przekleństwa i skręcony kark?
Wodził spojrzeniem po jej twarzy starając się z niej coś wyczytać... Nie, on starał się dostrzec w jej twarzy, coś, co mogłoby znaczyć, że nie była na niego zła.
Ale była...
I ten zawód w jej oczach tez widział, ale co teraz miał zrobić? Nie mógł cofnąć czasu.
Może powinien przestać zadawać się z Willem, bo to przecież z nim wiecznie tak odpierdalał, ale... to był jego kumpel, najlepszy chyba. Który mimo wszystko to też stanąłby za nim murem. I w Vegas on chyba trochę to zrobił, kiedy Madox opowiadał o tych odrzuconych zaręczynach i o tym, jak to go... zabolało.
I gdyby Noriega wiedział, że to wyszło od tego, to może jakoś lepiej by to zabrzmiało... niż takie zwykłe
tak wyszło.
Ale wyszło, wiele rzeczy w jego życiu jakoś tak wychodziło. I to, że oni się związali też. Bo to przecież nie było zaplanowane. On pół roku temu myśląc o Pilar Stewart nie czuł nic, a teraz serce biło mu szybciej i fiksowały się na niej wszystkie jego myśli. Do tego stopnia, że
żadne inne kobiety dla niego nie istniały, tylko co z tego, jak on wcale nie umiał tego udowodnić Pilar?
Może musiałaby go zobaczyć, jak on dzielnie walczył z tą tancerką w Vegas i kiedy ona się do niego przysuwała, to on się jej odsuwał, pijany i naćpany. Bo Madox był kobieciarzem, i nie był odporny na kobiecy urok, ale to było kiedyś.
To była kolejna rzecz, którą on dla niej zmieniał.
I kiedy leżał na tej chłodnej podłodze, a ona wychodziła już na balkon z papierosami, to powiódł za nią spojrzeniem.
Dużo dla niej poświęcał, ale przecież nie mógł też całkowicie wyrzec się
siebie. Nie chciał. A może mógł? Może dla niej...
Zerwał się z ziemi, bo chyba nie chciał walczyć z takimi myślami. Albo to sobie wyjaśnią, albo nie. Ale on nie będzie się tutaj zastanawiał, co jeszcze może zrobić, albo czego nie może. Bo Madox to nie był
typ rozkminiający. Madox szedł i coś robił. Zmieniał się, dla niej, przewartościowywał różne rzeczy. Myślał o przyszłości. Spychał klub i pracę na dalszy plan.
Nie dał jej chwili, nigdy nie dawał. Jakby to znał, wiedział, że im dłużej człowiek pozostaje sam ze swoimi myślami, tym coraz bardziej irracjonalne scenariusze tworzy. Jego głowa też tak działała. Zupełnie jak jej.
I kiedy ona sobie myślała, że on następnym razem, kiedy się tak ućpa, to weźmie ślub z jakąś inną kobietą, to on wtedy się zastanawiał co jeszcze będzie musiał dla niej poświecić.
I to było złe myślenie.
Bo on by żadnej innej nie chciał. I nawet pod wpływem też nie. I... wszystko by dla niej poświecił. Wszystko. Nawet życie przecież chciał.
Dlatego już zaraz stał przed nią na balkonie, dlatego okrywał ją swoją kurtką i krzywił się, kiedy podciągnęła nogi pod brodę. A potem mówił to, że
to nic między nimi nie zmienia.
Takiej odpowiedzi się nie spodziewał, słuchał jej, chociaż w pewnym momencie wypuścił mocniej powietrze z płuc.
-
Mi culpa -
moja wina, bo co by się nie działo, to ostatnio wszystko była jego wina. To jak odrzuciła zaręczyny, jego wina, bo nie była gotowa. Jak on odrzucił, też jego bo nie był co do niej pewny. Teraz też jego wina... A miała być Trumpa, tancerek, albo Williama. Ale nie, wychodziło jednak, że Madoxa.
I może to był fakt, niepodważalny, ale przecież on nie robił tego jej na złość, nie dokładał im kolejnych zmartwień, bo tak, bo mieli ich za mało.
Już nawet miał jej mówić, że mógł to zachować dla siebie, że w ogóle... nie być w stosunku do niej szczerym, przemilczeli by to z Williamem, a po wszystkim, może się przyznali i pośmiali. Ale wtedy też by było na niego, że nie jest szczery.
Tak źle i tak niedobrze.
A później jeszcze Pilar powiedziała to, że
skąd on wie, że następnym razem nie wyjdzie za jakąś przypadkową laskę.
-
Dokończ... - warknął na jej słowa i pochylił się do przodu i wtedy wypadł mu ten pierścionek.
