34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Moje gumowe ucho rejestruje jakieś niepokojące dźwięki awantury dochodzące gdzieś z oddali, ale chyba nie chcę o tym myśleć, w zamian odpalając kolejnego papierosa. Gdzieś pod moimi nogami leżą już trzy kiepy, a kiedy nagle zza rogu wyskakuje Gabriela i mija mnie bez słowa chowając się w aucie, to dołącza do nich czwarty, na wpół wypalony. Przygaszam szluga butem, po czym ruszam za nią - Co jest Ga - zaczynam, ale zatrzaskuje mi drzwi dosłownie przed nosem, więc obchodzę auto i wbijam się na siedzenie pasażera. Znowu unoszę ciemne okulary na łeb, zamykam za sobą drzwi od samochodu i wreszcie wbijam spojrzenie w dziewczynę, patrząc jak śmieje się do kubka. Czy to już ten moment, w którym ją popierdoliło? - Co się stało? - ponawiam pytanie. Wyglądała chujowo, prawie tak tragicznie jak wtedy, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy po długiej przerwie. Nie mówię, że ma nie płakać, bo sam ledwo się przed tym powstrzymuję - Spójrz na mnie - rzucam, a kiedy odwraca twarz w moją stronę, to unoszę obie ręce, by ująć w dłonie jej policzki - Rozmazałaś się - zauważam, bardzo zresztą odkrywczo i przecieram kciukami łzy spływające jej z oczu. W zasadzie rozmazuję tusz jeszcze bardziej, ale w tym momencie to nie ma znaczenia. Chciałbym powiedzieć, że przecież wszystko będzie dobrze, tylko prawdę mówiąc nie wiem czy będzie. Być może będzie bardzo źle. Przez chwilę patrzę w te mokre, czerwone ślepia, a potem opuszczam spojrzenie na jej dłoń, zaciśniętą na kubku od szejka i dostrzegam czerwone plamy na wpół zaschniętej krwi. Wzdycham przeciągle - Mam nadzieję, że nie wyprułaś mu flaków - mówię, po czym delikatnie wysuwam z jej palców papierowe naczynie, umieszczając je w stojaku na kubek - Pokaż, bardzo boli? - pytam i sięgam po chusteczki, które znajdują się we wnętrzu torby z McDonalda. Delikatnie zaczynam przecierać dziewczęce ręce, zaś brudne kawałki papieru rzucam sobie pod nogi na wycieraczkę. Trwa to dłuższą chwilę, a ja nic nie mówię, nawet jeśli cisza wydaje mi się teraz bardzo złowieszcza oraz wyjątkowo męcząca, tak gęsta, że możnaby kroić ją nożem. Może nawet takim do masła. Zgniatam w dłoni ostatnią poplamioną chusteczkę, po czym wreszcie wracam spojrzeniem do jej twarzy - Chyba już lepiej, co? - silę się na wyjątkowo blady uśmiech, w kurwę wymuszony, co pewnie widać na pierwszy rzut oka, ale w sumie nie widzę powodów do radości - Chodź do mnie - dodaję, prawie że szeptem i delikatnie ciągnę ją w swoją stronę by zamknąć jej ciało w mocnym uścisku, przez chwilę głaszczę ją po rudej czuprynie - Będzie - jak? Waham się przez ułamek sekundy - jakoś. Najważniejsze, że dziecko rozwija się prawidłowo, prawda? - na ten moment to jedyne pocieszenie, które znajduję, ale kiedy lekko się cofam, wypuszczając ją z uścisku, to moje usta na nowo wykrzywia delikatny uśmiech - Jak chcesz to i tak możesz dać mu na imię Nabuchodonozor - żartuję, żeby chociaż na krótką chwilę się uśmiechnęła - Gdzie jest Noe? - dopytuję i praktycznie od razu dodaję - Chcesz żebym prowadził w drugą stronę?

