35 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Moje gumowe ucho rejestruje jakieś niepokojące dźwięki awantury dochodzące gdzieś z oddali, ale chyba nie chcę o tym myśleć, w zamian odpalając kolejnego papierosa. Gdzieś pod moimi nogami leżą już trzy kiepy, a kiedy nagle zza rogu wyskakuje Gabriela i mija mnie bez słowa chowając się w aucie, to dołącza do nich czwarty, na wpół wypalony. Przygaszam szluga butem, po czym ruszam za nią - Co jest Ga - zaczynam, ale zatrzaskuje mi drzwi dosłownie przed nosem, więc obchodzę auto i wbijam się na siedzenie pasażera. Znowu unoszę ciemne okulary na łeb, zamykam za sobą drzwi od samochodu i wreszcie wbijam spojrzenie w dziewczynę, patrząc jak śmieje się do kubka. Czy to już ten moment, w którym ją popierdoliło? - Co się stało? - ponawiam pytanie. Wyglądała chujowo, prawie tak tragicznie jak wtedy, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy po długiej przerwie. Nie mówię, że ma nie płakać, bo sam ledwo się przed tym powstrzymuję - Spójrz na mnie - rzucam, a kiedy odwraca twarz w moją stronę, to unoszę obie ręce, by ująć w dłonie jej policzki - Rozmazałaś się - zauważam, bardzo zresztą odkrywczo i przecieram kciukami łzy spływające jej z oczu. W zasadzie rozmazuję tusz jeszcze bardziej, ale w tym momencie to nie ma znaczenia. Chciałbym powiedzieć, że przecież wszystko będzie dobrze, tylko prawdę mówiąc nie wiem czy będzie. Być może będzie bardzo źle. Przez chwilę patrzę w te mokre, czerwone ślepia, a potem opuszczam spojrzenie na jej dłoń, zaciśniętą na kubku od szejka i dostrzegam czerwone plamy na wpół zaschniętej krwi. Wzdycham przeciągle - Mam nadzieję, że nie wyprułaś mu flaków - mówię, po czym delikatnie wysuwam z jej palców papierowe naczynie, umieszczając je w stojaku na kubek - Pokaż, bardzo boli? - pytam i sięgam po chusteczki, które znajdują się we wnętrzu torby z McDonalda. Delikatnie zaczynam przecierać dziewczęce ręce, zaś brudne kawałki papieru rzucam sobie pod nogi na wycieraczkę. Trwa to dłuższą chwilę, a ja nic nie mówię, nawet jeśli cisza wydaje mi się teraz bardzo złowieszcza oraz wyjątkowo męcząca, tak gęsta, że możnaby kroić ją nożem. Może nawet takim do masła. Zgniatam w dłoni ostatnią poplamioną chusteczkę, po czym wreszcie wracam spojrzeniem do jej twarzy - Chyba już lepiej, co? - silę się na wyjątkowo blady uśmiech, w kurwę wymuszony, co pewnie widać na pierwszy rzut oka, ale w sumie nie widzę powodów do radości - Chodź do mnie - dodaję, prawie że szeptem i delikatnie ciągnę ją w swoją stronę by zamknąć jej ciało w mocnym uścisku, przez chwilę głaszczę ją po rudej czuprynie - Będzie - jak? Waham się przez ułamek sekundy - jakoś. Najważniejsze, że dziecko rozwija się prawidłowo, prawda? - na ten moment to jedyne pocieszenie, które znajduję, ale kiedy lekko się cofam, wypuszczając ją z uścisku, to moje usta na nowo wykrzywia delikatny uśmiech - Jak chcesz to i tak możesz dać mu na imię Nabuchodonozor - żartuję, żeby chociaż na krótką chwilę się uśmiechnęła - Gdzie jest Noe? - dopytuję i praktycznie od razu dodaję - Chcesz żebym prowadził w drugą stronę?

Gabriela R. Blais Noe Villeneuve-Scott
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
26 y/o
Welkom in Canada
185 cm
miał szukać pracy jako dziennikarz a zakłada krawaty nieboszczykom
Awatar użytkownika
absolwent dziennikarstwa i gość od pogrzebów
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Paliło. Policzek pulsował piekącym bólem, a w uszach wciąż dźwięczał jej krzyk. Noe stał nieruchomo, z dłonią mimowolnie uniesioną do twarzy. Gabi włożyła w ten cios całą swoją wściekłość, cały popierdolony, skumulowany stres, który rozsadzał ją od środka, a on przyjął to na klatę, nawet nie mrugnąwszy okiem. Słuchał jej wrzasków o zazdrości, o tym, że znowu robi jej jazdy z powodu Patela. Każde słowo cięło powietrze jak brzytwa. Kiedy rzuciła mu w twarz, że chciałaby, aby to William był ojcem, bo jako jedyny ćpał tyle, co ona, poczuł, jak coś w nim pęka. Nie ze złości, tylko cholernego żalu. Chciał dobrze. Kontaktuj się ze mną tylko w sprawie dziecka Ten komunikat uderzył mocniej niż liść. A potem go popchnęła i uderzyła pięścią w ścianę, odwracając się na pięcie. Odprowadził ją wzrokiem, nie ruszył za nią od razu. Jaki to miało sens? Żeby znowu usłyszeć, że niszczy jej życie i że ich przyjaźń nie ma sensu? Oparł się plecami o ścianę budynku, osunął powoli w dół i usiadł ziemi, wyciągając z kieszeni telefon, pisząc do Elsy wiadomość.
