ODPOWIEDZ
28 y/o
For good luck!
182 cm
International Affairs Specialist at Northland Power
Awatar użytkownika
.♱⋆cigarettes after sex⋆♱.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

and nobody gives
a damn either way


Torontońskie niebo od samego rana zasnuwały ciężkie chmury, co chwilę rozcinane błyskami piorunów. Marshall nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Krzątał się od kąta do kąta po swoim nowym biurze - stanowisku, które dostał od siostry pod warunkiem, że zacznie uczęszczać do psychiatry i spróbuje oczyścić się z własnych traum i myśli. Miał iść do terapeutki w tym tygodniu, bodajże… albo w następnym. Sam już nie był pewny. Pewny był tylko jednego... że kurewsko mu się nie chciało. Jaki miałby mieć z tego pożytek, opowiadając zupełnie obcej kobiecie o tym, co leży mu na sumieniu? Równie dobrze mógł wynająć sobie jakąś kobietę na wieczór... nie dość, że by się jej wygadał, wysłuchałaby go, bo miałaby za to zapłacone, to jeszcze oboje mogliby wykorzystać fakt, że są do swojej dyspozycji. Ha. Normalnie rozgryzł cały system. Zamiast do psychiatry ludzie powinni chodzić do burdelu. O.

Kolejny grzmot rozświetlił na moment przygaszone biuro. Idąc o lasce i lekko kuśtykając, ruszył w stronę biurka, po czym opadł ciężko na krzesło i westchnął, wpatrując się w sufit. Nie miał siły na nic. Nic mu się nie chciało. A do tego to cholerne kolano dawało mu się we znaki jeszcze bardziej przez tę popieprzoną pogodę. W końcu opuścił wzrok na blat biurka i dostrzegł gazetę. Sięgnął po nią, a zaraz potem przeczytał wielki nagłówek:

''Four Seasons Centre for the Performing Arts zaprasza na jedyne w tym roku przedstawienie Jeziora łabędziego.''

Wzruszył ramionami. W sumie dawno nigdzie nie był, żeby - jak to sam określał - trochę się odchamić w kulturalny sposób. Wizja orkiestralnej muzyki i patrzenia na ludzi, którzy poruszają się z taką gracją, doświadczeniem i w stylu, o którym on ze swoją nogą mógł już tylko pomarzyć, była kusząca. Podniósł słuchawkę, wykręcił numer i piętnaście minut później miał już kupiony bilet na balkon... idealne miejsce, żeby oglądać całe przedsięwzięcie. Kilka godzin później siedział już na widowni, obserwując, jak światła przygasają, muzyka się wznosi, a baletnicy wychodzą na scenę. Całe przedstawienie robiło ogromne wrażenie, ale dopiero w chwili, gdy na scenę wyszła pewna dziewczyna - najwyraźniej odgrywająca główną rolę - naprawdę zwrócił uwagę. Światło padało prosto na nią, a ona tańczyła z taką gracją i elastycznością, że Caspian aż pochylił się na balustradzie, przyglądając się jej z autentycznym zaciekawieniem. Z tego wszystkiego laska wypadła mu z ręki i z hukiem uderzyła o podłogę, a jakiś stary dziad siedzący obok od razu zaczął się na niego wydzierać. - Zero szacunku! Nawet w spokoju pooglądać nie można! Co to ma być?! - Caspian odwrócił się do niego i rzucił, głośniej niż zamierzał,- Piantala, vecchio rimbambito- Po włosku co oznaczało daj mi spokój ty stary zgredzie. - I oczywiście, jak na złość, powiedział to dokładnie w momencie, gdy muzyka ucichła. Jeszcze lepiej okazało się chwilę później, kiedy wyszło na jaw, że ten typ był jakimś ważnym darczyńcą tego budynku. Jakieś piętnaście minut później Caspian został więc grzecznie wyproszony.

Wkurwiony zaistniałą sytuacją, szedł powoli ze swoją drewnianą zgubą i mruczał coś pod nosem z niezadowolenia. W końcu zauważył boczne wyjście dla personelu i znalazł się na zewnątrz. Na szczęście właśnie przestało padać, a z nieba spadały już tylko pojedyncze krople. Wyciągnął paczkę papierosów, wsunął jednego między wargi, odpalił i oparł się o ścianę, zaciągając się powoli. Chwilę później usłyszał ogrom oklasków, a zaraz potem dziesiątki głosów dobiegających zarówno ze środka budynku, jak i sprzed jego głównego wejścia. Thank fuck, że stał z boku. Wyciągnął telefon, włączył jakąś piosenkę na Spotify i wsunął w uszy słuchawki na kabelku. Lubił staromodne rzeczy, okay? Dosłownie chwilę później drzwi się otworzyły, a on mógłby przysiąc, że zobaczył… to łabątko z wcześniejszego występu? Mrugnął kilka razy, po czym bez większego zastanowienia wyciągnął w jej stronę dłoń z paczką papierosów i rzucił tylko, - Palisz?- I oto, proszę państwa, najlepsza metoda podrywu według Caspiana Marshalla.