Gabriela R. Blais Noe Villeneuve-Scott
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
26 y/o
Welkom in Canada
185 cm
miał szukać pracy jako dziennikarz a zakłada krawaty nieboszczykom
Awatar użytkownika
absolwent dziennikarstwa i gość od pogrzebów
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Paliło. Policzek pulsował piekącym bólem, a w uszach wciąż dźwięczał jej krzyk. Noe stał nieruchomo, z dłonią mimowolnie uniesioną do twarzy. Gabi włożyła w ten cios całą swoją wściekłość, cały popierdolony, skumulowany stres, który rozsadzał ją od środka, a on przyjął to na klatę, nawet nie mrugnąwszy okiem. Słuchał jej wrzasków o zazdrości, o tym, że znowu robi jej jazdy z powodu Patela. Każde słowo cięło powietrze jak brzytwa. Kiedy rzuciła mu w twarz, że chciałaby, aby to William był ojcem, bo jako jedyny ćpał tyle, co ona, poczuł, jak coś w nim pęka. Nie ze złości, tylko cholernego żalu. Chciał dobrze. Kontaktuj się ze mną tylko w sprawie dziecka Ten komunikat uderzył mocniej niż liść. A potem go popchnęła i uderzyła pięścią w ścianę, odwracając się na pięcie. Odprowadził ją wzrokiem, nie ruszył za nią od razu. Jaki to miało sens? Żeby znowu usłyszeć, że niszczy jej życie i że ich przyjaźń nie ma sensu? Oparł się plecami o ścianę budynku, osunął powoli w dół i usiadł ziemi, wyciągając z kieszeni telefon, pisząc do Elsy wiadomość.
Zza rogu dobiegały go przytłumione głosy i odgłos zamykanych drzwi wozu. Patel miał ten pieprzony dar, potrafił odwrócić jej uwagę od gówna, w którym tkwiła, podczas gdy on zawsze zmuszał ją do spojrzenia prawdzie w oczy i za to go teraz nienawidziła. Wstał, otrzepał spodnie i ruszył w stronę parkingu. Wbił się na tylny fotel, niemal rozgniatając leżącą na nim torbę z jedzeniem. Policzek wciąż miał czerwony, z odciśniętymi na nim palcami.
- Boże, Gabi, ty jesteś tak jebaną egoistką, że to się w głowie nie mieści! - huknął, a jego głos wypełnił auto. - Tylko ty, twoje emocje, twoja panika, twoje kurwa wszystko! A pomyślałaś, chociaż przez jedną jebaną sekundę, jak ja się czuję? Zastanowiłaś się, jak ja reaguję na ten cały stres?! Te moje złośliwości i cholerne uszczypliwości to było kurwa jedyne, co trzymało mnie w pionie, żeby tam nie oszaleć! Żeby nie roznieść tej poczekalni! Każdy ma swój sposób, żeby nie zwariować, ale ty oczywiście masz to głęboko w piździe, bo na tym świecie liczy się tylko Gabriela! - Spojrzał na nią z wściekłością, a potem przeniósł na moment wzrok na Williama, który siedział obok niej. - I nie, nie mam żadnego problemu z Billem ani z tym, co was łączy. Mam to gdzieś! Uznałem po prostu, że koleś zachowuje się jak totalny pajac z tym swoim lataniem dookoła i gadaniem o samolotach, bo ja przeżywam to inaczej! Ale dla ciebie to już jest zazdrość i robienie jazd. Ty naprawdę widzisz tylko koniec własnego nosa! I masz absolutną rację, nie będziemy udawać żadnej rodzinki! Toksycznych, popierdolonych rodzin na tym świecie jest już wystarczająco dużo, żebyśmy mieli tworzyć kolejną patologię! Chciałaś relacji tylko w sprawie dziecka? Idealnie. Dostaniesz ją. - Wbił wzrok w przestrzeń za oknem i ignorując truskawkowy zapach shake’a, który nagle wydał mu się skrajnie duszący.
Ja pierdolę, będę ojcem. Kontaktuj się ze mną tylko w sprawie dziecka.
No i chuj, niech tak będzie. Skoro ruda chciała wojny, to dostanie ją. Żadnych ratowania z opresji, gdy Madox dowie się o Jaguarze, żadnego bycia pod telefonem na każde jej skinienie. Zdał sobie sprawę, że w gruncie rzeczy czuje ulgę. Nie musieli już niczego udawać, nie musieli silić się na sztuczną przyjaźń. Wszystko stało się jasne. Będzie ojcem, ale dla Gabrieli będzie nikim i po raz pierwszy od bardzo dawna uznał, że to uczciwy układ.