Zza rogu dobiegały go przytłumione głosy i odgłos zamykanych drzwi wozu. Patel miał ten pieprzony dar, potrafił odwrócić jej uwagę od gówna, w którym tkwiła, podczas gdy on zawsze zmuszał ją do spojrzenia prawdzie w oczy i za to go teraz nienawidziła. Wstał, otrzepał spodnie i ruszył w stronę parkingu. Wbił się na tylny fotel, niemal rozgniatając leżącą na nim torbę z jedzeniem. Policzek wciąż miał czerwony, z odciśniętymi na nim palcami.
- Boże, Gabi, ty jesteś tak jebaną egoistką, że to się w głowie nie mieści! - huknął, a jego głos wypełnił auto. - Tylko ty, twoje emocje, twoja panika, twoje kurwa wszystko! A pomyślałaś, chociaż przez jedną jebaną sekundę, jak ja się czuję? Zastanowiłaś się, jak ja reaguję na ten cały stres?! Te moje złośliwości i cholerne uszczypliwości to było kurwa jedyne, co trzymało mnie w pionie, żeby tam nie oszaleć! Żeby nie roznieść tej poczekalni! Każdy ma swój sposób, żeby nie zwariować, ale ty oczywiście masz to głęboko w piździe, bo na tym świecie liczy się tylko Gabriela! - Spojrzał na nią z wściekłością, a potem przeniósł na moment wzrok na Williama, który siedział obok niej. - I nie, nie mam żadnego problemu z Billem ani z tym, co was łączy. Mam to gdzieś! Uznałem po prostu, że koleś zachowuje się jak totalny pajac z tym swoim lataniem dookoła i gadaniem o samolotach, bo ja przeżywam to inaczej! Ale dla ciebie to już jest zazdrość i robienie jazd. Ty naprawdę widzisz tylko koniec własnego nosa! I masz absolutną rację, nie będziemy udawać żadnej rodzinki! Toksycznych, popierdolonych rodzin na tym świecie jest już wystarczająco dużo, żebyśmy mieli tworzyć kolejną patologię! Chciałaś relacji tylko w sprawie dziecka? Idealnie. Dostaniesz ją. - Wbił wzrok w przestrzeń za oknem i ignorując truskawkowy zapach shake’a, który nagle wydał mu się skrajnie duszący.
Ja pierdolę, będę ojcem. Kontaktuj się ze mną tylko w sprawie dziecka.
No i chuj, niech tak będzie. Skoro ruda chciała wojny, to dostanie ją. Żadnych ratowania z opresji, gdy Madox dowie się o Jaguarze, żadnego bycia pod telefonem na każde jej skinienie. Zdał sobie sprawę, że w gruncie rzeczy czuje ulgę. Nie musieli już niczego udawać, nie musieli silić się na sztuczną przyjaźń. Wszystko stało się jasne. Będzie ojcem, ale dla Gabrieli będzie nikim i po raz pierwszy od bardzo dawna uznał, że to uczciwy układ.

Gabriela R. Blais William N. Patel
pączek
nie lubię przejmowania kontroli nad moją postacią i braku dynamiki oraz rozwoju wątków, w każdej innej kwestii się dogadamy
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Co się stało?
Żeby odpowiedzieć na to pytanie, potrzebowałaby całego pieprzonego dnia. Więc zamiast kolejnych słów, pociągnęła nosem i pozwoliła łzom płynąć po policzkach. - Chuj z tym. - machnęła dłonią, ale mimowolnie zerknęła w lusterko i cicho jęknęła, widząc pod oczami czarne plamy. I tak nie miała jak tego naprawić, więc w sumie jebać. Teraz miała ważniejsze sprawy na głowie. I zero siły na cokolwiek.