łabądek
27 y/o
REKRUTER
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
i'm not good at love, i'm so much better at taking my clothes off
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

your soul was born on the shores of my eyes
drown in my water, be saved and baptized
Jezioro Łabędzie przypominało sen, do którego nieustannie wracała w blasku scenicznych świateł. Wciąż pamiętała swój debiut, pierwsze wcielenie w rolę łabędzicy na deskach Teatro Alla Scala, w innym kraju, innym czasie, innym ż y c i u. Niezależnie od tego, w którym miejscu była w tej chwili, brzmienie znajomej muzyki zawsze zabierało ją właśnie tam - do pięknej scenografii, do gorącego, letniego powietrza wpadającego przez okna teatralnego zaplecza, do bukietów kwiatów rozłożonych przy jej stanowisku w absurdalnej ilości.
Jej ojciec wręczył jej dwa. Jeden dla Odette, drugi dla Odile. Żaden dla Eleny.
Ze wszystkich klasycznych baletów Jezioro dawało jej najwięcej możliwości - nie tylko pod względem technicznym, ale i aktorskim. Skrajnie odmienne od siebie łabędzie czerpały z zupełnie innych zakamarków jej charakteru, jednak w każdym dostrzegała coś znajomego.
Odette była była lekka, krucha i mocno liryczna. Jej ruchy miały w sobie miękkość, w tańcu melancholię narzuconej na nią klątwy przełamywała nadzieja i rodząca się w niej miłość. Wirując na scenie czuła się taką, jaką widział ją świat - piękną istotą, którą należało otoczyć opieką, uchronić przed niebezpieczeństwem i sięgającą jej klątwą.
Odile ż y ł a.
Jej ruchy zdradzały pewność siebie, w oczach błyszczał ogień gorejącej w jej sercu pasji. Była błyskotliwa, uwodzicielska, sięgająca dokładnie po to, czego pragnęła - bez żadnego skrępowania, ba! Z bezczelnym przekonaniem, że jej się n a l e ż y. Zachłannie kradła miłość przeznaczoną dla innej, zagarniając ją dla siebie podstępem i przebiegłością.
We Włoszech zawsze pytano ją, czy granie Czarnego Łabędzia nie sprawiało jej trudności, tymczasem w jej sercu od zawsze przeważała Odile, głęboko tam, gdzie nie można było jej dostrzec.
Dzisiejszym spektaklem żegnała Jezioro Łabędzie po raz ostatni w tym roku. To w ten sposób odmierzała czas upływający jej w Toronto - sztukami, które wystawiał jej balet. Świadomość tego, że to już d r u g i e Jezioro, które wystawiła w Kanadyjskim balecie, zaciskała się na jej sercu szponami. Kiedy minął ten rok i zaczął się drugi?
Odile zamarła na scenie, gdy w nagłej ciszy teatru rozbrzmiały pełne irytacji, włoskie słowa. Kącik jej ust uniósł się bezwiednie w górę, łamiąc pełen powagi wyraz, który chwilę wcześniej przybrała. Jej wzrok prześlizgnął się po widowni, która w blasku scenicznych świateł była jedynie morzem ciemności i niezidentyfikowanych kształtów schowanych w jej wnętrzu. Nie pamiętała, kiedy ostatnio słyszała w tym miejscu jakiegoś Włocha.
Znów poczuła się jak w domu, nawet, jeśli trwało to zaledwie kilka sekund.
Nie była świadoma zamieszania, które powstało na balkonie, aż do chwili, w której Odette rzuciła się w przepaść, a Zygfryd ruszył na spotkanie śmierci idąc w jej ślady. Dopiero trafiając na zaplecze, słyszała pełne rozbawienia plotki pozostałych tancerzy, mówiących o mężczyźnie, który zwyzywał Howarda Sterna i został wyrzucony z teatru.
Jeśli miała być szczera - należało mu się. Stern był obrzydliwym człowiekiem, którego ręce zawsze sięgały do jej pasa na przyjęciach po udanych spektaklach lub gdy ich teatr urządzał imprezy dla inwestorów, próbując pozyskać więcej finansowania. Potrafiła uśmiechać się na komendę, jednak vecchio rimbambito nadszarpywał jej zasoby cierpliwości.
Tym razem nie spędzała zbyt wiele czasu na szykowaniu się do wyjścia, choć szalejąca gdzieś na zewnątrz burza nie zachęcała do powrotu do prawdziwego świata. Przebrała się w coś luźniejszego, pieczołowicie odkładając kostium na miejsce. Wyswobodziła swoje włosy z ciasnego upięcia i rzuciła jedynie okiem w lustro nim zgarnęła swoją torbę i ruszyła do wyjścia.
W ich sztuce, Odette połowicznie przeobraża się w Czarnego Łabędzia na koniec, targana poczuciem zdrady i splamiona żałobą. Lubiła tę wariację - lubiła móc nałożyć na oczy mocny, ciemny makijaż sceniczny pasujący do Odile i zachować go do samego końca sztuki. Z burzą ciemnych, poskręcanych włosów i czarnym cieniem przypominała demona, którego chwilę wcześniej grała.
Wyjrzała na zewnątrz, patrząc na kłębowisko chmur unoszących się nisko nad miastem. Pojedyncze krople deszczu spadające z góry wydawały się obiecujące, jednak wciąż groziły powrotem ulewy - a ona nie chciała, by zastała ją w połowie drogi.
Wysuwając się na zewnątrz, dopiero spostrzegła stojącego obok mężczyznę. Nie przypominał pracownika teatru - bardziej jednego z gości, choć nie wiedziała, dlaczego tkwiłby pod wyjściem pracowniczym. Doszła do wniosku, że musiał na kogoś czekać.
Jej wzrok prześlizgnął się po jego poskręcanych od wilgoci włosów, przez przystojną twarz i bystre oczy - aż po wyciągniętą w jej stronę paczkę papierosów.
- Nie palę - skłamała, w tym zwyczaju, który nie miał sensu dla nikogo - w tym dla niej samej - ponieważ jednocześnie sięgnęła po wyciągniętego w jej stronę papierosa. Jej rodzina przewracała się w grobie wraz z każdym, którego wypalała. - Czeka pan na kogoś? - zagadnęła, wsuwając papierosa do ust i, w ten prowokacyjny sposób, do którego tchnąć mogła ją wyłącznie Odile na jej twarzy, nachyliła się, pozwalając mężczyźnie posłużyć się zapalniczką.

