Noe doskonale widział ten kpiący uśmieszek Williama w lusterku, kiedy krztusił się i dławił dymem na kanapie. Gówno go obchodziło, co sobie myśli o nim. Spróbował, sparzył się, zepsuł to – trudno, ale ten zadowolony z siebie ryj w lusterku tylko bardziej go nakręcał. Siedząc na tylnej kanapie i wciąż czując w gardle ohydny posmak po tym pieprzonym papierosie, Noe widział w lusterku jej wściekłe spojrzenie. Widział, jak mruży oczy i zaciska szczękę, jakby w myślach układała już plan morderstwa doskonałego. Chciała mu wydrapać oczy? Proszę bardzo, niech spróbuje. Sama zresztą dołożyła wszelkich starań, żeby po tych słowach o „skakaniu z chuja na chuja” nie zostało między nimi absolutnie nic. Gdy rzuciła kluczyki Patelowi, Noe tylko prychnął pod nosem. Patel za kierownicą to była komedia sama w sobie – usiadł tam tak spięty, jakby prowadził czołg, i od razu zaczął rozstawiać wszystkich po kątach ze swoimi pożal się boże zasadami. Noe kręcił głową na te jego teksty o uniesionym palcu i Mozarcie. Cała ta dwójka z przodu wyglądała jak zgrzytające ze sobą tryby w zepsutym zegarku, ale w tym momencie Noemu było już zupełnie wszystko jedno, kto z nich ich stąd wywiezie. Kiedy William wyskoczył z tą swoją prawniczą groźbą i tekstem o alimentach, od których miał się zesrać i płakać, parsknął cynicznym śmiechem. -
Oho, pan Mecenas z top pięć Toronto się odezwał! - wyśmiał go głośno, pochylając się do przodu. -
Postrasz mnie jeszcze skarbówką albo swoim dyplomem, Patel! Jedź, kurwa, prosto i patrz na drogę, zamiast strugać adwokata, bo alimenty płaci się za żywe dziecko, a ty nas zaraz rozwalisz na drzewie!
Widok Gabrieli, która z przerażeniem w oczach złapała za rączkę nad szybą, był niemal satysfakcjonujący, gdyby nie fakt, że sami siedzieli w tym wozie. William ruszał jak kursant na pierwszej lekcji, sprzęgło zgrzytało, a z głośników nagle lunęła jakaś smętna, przymulająca piosenkarka dla rozwódek. Noe opuścił głowę na zagłówek i przewrócił oczami. Ta muzyka brzmiała jak podkład pod pogrzeb, i patrząc na to, jak Patel radził sobie ze zmianą biegów, ten pogrzeb wcale nie był taki nierealny.
-
Ty w ogóle wiesz, do czego służy ten trzeci pedał od lewej, Patel, czy wziąłeś prawo jazdy z chipsów? - mruknął cynicznie z tyłu, słysząc, jak auto szarpie na pierwszym skrzyżowaniu.
Słuchał, jak Gabriela głośno instruuje Williama, zaciągając się powietrzem, dopóki ten nie posłał jej tego swojego morderczego spojrzenia. Gdy odwróciła się i wrzasnęła do niego z pyskaczeniem o zamknięciu pizdy i wyliczaniem, do kogo należy ten samochód, nachylił się do przodu. -
Sama zamknij ryj, Gabriela i nie mów mi, kurwa, co mam robić! - odpalił się od razu, ale nie zdążył wypowiedzieć kolejnego słowa. Nagle złapała za kierownicę i szarpnęła w bok. Auto zarzuciło z piskim opon, wjeżdżając z impetem na chodnik, podczas gdy jakiś wariat pędzący pod prąd minął ich o milimetry. Pas bezpieczeństwa wbił mu się w klatkę piersiową, wybijając mu resztki tchu. Oparł się o fotel, dysząc ciężko z wściekłości i skoku adrenaliny.
-
Dobrze, kurwa, że chociaż na koniec pomyślałaś głową - mruknął ostro z tyłu, nawet na nią nie patrząc. -
Bo jak prawniczek nas znowu poprowadzi, to nie dojedziemy nawet do najbliższych świateł. - Ta muzyka wciąż wyła z głośników, wbijając się w czaszkę jak szpilka. Smętne zawodzenie w połączeniu z zapachem rozlanego szejka i dymu było nie do zniesienia. Noe siedział skulony z tyłu, czekając, aż któryś z nich wreszcie wyciągnie te jebane kluczyki ze stacyjki. Słuchał jak William dopytuje Gabrielę, czy jest cała, a potem trzęsącymi się rękami gwałtownie wyciąga kluczyki ze stacyjki, zabraniając jej kierować.
-
I całe szczęście, bo wy oboje nadajecie się co najwyżej do jazdy na karuzeli w lunaparku - rzucił chłodno, przecierając twarz z potu. William bez słowa zaczął przeciskać się między przednimi fotelami, żeby usiąść na tyłach. Minął go, rzucając mu to swoje krótkie i niechętne spojrzenie, aż wreszcie rzucił kluczykami od BMW, a Noe złapał je w powietrzu pewnym ruchem. -
Przesuń swoje nogi, Mecenasie - rzucił szorstko, popychając drzwi i wysiadając, wprost pod siekający deszcz. Przeszedł przez ulewę, wsiadł za kółko i wyciszył w cholerę tę smętną muzykę dla rozwódek i ruszył. -
A teraz oboje zamknijcie gęby i dajcie mi po prostu dojechać - rzucił, wpatrując się w rozmazaną od deszczu drogę.
Gabriela R. Blais
William N. Patel