapinali pasy, bo Noriega też odkąd jeździł z Pilar to zapinał, a wcześniej to tak jak pamiętał, a rzadko pamiętał. Ale się nauczył od swojej narzeczonej. Słuchał Williama jak mu opowiadał ze szczegółami co robił przez ostatnie trzy dni kiedy się nie widzieli, zaczynał od śniadania, potem gadał o robocie, o tym co i gdzie jadł na obiad, o tym z kim pił kawę, gdzie był na spacerze, a potem co oglądał przed spaniem, nawet mu powiedział o tym, że raz zapomniał umyć zęby.
- A kupa była? - zapytał, ale kiedy William otworzył usta, żeby mu chyba z tego też zdać relację, to Madox machnął ręką - żartuję - no bo tylko tego brakowało w całym jego sprawozdaniu. Potem pogadali o takiej ładnej sąsiadce, ale w końcu Madox parkował na jakimś niedozwolonym miejscu na lotnisku.
- Tutaj - odpowiedział Willowi, kiedy ten zapytał gdzie się umówili z Ricardo. Oczywiście zaraz jakiś ochroniarz podszedł do szybki i zaczął w nią pukać mówiąc, że tutaj nie wolno parkować. Madox otworzył okno z szerokim uśmiechem, a zaraz wychylił się do kolesia.
- Dzień dobry panie władzo - nawet mu zasalutował, chociaż facet był jakimś podrzędnym cieciem - my tylko tutaj na trzy minutki, bo mój... specjalny przyjaciel - tu sugestywnie zerknął na Willa - czeka na swojego męża, przyleciał z Puerto Rico, bardzo długo próbowaliśmy mu załatwić wizę, to jest bardzo skomplikowana sprawa - westchnął ciężko opierając się w odsuniętym oknie - mam nadzieję, że nas za to nie zamknięcie, bo moi przyjaciele mają już pewne traumy związane z policją, wie pan jak jest... - oparł się o oparcie. A ochroniarz popatrzył na niego jak na jakiegoś wariata, ale zaraz z lotniska wyszedł Richie ciumkając toblerone i zaczął do nich machać bełkocząc coś po hiszpańsku - oni obaj są specjalnej troski, a ja jestem ich opiekunem - dodał Madox i wysiadł z auta, żeby pomóc kuzynowi się zapakować. Ochroniarz chyba im uwierzył, bo powiedział tylko dobra, ale zjeżdżajcie.
Więc jak tylko Ricardo się zapakował, to Madox wyjechał z parkingu z piskiem opon.

William N. Patel-Noriega Ricardo Martinez
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
36 y/o
For good luck!
178 cm
kucharz Michelin Star Restaurant
Awatar użytkownika
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

No nie wiem, czy Madox był taki dobry jak Samarytanin Ricardo Martinez, który jak tylko siadł na tylne siedzenie fury Madoxa to zwalczył każdy nerw w ciele, bo one wszystkie kazały mu z tego samochodu wyjść. Ale tak zrobił, za co powinien dostać miejsce w szeregu świętych. Siada i z wyrzutem patrzy na Madoxa, głowę wystawił aż do przodu i kręci nią, kiedy madox sadza dupe na siedzeniu kierowcy.
Here we go again.
Wiliama poklepał po ramieniu i pyta:
- Co tam nowego u ciebie Patelek, staje ci jeszcze po tej akcji z trupem? - zaśmiał się i jak zaczeli wyjeżdżać z lotniska to opadł w końcu na swoje siedzenie i łapę wsadził do transporterka Burritosa albo Churrosa, sprawdzić, czy jeszcze śpią. Oczywiscie nie spały, ale patrzył ytymi gignatycznymi gałami na niego, jeszcze za bardzo otumanione prochami które im dał, żeby nie wyły w podczas lotu.
- Te chłopaki, chcecie poznać moje bestie?? - i wyjmuje Burritosa a potem Churrosa i już ich trzyma pod pachami oboma - Kurwa Madox musimy sie zatrzymać, bo Burritosowi sie chyba zbiera - tak spojrzał na biedaczka, który wyraźnie wyglądał jakby chciał iść. Co prawda dopiero przejechali jedno tylko skrzyżowanie od lotniska, ale co zrobić, jak nic nie zrobisz. Jakby to był Ricz, to już trudno, do butelki by nalał, ale z dzieciackzami to już inna sprawa. - Weź tu stań - pokazuje mu i cuhrrosa oddaje do ręki Wiliamowi a sam szuka smyczy, bo jednak takie wypuszczanie przy autostradzie takich półgłóków może się źle skończyć, a on nie po to leciał z nimi te dziesięć godzin, żeby ich stracić przy pierwszej kupie.
Madox sie zatrzymał chociaż zapewne gadał i przeklinał przy tym bardzo, ale Ricz powiedział, że ma ich wypuścić i chuj i już obsmyczył oba pieseczki i stoją teraz i czekają aż Burrito sie zesra albo co on tam chciał robić. Riczi spokojny, a chłopaki jakieś nabuzowane.
- No a co wy tacy wystrzeleni, opowiadajcie - wyciągnął sobie z kieszeni paczke papierochów w której miał jednego ostatniego, bo przecież jak wróci do Rosi to nie będzie mógł już jarać, ale jak jej nie widział dwa tygodnie no to jarał jak smok pojebany. Odpalił sobie petka i taki zadowolony stoi, tzn trudno powiedzieć żeby miał zadowoloną minę, bo wyglądał jak Ben Affleck który jara, wiec było widać w nim cierpienie, a to pewnie dlatego, że znów wrócił do tego pojebanego Toronto.
34 y/o
Enjoy the simplest things
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