- Nie... - odpowiedziała w sumie już nie wiedziała, na które jego pytanie, ale pozwoliła mu zadbać o siebie. Bolało i to cholernie, ale na jej twarzy nie pojawił się nawet cień grymasu. - Śmiecisz. - zwróciła jego uwagę, bo to akurat był absurdalny widok. Niemal ten sam poziom, gdy Patel groził staruszce nożem do masła. Jego pedantyczne zmysły zapewne wariowały od tego całego burdelu, ale była mu wdzięczna, że na ten jeden krótki moment, po prostu ją przytulił. Nie było co się oszukiwać. Sytuacja była stabilna, jak jej babcia pod prysznicem.
- Ja ledwo umiem to wymówić. - wyszeptała, ale faktycznie kącik jej ust uniósł się do góry. - Chcesz prowadzić? - tym ją zaskoczył. Wyciągnęła w jego kierunku dłoń, a na palcu zwisały kluczyki do BMW. To był bardzo zły pomysł. Ale skoro Patel zaproponował, tak radykalne środki, to musiała uwierzyć mu na słowo, że wyglądała tak jak się czuła.
Ten piękny moment spokoju i harmonii wszechświata został zakłócony głosem Noe. Przymknęła oczy, słuchając całej tej tyrady, czując jak ciśnienie jej skacze na samą obecność mężczyzny. Po co komu kawa z samego rana? Wystarczy dać się przelecieć pięciu facetom i zajść w ciążę.
- Nie moja wina, że oczy cipą ci zarosły i żyłeś przez te lata w swoim wyimaginowanym świecie! Od mojego powrotu robisz mi jazdy o wszystko! Nie idzie z tobą normalnie porozmawiać, bo wiecznie masz pierdolone oczekiwania! Mam cię przepraszać, że patrzę na siebie nosząc twoje pierdolone dziecko pod sercem?! - chwyciła za tego szejka i cisnęła kubkiem w stronę Noe. Dorzuciła jeszcze kilka zimnych frytek, bo to jedyne co przez następne miesiące od niej dostanie. - Wspaniale! Nie mogę się kurwa doczekać aż w końcu dasz mi spokój! Mam już dość słuchania kazań wiecznie pokrzywdzonego szczeniaczka. Graj sobie dalej rolę ofiary. I masz rację! Dla tego dziecka, to będzie najlepsze rozwiązanie, bo nie chcę, żeby mój syn wyrósł na jebaną pizdę! Co?! Może jeszcze raz nazwiesz mnie dziwką?! Nasz syn z chęcią posłucha sobie tych zajebistych historii. Tylko nie przychodź już do mnie ze swoimi kolejnymi gówno wartymi przeprosinami! - krzyczała dalej, chociaż najchętniej to przecisnęłaby się pomiędzy fotelami i udusiłaby go na tej tylnej kanapie. Nawet już była na kolanach, odwrócona do niego całym swoim ciałem. Zaciskała palce na pasie bezpieczeństwa, który mogłaby okręcić wokół jego szyi.
Wtedy poczuła ból.
Spojrzała w dół i z jękiem opadła na fotel, żeby wsunąć dłoń pomiędzy uda. Na palcach został jej jasny ślad krwi. - Kurwa... Zaraz wracam. - prawie uderzyła drzwiczkami w stojący obok samochód. Jednak tym razem obyło się bez żadnych rys oraz kolizji. Ruszyła biegiem do kliniki i dopadła biedną recepcjonistkę, chaotycznie tłumacząc jej sytuację. Zaraz już siedziała u tego samego ginekologa, który wcześniej ją badał, a typiary na korytarzu walczyły ze wścieklizną, że ktoś wszedł bez kolejki. Zaliczyła kilka badań. Dostała więcej recept i termin kolejnej wizyty. I po raz setny usłyszała, że ma się nie denerwować.
- Jest dobrze. To po badaniu ginekologicznym. Spanikowałam. - powiedziała od razu podchodząc do auta. - Nie jestem w stanie prowadzić. Macie klucze. - podała któremuś z nich klucze i usiadła na miejscu pasażera.
Chciała jechać już do domu.