caspian marshall
28 y/o
For good luck!
182 cm
International Affairs Specialist at Northland Power
Awatar użytkownika
.♱⋆cigarettes after sex⋆♱.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
ptsd z wojny
Przez moment nawet przeszło mu przez myśl, że kiedy zobaczył Jezioro łabędzie, mogło naprawdę stać się jego ulubionym przedstawieniem. Podziwiał ludzi, którzy tak jak tamta dziewczyna byli w stanie być oglądani przez setki, jak nie tysiące ludzi. Caspian nie miał w zwyczaju być obserwowanym przez kogokolwiek. Nie, nie, nie, to nie była jego bajka. Lubił postać z boku - przyglądać się ludziom, nasłuchiwać rozmów. Nie lubił marnować słów, które wydobywały się z jego ust, zwłaszcza tych, które nie wnosiły niczego do rozmowy. Poza tym szybko męczył się wydobywaniem z siebie jakichkolwiek sentencji mających na celu uprzyjemnienie drugiej osobie towarzystwa. Po co, do cholery, miał to robić? Udawać kogoś, kim nie był, tylko po to, żeby zapełnić ciszę, którą inni uważali za niezręczną? On tę ciszę kochał. Była jak chłodny kompres na rozgrzaną głowę po całym dniu hałasu. Szczególnie teraz, po miesiącach spędzonych na froncie, gdzie cisza nigdy nie była prawdziwa. Zawsze czaiło się w niej coś groźnego... cos traumatycznego.
Nocami, które z pozoru wyglądały przepięknie... ciemne niebo przepełnione jasnymi gwiazdami - dopiero po sekundach, a czasem minutach zdawał sobie sprawę, że te gwiazdy, które przed chwilą podziwiał- to tak naprawdę rakiety zbliżające się w kierunku miasta oddalonego zaledwie o dwadzieścia kilometrów od bazy, w której się znajdował. Nigdy nie zapomni tego widoku. Bo jakby mógł? Śniło mu się to po nocach, o ile mógł zasnąć... A cisza? Ona go uspokajała. Mógł wtedy w jakiś sposób kontrolować wszystko, co działo się wokół niego. Nie znał innych ludzi, nie wiedział, co siedzi im w głowach... a przede wszystkim kobietom, które oczekiwały od niego niekończącej się uwagi i ciągłego udowadniania, że jest obecny.

Jednak ta dziewczyna… Nawet gdy wychodziła zza drzwi i nie była już w całej widowiskowej okazałości, prezentowała się bajecznie. Rysy jej twarzy dosłownie rozkładały się jak białe skrzydła łabędzia. Zresztą nawet gdyby miała w sobie coś z czarnego łabędzia, nie miałby nic przeciwko. Lubił misfits. Wolał ich nawet. W nich przynajmniej było coś prawdziwego... jakaś rysa, jakieś pęknięcie, przez które można było zobaczyć, co naprawdę siedzi w środku. Nie ta idealnie wypolerowana fasada, którą większość ludzi nosiła jak zbroję, lub w tym przypadku jak nieskazitelne piórka.
Dlaczego zapytał ją, czy pali? Nie wiedział, dobra? Wiedział tylko, że miał ochotę jeszcze trochę się poopalać w tych promykach, które z siebie wydobywała, wcale się tym zbytnio nie starając. Było w niej coś lekkiego, jakby nie brała świata zbyt poważnie, a jednocześnie nie udawała, że jest ponad nim. To rzadkie połączenie.

Uniósł brew, słysząc jej stwierdzenie, a gdy jednocześnie sięgnęła po fajkę, kącik jego ust uniósł się w zaskoczeniu. No proszę, pomyślał. Zaciągnął się papierosem, trzymając go między wargami, i wysunął zapalniczkę w jej kierunku. Odpalając, zerkał na płomyk podpalający tytoń - ten charakterystyczny pomarańczowo-czerwony żar, ale zatrzymał wzrok odrobinę dłużej na jej twarzy, a zwłaszcza na tych cholernie długich rzęsach. Mógłby przysiąc, że byłby w stanie policzyć je jedną po drugiej, gdyby tylko miał taką możliwość. Przewrócił oczami w myślach na sam fakt, ze w ogóle zwrócił na to uwagę i wyprostował się, parskając śmiechem.- Pan? Wyglądam ci na pana? - przejechał dłonią po włosach.- Per l'amor del cielo, quella ragazza pensa che io sembri un vecchio. Jeszcze trochę i zaczną mnie nazywać nonno- mruknął pod nosem, po czym odkaszlnął. - Wybacz, jeszcze nikt wcześniej nie nazwał mnie panem. Poczułem się cholernie staro- wyjaśnił od razu, zaciągając się jeszcze raz. Po chwili wyłączył muzykę, żeby móc z nią spokojnie porozmawiać… wymienić parę słów? Cokolwiek to było. - Na nikogo nie czekam- odparł.- A ty? Nie powinnaś tam być i celebrować swojego występu z reszta obsady?- zerknął na nią, autentycznie zaciekawiony. Już dawno nie powiedział tylu słów naraz. Może tak na niego działało to przedstawienie, huh? Miał tylko nadzieję, że stąpając po tym cienkim, metaforycznym lodzie, który uzbierał się na jeziorze… zaraz nie wpadnie do wody.

