a damn either way
Torontońskie niebo od samego rana zasnuwały ciężkie chmury, co chwilę rozcinane błyskami piorunów. Marshall nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Krzątał się od kąta do kąta po swoim nowym biurze - stanowisku, które dostał od siostry pod warunkiem, że zacznie uczęszczać do psychiatry i spróbuje oczyścić się z własnych traum i myśli. Miał iść do terapeutki w tym tygodniu, bodajże… albo w następnym. Sam już nie był pewny. Pewny był tylko jednego... że kurewsko mu się nie chciało. Jaki miałby mieć z tego pożytek, opowiadając zupełnie obcej kobiecie o tym, co leży mu na sumieniu? Równie dobrze mógł wynająć sobie jakąś kobietę na wieczór... nie dość, że by się jej wygadał, wysłuchałaby go, bo miałaby za to zapłacone, to jeszcze oboje mogliby wykorzystać fakt, że są do swojej dyspozycji. Ha. Normalnie rozgryzł cały system. Zamiast do psychiatry ludzie powinni chodzić do burdelu. O.
Kolejny grzmot rozświetlił na moment przygaszone biuro. Idąc o lasce i lekko kuśtykając, ruszył w stronę biurka, po czym opadł ciężko na krzesło i westchnął, wpatrując się w sufit. Nie miał siły na nic. Nic mu się nie chciało. A do tego to cholerne kolano dawało mu się we znaki jeszcze bardziej przez tę popieprzoną pogodę. W końcu opuścił wzrok na blat biurka i dostrzegł gazetę. Sięgnął po nią, a zaraz potem przeczytał wielki nagłówek:
Wzruszył ramionami. W sumie dawno nigdzie nie był, żeby - jak to sam określał - trochę się odchamić w kulturalny sposób. Wizja orkiestralnej muzyki i patrzenia na ludzi, którzy poruszają się z taką gracją, doświadczeniem i w stylu, o którym on ze swoją nogą mógł już tylko pomarzyć, była kusząca. Podniósł słuchawkę, wykręcił numer i piętnaście minut później miał już kupiony bilet na balkon... idealne miejsce, żeby oglądać całe przedsięwzięcie. Kilka godzin później siedział już na widowni, obserwując, jak światła przygasają, muzyka się wznosi, a baletnicy wychodzą na scenę. Całe przedstawienie robiło ogromne wrażenie, ale dopiero w chwili, gdy na scenę wyszła pewna dziewczyna - najwyraźniej odgrywająca główną rolę - naprawdę zwrócił uwagę. Światło padało prosto na nią, a ona tańczyła z taką gracją i elastycznością, że Caspian aż pochylił się na balustradzie, przyglądając się jej z autentycznym zaciekawieniem. Z tego wszystkiego laska wypadła mu z ręki i z hukiem uderzyła o podłogę, a jakiś stary dziad siedzący obok od razu zaczął się na niego wydzierać. - Zero szacunku! Nawet w spokoju pooglądać nie można! Co to ma być?! - Caspian odwrócił się do niego i rzucił, głośniej niż zamierzał,- Piantala, vecchio rimbambito- Po włosku co oznaczało daj mi spokój ty stary zgredzie. - I oczywiście, jak na złość, powiedział to dokładnie w momencie, gdy muzyka ucichła. Jeszcze lepiej okazało się chwilę później, kiedy wyszło na jaw, że ten typ był jakimś ważnym darczyńcą tego budynku. Jakieś piętnaście minut później Caspian został więc grzecznie wyproszony.
Wkurwiony zaistniałą sytuacją, szedł powoli ze swoją drewnianą zgubą i mruczał coś pod nosem z niezadowolenia. W końcu zauważył boczne wyjście dla personelu i znalazł się na zewnątrz. Na szczęście właśnie przestało padać, a z nieba spadały już tylko pojedyncze krople. Wyciągnął paczkę papierosów, wsunął jednego między wargi, odpalił i oparł się o ścianę, zaciągając się powoli. Chwilę później usłyszał ogrom oklasków, a zaraz potem dziesiątki głosów dobiegających zarówno ze środka budynku, jak i sprzed jego głównego wejścia. Thank fuck, że stał z boku. Wyciągnął telefon, włączył jakąś piosenkę na Spotify i wsunął w uszy słuchawki na kabelku. Lubił staromodne rzeczy, okay? Dosłownie chwilę później drzwi się otworzyły, a on mógłby przysiąc, że zobaczył… to łabątko z wcześniejszego występu? Mrugnął kilka razy, po czym bez większego zastanowienia wyciągnął w jej stronę dłoń z paczką papierosów i rzucił tylko, - Palisz?- I oto, proszę państwa, najlepsza metoda podrywu według Caspiana Marshalla.
łabądek