No przecież ja nawet nie protestuję, właściwie przyda się wsparcie, a Ricardo był świetnym kompanem do takich akcji, co udowodnił ostatnio zagadując Frankiego Ferrari żebyśmy mogli podrzucić mu żywą-nieżywą. Wywracam oczami, z westchnieniem, które mówi nie mniej i nie więcej niż no dobra. Opieram się o framugę i czekam, a odzywam dopiero kiedy Madox znowu na mnie najeżdża - To była tylko luźna myśl - macham ręką, żeby się nie spinał - A co jest złego w sprawdzaniu parkometrów? - pytam, brzmi właściwie jak coś co mógłbym robić na bani. Skręt z rana i cały dzień łażenia po mieście, byle nie jeżdżenia, nawet na trzeźwo byłem fatalnym kierowcą. Poza tym w to, że jestem prawnikiem też ciężko było uwierzyć, a jednak! Kolejny dowód na to, że pozory mogą mylić. Wzruszam ramionami, Madox bardziej znał się na kręceniu czarnych interesów, więc ufałem jego słowom. Ja bardziej znałem się na wymigiwaniu od konsekwencji w przypadku wpadki. Pewnie dlatego tak dobrze się uzupełnialiśmy. Patrzę jak Noriega parkuje i marszczę nieznacznie brwi, już mam mu powiedzieć, że tu nie wolno, ale w mgnieniu oka pojawia się przy nas ochroniarz, więc ponownie wzdycham ciężko, okręcając papierosa w palcach. Słucham Madoxa, zerkając na niego kątem oka, a kiedy przedstawia mnie jako swojego specjalnego przyjaciela to wychylam się lekko w jego stronę by spojrzeć na ochroniarza - Dzień dobry - rzucam, machając zamaszyscie ręką i niby to PRZYPADKIEM strzelam Madoxa w czoło - Upsi, przepraszam - mrużę nieznacznie oczy w wyrazie takiego wcale nie jest mi przykro, po czym przenoszę spojrzenie na ochroniarza i wgapiam się w niego bardziej intensywnie niż sroka w gnat. Czasem kiwam głową, na potwierdzenie, że tak, tak, wielkie traumy, a gdy na horyzoncie pojawia się Martinez, to wyrzucam ręce przed siebie w geście ogromnego zadowolenia - Tak, Riczi! - wcale się nie dziwię, że ten cieć nas puszcza, bo gdyby pogadał z nami chwilę dłużej to sam by się cofnął w rozwoju. Czekam aż się zapakują, a gdy ruszamy w drogę to macham jeszcze na pożegnanie do ochroniarza, który patrzy chwilę za odjeżdżającym autem. Zmieniam muzykę - Czemu interesuje cię mój kutas, Riczi? - rzucam w odpowiedzi, po czym się obracam, żeby móc na niego spojrzeć. Uśmiecham się szeroko. A potem patrzę na te dwa śmieszne pieski z oczami wielkimi jak monety i unoszę wysoko obie brwi - To są twoje bestie? - śmieję się w głos. Pies to był husky, owczarek, kundel a to? Umieszczam tamtego papierosa w ustach, chociaż nawet nie zdążyłem go odpalić i odbieram pieska. Gapi się na mnie tymi wielkimi, czarnymi galami, a ja na niego, powoli przymyka powieki - Wygląda jakby był ostro porobiony - nawet sobie nie zdaję sprawy ile mam racji w tym momencie, ale jak widać swój zawsze pozna swego. Stoimy przy drodze i wreszcie odpalam sobie fajeczkę i powoli zaciągam się dymem - A ty co taki smutny? Nie cieszysz się, że nas widzisz? I że wracasz do Rosy? - rzucam od razu w odpowiedzi na jego słowa, ale szybko też zaczynam gadać dalej - No bo jest sprawa, Riczi, ktoś mi zajebał Rolexa i sprzedał do lombardu, jedziemy go odebrać, a ty jedziesz z nami, to kawałek za miastem - kiwam głową popalając papieroska - No i będziemy się musieli dowiedzieć kto go tam opchnął bo mam pewnym podejrzanych i muszę to sprawdzić - inaczej chyba już nigdy nie usnę, a od braku snu można było oszaleć szybciej niż od narkotyków - No a poza tym to byliśmy na wypadzie w Vegas niedawno, zajebiście, szkoda, że cię akurat nie było, następnym razem musisz jechać z nami, pa na to - w sumie nie wiem czy najpierw mu pokazać palec z pierścionkiem czy dupę z tatuażem. Ostatecznie jednak pokazuję pierścień, który jeszcze niedawno należał przecież do Madoxa.