łabądek
27 y/o
REKRUTER
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
i'm not good at love, i'm so much better at taking my clothes off
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cisza była jej największym przeciwnikiem.
Była końcem przedstawienia, bolesnym wrzuceniem jej z powrotem do codzienności, z której na moment udało jej się uciec. Ciasnym wnętrzem jej małego mieszkania, o którym nie powiedziała w swoim życiu n i k o mu, o którym wiedział wyłącznie Giovanni - pustym, zaszytym w podejrzanej dzielnicy, w którym nigdy nie poczuła się jak w domu.
Cisza była podłogą zbroczoną szkarłatem, ciężarem sztywnych ciał przygniatających ją do podłogi, bólem rozdartej tkanki, która miała zostawić bliznę.
N i e n a w i d z i ł a ciszy.
Spodziewała się ją zastać tutaj, na tyłach budynku, gdy umknęła przed ciągnącymi do lobby tancerzami zachęcającymi ją do wyjścia wraz z nimi. Zwykle nie miała nic przeciwko temu, lubiła pławić się w blasku świateł - czy scenicznych, czy tych zamkniętych w pełnych uwielbienia spojrzeniach fanów, łaknących uściśnięcia jej ręki i chwilowej interakcji. Dziś jednak wydawało jej się to szalenie nieinteresujące, być może przez obecność obrzydliwego mężczyzny, który jako pierwszy sięgnąłby po jej dłoń by złożyć na jej wierzchu zbyt mokry pocałunek.
Tkwiący na tyłach obcy nie był ani pracownikiem, ani tancerzem - nie wyglądał również na fana, który specjalnie stanąłby w tym miejscu pragnąc złapać wychodzącą na zewnątrz baletnicę. Wydawał się zaskoczony jej obecnością, jakby złapany w połowie papierosa, dla którego odnalazł schronienie przed deszczem w tym miejscu.
Gdy pochyliła się w stronę wyciągniętego ku niej płomienia, czuła na sobie jego spojrzenie. Przestrzeń między nimi skróciła się raptownie, wraz z burzowym powietrzem do jej płuc wtargnął męski zapach, mieszanka perfum, tytoniu i czegoś, co należało wyłącznie do n i e g o.
Drgnęła, zaskoczona, w połowie zaciągania się papierosowym dymem gdy ciszę przecięły rozbawione słowa. Przez ułamek sekundy nie wiedziała, dlaczego wdarły się wprost do jej serca, poruszyły za strunę, która pozostawała w uśpieniu - dopiero po chwili zorientowała się, że zostały wypowiedziane w j e j ojczystym języku, że zrozumiała je bez filtra, który tworzył w jej głowie angielski. Sięgnęła do papierosa, wysuwając go sobie z ust, które rozciągnęły się nagle w dziewczęcym uśmiechu, który szybko nabrał drapieżnej nuty.
- To się nazywa kultura osobista - odpowiedziała melodyjnie, ponieważ przystojny mężczyzna nie miał niczego z nonny. - Vedo che hai imparato la nostra lingua, ma non hai assorbito le nostre abitudini.
Odwróciła się, pozwalając, by jej plecy oparły się o ceglaną ścianę. Jego głos zmieniał się pod wpływem wypowiadanego języka, przekształcał - przypominał jej ostre słowa, które padły w trakcie spektaklu, w tej niefortunnej chwili c i s z y. Rozbawienie wpełzało na jej twarz gdy uświadamiała sobie, że być może już go wcześniej słyszała.
- To dlaczego tu stoisz? - odbiła piłeczkę, nie udzielając odpowiedzi na jego pytanie, choć z jakiegoś powodu fakt tego, że na nikogo nie czekał, wyrył się w jej podświadomości. Dodał jej śmiałości, jak czarne wstęgi wymalowane na jej oczach. Uniosła papierosa by się nim zaciągnąć - jego powierzchnia była już zaznaczona resztką startej szminki w kolorze jej własnych ust. - Czy to ty jesteś tym chamem, którego wyrzucono z teatru? - jej głowa przekrzywiła się lekko, na twarzy błysnął przebiegły wyraz. Skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, wodząc spojrzeniem po jego twarzy, zmierzwionych deszczem włosach, staromodnych kablach słuchawek. - Tym, który zwyzywał naszego najważniejszego sponsora? - kontynuowała, drążąc i, choć tkwiła oparta o ścianę, pochyliła się lekko w jego stronę, mierząc go drapieżnym spojrzeniem. - Tym, który przerwał mój występ?

bel nonno
28 y/o
For good luck!
182 cm
International Affairs Specialist at Northland Power
Awatar użytkownika
.♱⋆cigarettes after sex⋆♱.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pojedyncze krople spadające z zachmurzonego nieba wybijały go z tysięcy myśli przewalających się przez głowę, gdy uważnie wpatrywał się w twarz dziewczyny stojącej tuż obok niego. Była niziutka. Dosłownie widział czubek jej głowy. Przypominała mu łabędziątko albo jakieś pozornie bezbronne stworzenie, które równie dobrze mogło za chwilę cię zaatakować albo ugryźć, więc wolał trzymać się na dystans... a przynajmniej na tyle, na ile ta odległość pozwalała mu jeszcze próbować odgadnąć, co siedziało w jej głowie, dopóki wciąż rozmawiali.
Za kilka chwil rozejdą się w swoje strony. Ona wróci do świata innych tancerzy, na scenę, która oświetla jej piękne, zgrabne ciało ostrym blaskiem reflektorów, a on? On wróci do swoich parszywych myśli, wspomnień i do wielkiego mieszkania, w którym coraz częściej gubił się we własnych uczuciach.