Gabriela R. Blais William N. Patel
pączek
nie lubię przejmowania kontroli nad moją postacią i braku dynamiki oraz rozwoju wątków, w każdej innej kwestii się dogadamy
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Co się stało?
Żeby odpowiedzieć na to pytanie, potrzebowałaby całego pieprzonego dnia. Więc zamiast kolejnych słów, pociągnęła nosem i pozwoliła łzom płynąć po policzkach. - Chuj z tym. - machnęła dłonią, ale mimowolnie zerknęła w lusterko i cicho jęknęła, widząc pod oczami czarne plamy. I tak nie miała jak tego naprawić, więc w sumie jebać. Teraz miała ważniejsze sprawy na głowie. I zero siły na cokolwiek.
- Nie... - odpowiedziała w sumie już nie wiedziała, na które jego pytanie, ale pozwoliła mu zadbać o siebie. Bolało i to cholernie, ale na jej twarzy nie pojawił się nawet cień grymasu. - Śmiecisz. - zwróciła jego uwagę, bo to akurat był absurdalny widok. Niemal ten sam poziom, gdy Patel groził staruszce nożem do masła. Jego pedantyczne zmysły zapewne wariowały od tego całego burdelu, ale była mu wdzięczna, że na ten jeden krótki moment, po prostu ją przytulił. Nie było co się oszukiwać. Sytuacja była stabilna, jak jej babcia pod prysznicem.
- Ja ledwo umiem to wymówić. - wyszeptała, ale faktycznie kącik jej ust uniósł się do góry. - Chcesz prowadzić? - tym ją zaskoczył. Wyciągnęła w jego kierunku dłoń, a na palcu zwisały kluczyki do BMW. To był bardzo zły pomysł. Ale skoro Patel zaproponował, tak radykalne środki, to musiała uwierzyć mu na słowo, że wyglądała tak jak się czuła.
Ten piękny moment spokoju i harmonii wszechświata został zakłócony głosem Noe. Przymknęła oczy, słuchając całej tej tyrady, czując jak ciśnienie jej skacze na samą obecność mężczyzny. Po co komu kawa z samego rana? Wystarczy dać się przelecieć pięciu facetom i zajść w ciążę.
- Nie moja wina, że oczy cipą ci zarosły i żyłeś przez te lata w swoim wyimaginowanym świecie! Od mojego powrotu robisz mi jazdy o wszystko! Nie idzie z tobą normalnie porozmawiać, bo wiecznie masz pierdolone oczekiwania! Mam cię przepraszać, że patrzę na siebie nosząc twoje pierdolone dziecko pod sercem?! - chwyciła za tego szejka i cisnęła kubkiem w stronę Noe. Dorzuciła jeszcze kilka zimnych frytek, bo to jedyne co przez następne miesiące od niej dostanie. - Wspaniale! Nie mogę się kurwa doczekać aż w końcu dasz mi spokój! Mam już dość słuchania kazań wiecznie pokrzywdzonego szczeniaczka. Graj sobie dalej rolę ofiary. I masz rację! Dla tego dziecka, to będzie najlepsze rozwiązanie, bo nie chcę, żeby mój syn wyrósł na jebaną pizdę! Co?! Może jeszcze raz nazwiesz mnie dziwką?! Nasz syn z chęcią posłucha sobie tych zajebistych historii. Tylko nie przychodź już do mnie ze swoimi kolejnymi gówno wartymi przeprosinami! - krzyczała dalej, chociaż najchętniej to przecisnęłaby się pomiędzy fotelami i udusiłaby go na tej tylnej kanapie. Nawet już była na kolanach, odwrócona do niego całym swoim ciałem. Zaciskała palce na pasie bezpieczeństwa, który mogłaby okręcić wokół jego szyi.
Wtedy poczuła ból.
Spojrzała w dół i z jękiem opadła na fotel, żeby wsunąć dłoń pomiędzy uda. Na palcach został jej jasny ślad krwi. - Kurwa... Zaraz wracam. - prawie uderzyła drzwiczkami w stojący obok samochód. Jednak tym razem obyło się bez żadnych rys oraz kolizji. Ruszyła biegiem do kliniki i dopadła biedną recepcjonistkę, chaotycznie tłumacząc jej sytuację. Zaraz już siedziała u tego samego ginekologa, który wcześniej ją badał, a typiary na korytarzu walczyły ze wścieklizną, że ktoś wszedł bez kolejki. Zaliczyła kilka badań. Dostała więcej recept i termin kolejnej wizyty. I po raz setny usłyszała, że ma się nie denerwować.