Madox A. Noriega Ricardo Martinez
twoja stara
???
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa i głupi, głupszy i najgłupszy
Właśnie teraz widać różnicę miedzy Williamem, a Madoxem, bo ten pierwszy był stworzony do jarania od rana i na przykład sprawdzania parkometrów, a ten drugi by się chyba zanudził przy tym na śmierć, więc Noriega tylko popatrzył na Willa z politowaniem.
Zaraz jednak już jechali na lotnisko, a potem co? Patelek walnął Madoxa w czoło, i przez chwilę się mierzyli takimi spojrzeniami spod przymrużonych powiek, bo Noriega chciał mu oddać, ale jako opiekun jakiś uchynów, chyba nie powinien bić swoich podopiecznych, więc się powstrzymał, ale aż mu jakaś żyłka na czole wyszła. No nic, grał jednak swoją rolę, zagadał ochroniarza, wpakował Ricza do auta i odjechał z piskiem opon, aż nimi szarpnęło.
- Mogliście sobie usiąść z tyłu jak chcecie sobie rozmawiać o swoich chujach - Madox aż strzelił oczami, ale zerknął na Ricardo w lusterku, że śmieszne to było, tylko przecież nie mogli cały czas cisnąć Williama, zwłaszcza, że on miał teraz im załatwić ten rozwód. Kiedy Ricz pokazał swoje psy, to Madox aż się obejrzał przez ramię i prawie wjechał w jakiś śmietnik - kto tu kurwa stawia śmietniki - rzucił, ale w zasadzie to kubeł stał na poboczu - przecież Sombra je łyknie na raz, te szczury - niby Rosa coś tam mówiła, że Ricardo przywiezie dzieciaczki, ale Madox w ogóle tego nie obczaił. On w ogóle od przyjazdu z Meksyku chodził rozkojarzony, a potem jeszcze to Vegas. I jeszcze szukał nowej menadżerki, nie wiedział w co ma ręce włożyć.
- Co mu się zbiera? - znowu się obejrzał przez ramię na Burritoska, ale teraz to już ładnie jechał na czuja - ja pierdolę, jak tu nabrudzi to cię zajebie - od razu zjechał na pobocze, bo już musiał sprzątać samochód po tym, jak go Ricardo zostawił na trzy dni. Wszędzie się walały czitosy. I teraz jeszcze nawet jeden ten pieso-stworek znalazł takiego pod siedzeniem i go zjadł.
Zatrzymali się i Madox też się wyszedł przewietrzyć, najpierw sobie obskoczył samochód dookoła, ale wyglądał klasa, czerwony, błyszczący jak nówka, prosto z myjni wyjechał, więc nie ma się co dziwić. Zaraz się oparł o maskę i się przygląda najpierw chłopakom jak jarają.
- A który ma dla mnie fajkę? - bo Madox oficjalnie nie palił, ale zawsze szedł na sępa. Najpierw spojrzał na Ricza, ale ten nie ma, bo miał ostatniego. Potem na Patelka, a on też - no kurwa... - aż pokręcił głową, bo nie dość, że on ich wozi, to jeszcze musiał się teraz obejść smakiem. Wpakował ręce w kieszenie i też się krzywi - a właśnie William, kiedy ten rozwód? - codziennie go o to pytał, rano przed robotą do niego zachodził i pytał, i wieczorem, drugi raz, a czasem trzeci dzwonił w ciągu dnia i pytał. Ktoś by pomyślał, że nie mogą bez siebie żyć. Ale teraz trzy dni nie pytał - prawie nas wciągnęli do sekty - powiedział jeszcze do Ricardo i się gapi najpierw na jednego, a potem na drugiego, właściwie to na te ich fajki, które sobie tak palą, SAMI. Jeszcze przestąpił z nogi na nogę - ej Ricz, a może ty byś u mnie menadżerem został? - no bo to by był jeden problem z głowy mniej, nie musiałby tych castingów robić - Will a może ty? Dobrze płacę, a potrzebuję kogoś zaufanego - niby miał na oku taką jedną laskę, ale po pierwsze nie wiedział co na nią powie Pilar, a po drugie to z kobietami zawsze był jakiś problem. Może powinien rzeczywiście posadzić na stołku jakiegoś ziomeczka? Ale wtedy najprawdopodobniej ten klub by się po prostu... stoczył. Pewnie codziennie by były jakieś pokazy tańca erotycznego i ćpanie i z jednego z najlepszych klubów w Toronto by się zrobiła melina. To może lepiej nie?

William N. Patel-Noriega Ricardo Martinez
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Pearson International Airport”