Caspian był cholernie nostalgicznym człowiekiem. Uczuciowym, mimo tej grubej ściany, którą przez lata postawił między sobą a resztą ludzi. Sam nie wiedział, skąd mu się to wzięło. Może z tego, że jako nastolatek został wysłany do Włoch, żeby się uczyć, bo sprawiał problemy? Problemy, bunt, który tak naprawdę był tylko krzykiem i desperacką prośbą o zauważenie ze strony rodziców? Żył w cieniu rodzeństwa, alumnów, idealnych dziedziców rodzinnej firmy. Tylko wtedy, gdy narozrabiał, uwaga kierowała się na niego. I nawet jeśli kończyło się to szlabanami, pretensjami i podniesionymi głosami, to jakaś jego część to lubiła, bo hey - wtedy w końcu ktoś na niego patrzył. Teraz, kiedy był dojrzalszy, niechęć do komunikacji międzyludzkiej i do tego, że może się zwyczajnie zawieść, skutecznie stopowała go przed jakimikolwiek głębszymi relacjami. Ale co mu szkodziła rozmowa z kobietą, która równie dobrze mogłaby zostać wyjęta z obrazu wiszącego w Art Gallery? Była przepiękna, a Caspian nigdy sztuką nie gardził.

Nie mógł uwierzyć własnym uszom, kiedy porównała go do pana. Nawet trzydziestki nie miał na karku, a już takie obelgi leciały w jego stronę. Zaciągnął się papierosem i przewrócił oczami, gdy skomentowała jego kulturę osobistą.- L'ultima volta che ho vissuto in Italia, gli italiani non si comportavano proprio in modo così educato. A meno che tu non sia di Verona, dove sacrificare la propria vita per un'altra persona sembra l'unica cosa culturalmente corretta al mondo; in quel caso, ti chiedo scusa, tesoro. - Wyrzucił z siebie te słowa, przewracając oczami. Rozumiał porównanie Francji do kulturalności, ale Włochy? Może pochodziła z jakiejś bogatej rodziny, co wcale nie byłoby takie dziwne, skoro - nie oszukujmy się - tańczyła w balecie. Chyba że jakimś cudem doczołgała się do ścianek tego świata z kompletnej biedy, żyjąc w klitce, gdzie rodziców nie było stać nawet na kawałek chleba, a wszystkie problemy rozwiązywano naiwnym, kochamy się, więc będzie dobrze. Nie miał z tym żadnego problemu, broń Boże, ale musiał przyznać, że wybiła go z rytmu, komentując jego odpowiedź właśnie w ten sposób. I podobało mu się to. Podobało mu się, że mówiła dokładnie to, co myślała.

Przyjrzał się jej, gdy zmieniła pozycję i oparła się o ścianę. Wsunął papierosa między wargi, chwycił laskę i podszedł bliżej, lekko kuśtykając. Sam nie wiedział, czemu to robił. Może chodziło o to, że z miejsca, w którym stał wcześniej, nie widział jej wystarczająco dobrze. Nie widział tych słodkich brązowych oczu ani długich rzęs, gdy przechylała głowę w ten swój charakterystyczny sposób.- Potrzebowałem zaczerpnąć świeżego powietrza. - Kącik jego ust lekko drgnął, gdy przyglądał się, jak zaciąga się papierosem, jak dym powoli wypływa z jej ust. Zatrzymał spojrzenie odrobinę za długo na tym charakterystycznie ponętnym śladzie szminki odciśniętym na filtrze. Robiła się coraz śmielsza. Zadawała coraz więcej pytań, świdrowała go wzrokiem, a on nie odpowiedział na żadne z nich... przynajmniej nie teraz. Delikatny uśmiech błąkał się po jego twarzy. Mocniej zacisnął dłoń na lasce, a kiedy nachyliła się ku niemu jeszcze bardziej, zrobił kolejny krok do przodu, ostatecznie niemal zacierając dystans między nimi.

Wyjął papierosa spomiędzy ust, zaciągnął się po raz ostatni, rzucił go na ziemię i przygniótł butem, powoli wypuszczając powietrze i przez moment wpatrując się w niebo. Przejechał dłonią po włosach, potem spuścił wzrok na nią i nachylił się nieco niżej w jej stronę. - Gdybyś nie tańczyła w ten sposób… z taką zajebiście ponętną gracją, może nie rozkojarzyłbym się i nie upuścił tego cholerstwa? - Zerknął na laskę i uniósł ją lekko na znak. - E magari se quel maledetto vecchio non fosse stato un tale coglione, non avrei detto nulla? - Zmarszczył brwi, nie odrywając wzroku od jej twarzy.- Pani Santorini. Zawsze może pani dokończyć dla mnie ten moment, który tak chamsko przerwałem. - Specjalnie nazwał ją panią. Specjalnie zwrócił się do niej po nazwisku. Nie dlatego, że wcześniej ją stalkował... po prostu, kiedy powiedziała, że to był jej występ, przypomniał mu się artykuł w gazecie, a tam przecież widniało jej imię i nazwisko.