Może dobrze, że wypadł, bo akurat, to że ona mu zawsze wytykała
jakieś inne laski, których nie było, go dotykało. Jakby jeszcze dawał jej jakieś powody, żeby tak o nim myślała. Ale nie dawał.
Może powinien się naćpać i jej pokazać, że wtedy i tak dla niego liczyła się tylko ona? Do tego stopnia, że wytatuował sobie jej imię na pośladku z serduszkiem.
Wyjrzał przez barierkę w dół, a kiedy stanęła koło niego, to pokazał jej to pudełeczko, pokiwał głową, że to właśnie to. Już miał jej mówić, że po to zejdzie, kiedy zapytała
no i co teraz, ale Pilar już wchodziła do mieszkania, a Madox za nią.
-
Pilar to... - chciał jej powiedzieć, że to ważne? Albo może, że to nic takiego, ale kazała mu czekać.
Czekał, tylko na balkonie. Kładąc się na płytkach, ale nie było opcji, że by to sięgnął. Szarpnął za to za barierkę, dobrze się trzymała, tu by się złapał, tu opuścił i zaraz byłby na dole, a potem się podciągnął. Przecież ile on takich podciągnięć robił codziennie na siłce, pryszcz. Nic trudnego.
Może nawet zrobiłby to od razu, ale Pilar już wróciła do mieszkania i on też wszedł do środka. Ciemne tęczówki zawiesił na jej pięknych, czekoladowych oczach. Przesunął palcami po karku.
Bardzo, czy nie bardzo?
-
Potrzebuję - stwierdził w końcu -
zejdę. Zobacz to nie problem, tu się przytrzymam i zaraz jestem na dole - i oczywiście, że ją wyprowadził na balkon, żeby jej pokazać. Wystarczyło stanąć pod drugiej stronie, złapać się odpowiednich rurek i opuścić, proste. Zejście akurat wydawało mu się proste, gorzej z wejściem na górę... Ale może jak spojrzy na to z dołu, z innej perspektywy, to mu coś wpadnie. Na pewno.
Bo czasem trzeba było spojrzeć z innej perspektywy.
-
Złażę - nie to, że się jej pytał o zdanie, czy o zgodę, po prostu jej to oznajmił. A zaraz już stał przy barierce, żeby przejść na drugą stronę. Kucnął i opuścił się na dół. Tylko... balkon okazał się trochę niżej niż mu się wydawało z góry, ale jak się bujnął, to... wylądował na dole. Tak niefortunnie, że wpadł w jakąś rozłożoną suszarkę na pranie i narobił trochę hałasu. Ale... stał na dole, było okej.
-
Mam! - zaraz nawet zawołał do Pilar pokazując jej to pudełko -
złapiesz? - oczywiście, że mógł je schować do kieszeni, dać je jej później.
Chyba nie mógł... bo zanim nawet odpowiedziała, to się zamachnął, żeby jej je rzucić.
Złapała?
Miejmy nadzieję, że tak, bo jeśli nie... to trzeba schodzić niżej. A Madox już kombinował jak wejść z powrotem do niej. Jakby wszedł na parapet, to sięgnąłby balkonu wyżej, tylko czy wygiąłby się tak, żeby dostać barierek, bo jakby je chwycił, to by się przecież podciągnął. Podciągnąć się to najmniejszy problem.
Nie spróbuje, to nie będzie wiedział. Złożył wieszak na pranie, bo i tak był pusty, a trochę mu przeszkadzał.
Po plastikowym krześle wspiął się na parapet, ale był wąski, a on nie miał się nawet czego przytrzymać, więc w pewnym momencie... spadł.
Ale nie na dół, z powrotem na balkon podpierając się rękami. Ale przecież to był Madox, on się nie poddawał.
Jeszcze jedna próba.
Rozejrzał się jeszcze za czymś wystającym, żeby się przytrzymać. No i znalazł, jakiś sterczący ze ściany wieszak, czy coś takiego. Więc teraz kiedy wszedł na okno, to się go chwycił...
Wychylił do tyłu nad barierką, żeby złapać tą piętro wyżej, tylko wtedy... ten wieszak od ściany odpadł. I gdyby Madox miał trochę
mniej swojego farta, to pewnie spierdoliłby się na sam dół. A tak spadł tylko ten kawałek metalu obijając się o balkony poniżej. A Madox zawisł na jednej ręce. No i dzięki bogu i jego zawziętości, że już po Meksyku i Vegas znowu zaczął chodzić na siłownię, bo się utrzymał, a zaraz złapał drugą ręką i się podciągnął. Podciągnięcie się, to już było nic. I zaraz stanął koło Stewart na płytkach.
-
Widziałaś? - wypalił od razu, oczywiście pytając o pudełeczko. Bo to teraz było najważniejsze. Nie to, że prawie zleciał z balkonu.
Priorytety.
Porque eres lo más importante para mí 𓍯𓂃𓏧♡