- Jest dobrze. To po badaniu ginekologicznym. Spanikowałam. - powiedziała od razu podchodząc do auta. - Nie jestem w stanie prowadzić. Macie klucze. - podała któremuś z nich klucze i usiadła na miejscu pasażera.
Chciała jechać już do domu.

William N. Patel Noe Villeneuve-Scott
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Noe wpada na tylną kanapę i się zaczyna obustronna tyrada i wkurwione kłapanie jadaczkami. Dosłownie rzucają się sobie do gardeł jak wściekłe psy. Może nawet mógłbym próbować uspokoić którąś ze stron, tylko w sumie po co? Po pierwsze to byłem nawet ciekaw dalszego rozwoju wydarzeń, po drugie to była sprawa między nimi, a po trzecie nawet lubiłem dramy, które niekoniecznie mnie dotyczyły. Obserwuję więc tą wymianę zdań, jedynie opuszczając na oczy ciemne okulary. A potem Gaba nagle wychodzi, a ja dosłownie załamuję ręce - Ale syf - mówię, zaplatając łapy na piersi, tylko ciężko stwierdzić czy komentuję zaistniałą sytuację czy nieporządek w aucie. Z tym pierwszym nic nie mogę zrobić, ale pierdolnik zawsze można sprzątnąć. Zaglądam do pustej torby po maczku i zaczynam zbierać do niej śmieci - brudne chusteczki, puste opakowania i co większe okruchy, a nawet jebane kiepy, które mi się walały pod nogami jak siedziałem na krawężniku. Niegrzecznie by było zostawić po sobie taki burdel. Nie jest tajemnicą, że sprzątanie mnie uspokaja, więc nawet nie wiem kiedy zaczynam zbierać z parkingu jakieś papierki po batonach rzucone tu przez innych gości kliniki, kurwa. Palę przy tym kolejnych kilka fajek, moje płuca zostały tak ostro przeorane ostatnim razem chyba wtedy jak waliłem wiadra na balkonie, świętując dwudziestego kwietnia bieżącego roku. W końcu wyrzucam torbę do śmietnika i kiedy Gaba pojawia się przy aucie to odbieram od niej kluczyki. Wskakuję na miejsce kierowcy - Dobra, ja prowadzę, od tej pory w tym samochodzie obowiązuje jedna zasada - unoszę w górę palec wskazujący, a z dalszą częścią monologu kieruje go najpierw w stronę Gabrieli, potem Noe, zaraz za nim podąża moje spojrzenie - Żadnych kłótni, jak usłyszę chociaż jedno podniesione słowo to opcje są dwie - gadam dalej, w międzyczasie ustawiając sobie fotel, lusterka, zagłówek oraz zapinając pasy - Albo rozpierdalamy się na najbliższym drzewie i giniemy na miejscu i to będzie tylko i wyłącznie wasza wina - a ktoś kto mnie zna chociaż trochę to wie doskonale, że wcale nie kłamię w tym momencie bo jestem na maksa chujowym kierowcą - Albo wysadzam was na pierwszym możliwym miejscu i wracam sam słuchając pierdolonego Mozarta na uspokojenie - zdecydowanie mniej tragiczna opcja - Mam nadzieję, że wszystko jasne. Dobra, to jedziemy, włącz jakieś radio - ostatni głęboki oddech i jazdunia. Ruszamy w drogę powrotną na nasze śmieci. Ostatni raz jak prowadziłem auto, to było podczas pościgu, do którego zostaliśmy z Madoxem mimowolnie wciągnięci przez bandziorów napadających na bank. Nawet nieźle mi poszło, a też jechałem w stresie, więc właściwie istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że dotrzemy do domu w jednym kawałku. Nawet pomimo tego, że gdzieś po drodze lunął deszcz, smutno i ciężko dudniąc o szyby auta. Teraz to dosłownie tylko patrzeć przez okno i udawać, że się jest w teledysku z lat 2000.

Gabriela R. Blais Noe Villeneuve-Scott
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”