E l e n a
S a n t o r i n i

I have a feeling you are the beginning of my end. łabądek
27 y/o
REKRUTER
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
i'm not good at love, i'm so much better at taking my clothes off
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie sposób było zignorować tych mikroskopijnych ruchów, od których kipiała jego oszczędna mimika. Wyglądał na człowieka powściągliwego - lecz Santorini miała oko do odczytywania ludzkich twarzy. Widziała sposób, w jaki kącik jego ust drgnął lekko, sygnalizując pogrzebane gdzieś w głębi rozbawienie. Dokładnie zarejestrowała to, jak wywrócił oczami, znów sięgając po ten język, który trafiał do jej serca w sposób, w jaki angielski nigdy nie był w stanie się przebić.
Być może to było sednem jej obecnego zachowania, tej śmiałości, która wypełniła jej gesty i słowa. Nie były nim czarne kreski na oczach, ani nie był nawet głęboki, pociągający głos nieznajomego, na którego przypadkiem natrafiła. Angielski umożliwiał jej płynne wejście w rolę - nawet, jeśli rolą była inna wersja Eleny, tej mieszkanki Toronto, która układała sobie życie na Kanadyjskiej ziemi z wdzięcznością do kuzyna, który ją na niej przyjął.
Włoski trafiał prosto do zakamarków jej duszy, w którym tkwiła p r a w d z i w a Santorini. Ta, którą nauczono bezkompromisowego sięgania po to, czego pragnęła, której podbródek zawsze miał być uniesiony wysoko w górze. Której miejsce było na szczycie łańcucha pokarmowego.
- Di Verona? - prychnęła ostentacyjnie, w lustrzanym odbiciu przewracając oczyma jakby teraz to on wypowiedział coś nieuprzejmego. Werona kojarzyła jej się ze spokojem, leniwym ruchem na ulicach, uśmiechem obcych ludzi skierowanym do nieznajomych. Jej ojciec zawsze mawiał, że im dalej od Mediolanu, tym trudniej było znaleźć Włoską ambicję. Mediolan był inny - był chłodny, był szykowny. Santorini oderwała się od ściany gwałtownie, wiedziona potrzebą by unieść teatralnie ręce i, pomimo bagażu torby zwisającej z jej ramienia, obrócić się zgrabnie wokół swej osi. - Non vedi che sono di Milano, tesoro?
Puszczone luzem włosy zawirowały wraz z nią, niechętnie opadając na jej barki gdy zatrzymała się z powrotem przy ścianie. Ich naturą, jak i naturą właścicielki, było tańczyć na wietrze.
Jej wzrok ześlizgnął się na laskę, którą trzymał pod ręką, a na którą ona, w ten próżny sposób zbyt zapatrzona na jego twarz, wcześniej nie zwróciła uwagi. Przygryzła wargę, gdy kolejny żart o byciu starszym panem diabelsko cisnął jej się na usta i zapragnęła go powstrzymać, nim wybrzmi na zewnątrz.
Nim przegrała tę walkę, poruszył się, wychodząc jej naprzeciw, skracając dystans między nimi do marginalnego. Powietrze, którym oddychała, nagle nabrało zapachu męskich perfum - a gdy je wyczuła, ugrzęzło w płucach na jedno uderzenie serca, pod wpływem fali gorąca, która przemknęła przez jej ciało.
- A więc to moja wina? - odbiła piłeczkę, lekko, dziewczęco, by zaraz po tym wetknąć papierosa do ust i wypuścić tytoniowy dym prosto w twarz nieznajomego. - Quel dannato vecchio è il più importante investitore del nostro balletto. Dovreste essere grati di essere ancora qui. - pozorna powaga zakradła się do jej głosu gdy, idąc jego wzorem, niegrzecznie chwyciła niedopałek papierosa i odrzuciła go w bok, zgniatając czubkiem eleganckiego buta zakończonego niewysokim obcasem. - Dovrei chiamare la sicurezza e chiedere loro di scortarti fuori dalla struttura.
Zawoalowana groźba wypowiedziana po włosku brzmiała niemal znajomo, w ten sposób, jak znajomy zdawał się zapach domu choć był trudny do zidentyfikowania. Mimo tego, na jej ustach błąkał się kokieteryjny uśmiech. Jej plecy oderwały się od ściany gdy wyprostowała się, w tym krótkim, subtelnym geście, który jednocześnie wskazywał, że była gotowa do skierowania się w swoją stronę, a jednocześnie zbliżył ją wyłącznie do niego.
- Nie tańczę dla nieznajomych - skłamała, bez wkładania w ten fałsz wysiłku - jakby cała sala teatralna nie była złożona z osób, których nie znała, których nawet nie w i d z i a ł a. W świetle scenicznych lamp audiencja była jedynie czarnym morzem zachwytów. - Gdyby spędził pan nieco czasu w Weronie, może wiedziałby pan, że wypada się przedstawić, nonno.

tesoro
28 y/o
For good luck!
182 cm
International Affairs Specialist at Northland Power
Awatar użytkownika
.♱⋆cigarettes after sex⋆♱.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

You’re such a strange girl,
I think you come from another world.


Szybko się nudził. Ludzie, w jego mniemaniu, byli bardzo przewidywalni, do takiego stopnia, że kiedy się z nimi komunikował, wyobrażał ich sobie jak pionki na szachownicy, zastanawiając się kilka sekund wcześniej, jak faktycznie się zachowają. Co odpowiedzą, jak zareagują. Czy obrażą się na to, co do nich powie, czy uniosą głos, czy może zaczną płakać przez jego słowa. Czuł w sobie empatię, to nie było tak, że nie miał jej gdzieś głęboko w sercu - w końcu był na froncie, pomagając innym - jednak miał problem z przywiązywaniem się do ludzi. Przecież nigdy wcześniej się w nikim nie zakochał. To uczucie było od niego tak odległe, że nawet nigdy nie wyobrażał sobie, jak miałoby w ogóle wyglądać. Nigdy też nikt go tak naprawdę nie interesował, no... aż do teraz.

Do tego momentu.

