Kiedy wstaję żeby się ubrać i wypinam się w jej stronę to może w pełnej okazałości podziwiać mój najnowszy tatuaż - oczy na dupie, jedno na jednym pośladku i drugie na drugim, ja może i nie patrzę teraz w jej stronę, ale mój tyłek wciąż ma ją na oku i się gapi -
Nie ma szans, jakbym tam poszedł w sukience i z torbą hajsu to ciebie odesłaliby od razu na komisariat, a mnie na oddział zamknięty - wywracam ślepiami, łapię materiał, który mi rzuca i od razu odrzucam go w jej stronę, na niej ta szmatka leżałaby zdecydowanie lepiej -
Dobra, pasuje - pospiesznie wciągam koszulkę, ale zanim wyjdę to faktycznie ścielę łóżko i wygładzam pościel obiema rękami -
No co? - rzucam, bo się patrzy na mnie jak na skończonego zjeba -
No dobra, już idę - kopię jeszcze te zwinięte szmaty, w których do niedawna znajdowały się także pieniądze, żeby odłożyć je na miejsce. Może jak Madox zajrzy pod mebel to się nawet nie skapnie, że czegoś ubyło? Spotykamy się na dole, odbieram cygaro i łapię kilka buchów, ostatni raz zadzieram głowę do góry, żeby zerknąć w okna - najpierw te należące do mieszkania Noriegi, a potem moje, a potem te po sąsiedzku. Wzdycham przeciągle, chyba pierwszy raz czując, że naprawdę robimy coś złego. To znaczy, ja na pewno, chociaż uporczywie staram się zagłuszyć wyrzuty sumienia kolejnym buchem. Zerkam na Gabriele, kiedy zatrzymuje się przy nas prawdziwe czarne limo z przyciemnianymi szybami i po jej spojrzeniu widzę, że także nie zdążyła jeszcze go zamówić. Chuj z tym, wbijam do środka zaraz za nią, po czym zaczepiam szofera -
Na lotnisko, poprosimy - koleś w pierwszej chwili patrzy na mnie dziwnie -
Na lotnisko? Ale mieliśmy - zaczyna, zerkając na nas podejrzliwie -
Tak, tak, ale zmieniliśmy zdanie, odwdzięczymy się - od razu wyjmuję z torby kilka banknotów, które wciskam mu dosłownie w butonierkę. Na widok dodatkowych kilku stówek oczy aż mu się świecą, więcej pytań nie ma, kiwa jedynie głową i ruszamy -
Będzie ci przeszkadzać jak będziemy się tu pieprzyć? - zerkam na jego twarz odbijającą się w przednim lusterku -
Słucham?... - chyba liczy na to, że się przesłyszał, albo że wcale tego nie powiedziałem -
Nie nic, żartowałem - odpycham się od przednich siedzeń i opadam na to tylne, tuż obok Gabi. Rozglądam się po wnętrzu, elegancko, jest nawet szampan, którego otwieram z hukiem, a także kieliszki, ale chyba obejdziemy się bez nich, bo pierwsze łyki spijam prosto z butelki i flaszkę podaje także swojej towarzyszce. Droga na lotnisko mija nam w uroczej atmosferze - raczymy się darmowymi bąbelkami i fantazjujemy o tym co będzie jeśli faktycznie uda się wylecieć z kraju. Tylko już na lotniskowym parkingu wszystko wygląda jakoś inaczej. Jasne, zawsze są tłumy, ale dzisiaj nie umyka mojej uwadze, że jest tu wyjątkowo dużo ludzi. W dodatku wyjątkowo zdenerwowanych - mam wrażenie, że wszyscy palą papierosa za papierosem, a wokół roznoszą się wyjątkowo nerwowe rozmowy w różnych językach. Żegnamy się z szoferem i kiedy wysiądziemy z limuzyny to od razu łapię Gabę mocno za rękę, zerkam na nią z ukosa -
Gotowa jesteś? - czuję, że pocą mi się ręce, a serce bije coraz mocniej. Ja nie jestem, ale bardziej nie będę. Rozglądam się po tych wszystkich zdenerwowanych ludziach, natomiast kiedy przekraczamy próg lotniska to wszystko staje się jasne. Wewnątrz jeszcze wiekszy tłum na walizkach, a kiedy wznosimy spojrzenia na tablicę to widzimy, że połowa lotów jest opóźniona, a druga połowa odwołana. Wokół lekki chaos, chociaż gdzieś między nim widzimy sprawców tego zamieszania - cała zgraja strajkujących pracowników. Ktoś ma transparent, ktoś coś krzyczy przez megafon, kilka osób siedzi na ziemi, a jedna nawet jeździ wokół na wrotkach. Posyłam Gabrieli zdziwione spojrzenie, po czym macham głową, żebyśmy podeszli bliżej, ciągnę ją za sobą -
Cześć, a co tu się dzieje? - zagaduję pierwszego lepszego typa w pracowniczym uniformie, a on rzuca mi takie spojrzenie jakby zaraz miał mnie zagryźć -
Strajkujemy, a co? Nie widać? - od razu jest nastawiony na awanturę, jednak unoszę wolną rękę w geście poddania, drugą wciąż zaciskam na dłoni Gabi -
Spokojnie, ja akurat jestem po waszej stronie - kiwam łbem. Bardzo szanowałem prawo każdego człowieka do wyrażania swoich poglądów, tym bardziej jeśli chodziło o prawa pracownika i walkę z ogromną korporacją. Koleś zerka na mnie nieco łagodniej, choć wciąż wysoko unosi jedną brew z takim
to na chuj trujesz dupę? -
Słuchaj, tak się składa, że właśnie zajebaliśmy milion dolarów i chcieliśmy opuścić kraj, jest szansa, że to się dzisiaj uda? - rzucam na lajcie, bo wiem, że i tak mi nie uwierzy. Facet przez chwilę milczy, po czym parska głośnym śmiechem -
Dzisiaj? Nie ma szans, dzisiaj nie wyleci stąd żaden samolot, więc musicie odwołać swoją akcję - kręci głową -
A jutro? - dopytuję, ale wzrusza ramionami -
Jutro? To zależy czy zarząd będzie chciał z nami rozmawiać - w tym momencie ktoś przez megafon krzyczy
kto nie skacze ten z zarządu! i wszyscy zaczynają skakać, albo krzyczeć, albo wszystko na raz. Wzdycham przeciągle, odciągając Gabę kawałek dalej -
No i co teraz? Chyba nici z naszego planu? - trochę czuję ulgę. Trochę zawód.
Gabriela R. Blais