To, że olśniła go i oniemiła swoim wyglądem oraz tym, jak tańczyła na scenie, to jedno, ale sam fakt, że robiła i mówiła tyle rzeczy naraz, stawiając go w pozycji, w której szach i mat wychodziły z jej inicjatywy, a nie jego, dosłownie rozkładał go na kawałki. Chciał ją poznać. Chciał wiedzieć o niej więcej. Teraz. Już.
Odchylił się, prostując plecy i wbijając w nią spojrzenie. Uniósł brew i prychnął pod nosem, gdy zareagowała aż tak intensywnie na wspomnienie o Veronie. Przecież to było miasto tragicznej miłości. Romeo i Julia, te wszystkie szmery bajery, gdzie jedno było w stanie zginąć dla drugiego. W pewnym sensie było to... rycerskie? Stał tak, uśmiechając się delikatnie, gdy obróciła się wokół własnej osi, a on wykorzystał okazję, by zeskanować ją całą swoimi brązowymi tęczówkami. Była...

u r o c z a

Ta myśl przemknęła mu przez głowę tylko na chwilę.- Milano? La città dei turisti, delle pretese e della pizza che offende il resto d'Italia - Podobało mu się to, jak szybko się bulwersowała. W momencie, gdy wypuściła dym papierosowy prosto w jego twarz, uśmiechnął się szeroko. Sam nie wiedział, czy był to uśmiech zaskoczenia, czy raczej reakcja na fakt, że te pazurki, które do tej pory pokazywała werbalnie, mogłyby równie dobrze wbić się prosto pod jego skórę. Bo kurewsko to na niego działało. Chciał jej odpowiedzieć, że tak, to była jej wina. Jej wina, że weszła na scenę z taką gracją, poruszając się po niej w taki sposób, że przestało go obchodzić cokolwiek wokół. To była jej wina, niczyja inna. A ten zapyziały dziad mógł go pocałować w dupę, o. Miał go gdzieś. Słysząc jej groźbę, poczuł, jak coś w jego sercu zaczyna się rozgrzewać, a w brzuchu pojawia się nieprzyjemne mrowienie. Może to były te mityczne motylki, o których tyle się mówi? Nie wiedział. Nigdy wcześniej tego nie doświadczył. Aż do teraz. Do chwili, gdy ta niziutka principessa próbowała ustawić go na swoim miejscu. Uśmiech pojawił się na jego twarzy zupełnie naturalnie, bez najmniejszego wysiłku.- Ah, to o to ci chodzi - rzucił, kręcąc głową. Odsunął się od niej o dwa kroki. - Łap - dodał, rzucając w jej stronę laskę. Upewnił się, że ją złapała, po czym odwrócił się do niej plecami, próbując utrzymać równowagę bez podparcia. Splotł dłonie za plecami i lekko przekręcił głowę, zerkając na nią kątem oka. - Diciamo semplicemente che volevi vedere come sarei stato se mi avessero arrestato, eh? Hai soddisfatto la tua curiosità, principessina? - Posłał jej uśmiech, a po chwili odwrócił się i powoli ruszył w jej stronę. Każdy krok kosztował go więcej, niż chciałby przyznać.

Przygryzł policzek od środka, walcząc z bólem nogi. Po kilku sekundach był już przy niej. Zablokował jej drogę ucieczki, opierając dłoń o zimną ścianę tuż za jej plecami. Nachylił się, wpatrując się w jej oczy. Słuchał jej, uśmiechając się - zarówno do niej, jak i do tej dumy, którą tak uparcie próbowała utrzymać. - E se avessi trascorso più tempo a Milano, avrei saputo che le belle donne non lasciano nemmeno parlare un uomo né presentarsi. - Na moment spojrzał na jej usta, potem na laskę, którą wciąż trzymała. Delikatnie położył dłoń na jej dłoni i wysunął laskę z jej uchwytu, żeby znów móc się na niej oprzeć. Potem uniósł jej dłoń do ust i, nie zmniejszając odległości między ich twarzami, złożył krótki pocałunek na jej wierzchu. - Caspian - powiedział cicho. Po chwili dodał, -Skoro już się znamy, może dasz mi swój numer, żebym mógł upomnieć się o ten występ, hm?- Wyprostował się i cofnął o dwa kroki. Jej zapach działał na niego zdecydowanie zbyt intensywnie. Przez moment przemknęła mu nawet myśl, że jest bardziej uzależniający niż jego ulubiony zapach dymu papierosowego. Wyciągnął telefon z kieszeni i podał go w jej stronę, czekając na odpowiedź. Jedno było pewne - po niej mógł spodziewać się wszystkiego.

łabądek
27 y/o
REKRUTER
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
i'm not good at love, i'm so much better at taking my clothes off
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Poglądy Santorini były mocno zakorzenione w środowisku, w którym się wychowała. Jej matka uważała każdą interakcję społeczną za pole bitwy - ojciec sprowadzał je do planszy do gier - na którym jedna osoba wychodziła z przewagą, a druga musiała pogodzić się ze stratą. Elena nasiąkła jej podejściem przez lata, lawirując między ludźmi na urządzanych przez jej rodzinę przyjęciach. Wiedziała, kiedy się uśmiechnąć a kiedy pokazać zęby, wyczuwała intencje za rzucanym w jej stronę słowami, wiedziała kto był górą a kto był dołem.
Matka udzieliła jej wielu, przydatnych rad, dzięki którym stała się doskonałym słuchaczem - a także tych mniej etycznych, pozwalających wyciągać z ludzi to, czego tak naprawdę pragnęła. Słuchając, była w stanie przyswoić znacznie więcej niż to, co było wypowiadane na głos - potrafiła wyczuć p o t r z e b y, pokierować konwersację tak, by druga osoba poczuła się nie tylko wysłuchana, ale i dostrzeżona.
Jej ojciec zaś nauczył ją jak n a c i s k a ć by osiągnąć wymierzone cele. Wyznaczył metodę jej działania gdy uśmiech i komplementy nie dawały należytych efektów. Wpoił jej, że ludzie byli nie tylko przewidywalni, ale też do bólu prości - a z czasem nauczyła się odnajdywać miejsca, które łamały się jako pierwsze.
Całe jej życie, rozmowy z innymi ludźmi były na przemian planszą do gier i polem bitwy. Pragnęła powiedzieć to, co dana osoba chciała usłyszeć - by to zrobić, musiała analizować, dostrzegać jej ruchy, przewidywać intencje. Każdy jej ruch, każde westchnienie i przewrócenie oczami było w jej oczach wykalkulowane, było ruchem mającym przynieść jakąś korzyść.
Nie było żadnej korzyści w rozmowie z tajemniczym nieznajomym, na którego natknęła się przypadkiem. Nie miał jej do zaoferowania żadnych wpływów ani drogich torebek, nie był inwestorem rozważającym wtopienie swoich pieniędzy w umierającą sztukę. Może dlatego ta maska, którą nosiła na co dzień opadła tak szybko, tak gwałtownie - choć przecież wiedziała, że nie wypadało zachowywać się tak, jak się zachowywała teraz. Czuła drżenie ziemi pod swoimi stopami na myśl o tym, jak jej matka przewracała się w grobie.
Nieznajomy był bezczelny, szorstki, przyłapany na paleniu na tyłach budynku - ewidentnie nie był człowiekiem dla n i e j. Isabella zawsze widziała ją z aktorem lub politykiem, kimś wpływowym, kto nie tylko byłby stosowną partią dla jej jedynej córki, ale i oferował jej rodzinie nowe horyzonty.
Ale jej rodziny już nie było, a horyzonty ukazywały mdłą, Kanadyjską wiosnę, pośród której mężczyzna błyszczał kolorem.
Jej usta rozchyliły się lekko w o b u r z e n i u, które pozostawiły w niej jego słowa. Mediolan był czymś znacznie więcej niż tymi uproszczeniami - które z łatwością zastosowała do innego, Włoskiego miasta. Jakaś cząstka jej świadomości zdawała sobie sprawę z tego, że doświadczyła uroków miasta z perspektywy top 1%, ale była zbyt słaba by wpłynąć na miłość do jej ojczystej ziemi - szczególnie teraz, gdy wspominała ją z daleka.
Nim z jej ust zdołało ulecieć choćby jedno słowo - z pewnością Włoskie, być może zawierające w sobie przekleństwo - mężczyzna rzucił w jej stronę swoją laskę. Drgnęła, zaskoczona, całkowicie wybita z rytmu, w którym wcześniej czuła się bardzo komfortowo. Zawdzięczała złapanie przedmiotu wyłącznie refleksowi, ponieważ nie zdołała zarejestrować tego, że to w ogóle się wydarzyło, póki nie poczuła drewna pod swoimi palcami.
Mrugnęła, spoglądając jego poczynania. Przewracanie się w grobie jej rodzicielki przybrało impet pieprzonego trzęsienia ziemi gdy oto stała, obdarowana jedyną podporą obcego mężczyzny, którego właśnie n a c i s n ę ł a, zapominając o swoim położeniu. Ale w jego słowach nie chował się wstyd, usta wciąż rozchylone były w zawadiackim wyrazie gdy odwrócił się ku niej, ruszając w jej stronę o własnych siłach.
Coś innego zawrzało w jej wnętrzu, ruszyło strunę, która nigdy nie była dotykana. Zamknęło jej usta, ciągle otwarte, ciągle prowokujące do odpowiedzi. Widziała, ile kosztował go ten ruch - nie w jego mimice, żelaznej, nawykłej do dyskomfortu, ale w jego ruchach. Sposobie, w jaki kompensował, poruszając się - ciałem nawykłym do bólu, którego nie powinno znosić.
Nie spostrzegła gdy nagle znalazł się przy niej, gdy jego dłoń oparła się o ścianę za jej plecami. Szpony napięcia zacisnęły się na jej trzewiach gdy znalazł się tak blisko, gdy jego ciało oplotło się wokół niej jak pręty pięknej klatki. Na jedną chwilę, zabrakło jej riposty. W jej głowie wybrzmiała pustka gdy kolejne słowa przecięły ciszę między nimi, powietrze ugrzęzło w piersi, odmawiając ucieczki na zewnątrz. Krótkie, kulturalne muśnięcie jego ust na kobiecej dłoni dolało benzyny do ognia, który płonął w jej wnętrzu, od gardła aż po samo podbrzusze.
C a s p i a n.
- Figlio del mare - wydostało się z jej ust, gdy wreszcie się odsunął, gdy dał jej przestrzeń na o d d e c h, na zebranie swoich myśli, przywrócenie tej iskry, która pod wpływem jego bliskości zawędrowała wgłąb jej ciała.
Chwyciła podarowany jej telefon, na jedną, krótką chwilą przenosząc na niego swój wzrok. Kokieteryjny uśmiech powrócił na jej wargi w trakcie tego uderzenia serca, którego potrzebowała na podjęcie decyzji - czy też wzięcie się w garść.
- Myślisz, że daję swój numer każdemu mężczyźnie wyczekującemu mojego wyjścia po spektaklu? - odrzuciła lekko, drocząc się, obracając jego telefon w dłoni, jakby poważnie zastanawiała się nad umieszczeniem w nim swojego numeru. - Na mój numer trzeba sobie zasłużyć, tesoro.
Z jedynie błyskiem w oku w ramach wyprzedzenia, uchyliła poły swojego płaszcza by wsunąć telefon do tylnej kieszeni swoich spodni, z czystą niewinnością bijącą ze spojrzenia utkwionego w Caspianie.
- Come pensi di riavere il tuo telefono, nonno? - spytała prowokacyjnie, pozwalając, by płaszcz znów otulił jej ciało, chowając własność mężczyzny pod spodem. Nie miał teraz wyjścia jak na niego zasłużyć.
Wiedziała, że dziś odbywało się przyjęcie - jednak nie na nie zmierzała, wymykając się tyłem. W tej chwili mogła być gdziekolwiek indziej.
Na przykład z nim.

tesoro
ODPOWIEDZ

Wróć do „Four Seasons Centre for the Performing Arts”