William N. Patel Noe Villeneuve-Scott
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
35 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Noe wpada na tylną kanapę i się zaczyna obustronna tyrada i wkurwione kłapanie jadaczkami. Dosłownie rzucają się sobie do gardeł jak wściekłe psy. Może nawet mógłbym próbować uspokoić którąś ze stron, tylko w sumie po co? Po pierwsze to byłem nawet ciekaw dalszego rozwoju wydarzeń, po drugie to była sprawa między nimi, a po trzecie nawet lubiłem dramy, które niekoniecznie mnie dotyczyły. Obserwuję więc tą wymianę zdań, jedynie opuszczając na oczy ciemne okulary. A potem Gaba nagle wychodzi, a ja dosłownie załamuję ręce - Ale syf - mówię, zaplatając łapy na piersi, tylko ciężko stwierdzić czy komentuję zaistniałą sytuację czy nieporządek w aucie. Z tym pierwszym nic nie mogę zrobić, ale pierdolnik zawsze można sprzątnąć. Zaglądam do pustej torby po maczku i zaczynam zbierać do niej śmieci - brudne chusteczki, puste opakowania i co większe okruchy, a nawet jebane kiepy, które mi się walały pod nogami jak siedziałem na krawężniku. Niegrzecznie by było zostawić po sobie taki burdel. Nie jest tajemnicą, że sprzątanie mnie uspokaja, więc nawet nie wiem kiedy zaczynam zbierać z parkingu jakieś papierki po batonach rzucone tu przez innych gości kliniki, kurwa. Palę przy tym kolejnych kilka fajek, moje płuca zostały tak ostro przeorane ostatnim razem chyba wtedy jak waliłem wiadra na balkonie, świętując dwudziestego kwietnia bieżącego roku. W końcu wyrzucam torbę do śmietnika i kiedy Gaba pojawia się przy aucie to odbieram od niej kluczyki. Wskakuję na miejsce kierowcy - Dobra, ja prowadzę, od tej pory w tym samochodzie obowiązuje jedna zasada - unoszę w górę palec wskazujący, a z dalszą częścią monologu kieruje go najpierw w stronę Gabrieli, potem Noe, zaraz za nim podąża moje spojrzenie - Żadnych kłótni, jak usłyszę chociaż jedno podniesione słowo to opcje są dwie - gadam dalej, w międzyczasie ustawiając sobie fotel, lusterka, zagłówek oraz zapinając pasy - Albo rozpierdalamy się na najbliższym drzewie i giniemy na miejscu i to będzie tylko i wyłącznie wasza wina - a ktoś kto mnie zna chociaż trochę to wie doskonale, że wcale nie kłamię w tym momencie bo jestem na maksa chujowym kierowcą - Albo wysadzam was na pierwszym możliwym miejscu i wracam sam słuchając pierdolonego Mozarta na uspokojenie - zdecydowanie mniej tragiczna opcja - Mam nadzieję, że wszystko jasne. Dobra, to jedziemy, włącz jakieś radio - ostatni głęboki oddech i jazdunia. Ruszamy w drogę powrotną na nasze śmieci. Ostatni raz jak prowadziłem auto, to było podczas pościgu, do którego zostaliśmy z Madoxem mimowolnie wciągnięci przez bandziorów napadających na bank. Nawet nieźle mi poszło, a też jechałem w stresie, więc właściwie istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że dotrzemy do domu w jednym kawałku. Nawet pomimo tego, że gdzieś po drodze lunął deszcz, smutno i ciężko dudniąc o szyby auta. Teraz to dosłownie tylko patrzeć przez okno i udawać, że się jest w teledysku z lat 2000.

Gabriela R. Blais Noe Villeneuve-Scott
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
26 y/o
Welkom in Canada
185 cm
miał szukać pracy jako dziennikarz a zakłada krawaty nieboszczykom
Awatar użytkownika
absolwent dziennikarstwa i gość od pogrzebów
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kiedy Gabriela parsknęła wściekle o oczach zarastających cipą i nazwała go jebaną pizdą, Noe stracił jakiekolwiek hamulce. Cała jego cierpliwość i próby zachowania spokoju, szlag trafił.
- Może i mi, kurwa, zarosły, ale to ty skaczesz z chuja na chuja i wiecznie szukasz jebanego bolca, żeby ci zorganizował życie! - ryczał jej prosto w twarz. - Od mojego powrotu to ty robisz ze wszystkiego pieprzony dramat, bo nie potrafisz znieść myśli, że świat nie kręci się wokół twojej rudej głowy! Mam oczekiwania?! Tak, kurwa, mam oczekiwanie, żebyś chociaż raz w swoim życiu nie zachowywała się jak jebany pępek świata!
Był tak wściekły, że aż go dławiło w gardle. W głowie miał tylko wielkie poczucie niesprawiedliwości. Przecież od samego początku to on musiał być tym opanowanym, tym dorosłym, a ona ciągle robiła o wszystko dramy i zgrywała niedostępną księżniczkę, a teraz robiła z niego potwora i niedojrzałego gówniarza tylko dlatego, że nie chciał tańczyć tak, jak ona mu zagra. Miał już tego serdecznie dość. Miał dość jej ciągłych pretensji, wyzwisk i robienia z siebie jedynej poszkodowanej w tej całej popierdolonej sytuacji. Oberwał w klatkę piersiową kubkiem po szejku i resztką frytek, ale to tylko dolewało oliwy do ognia. Kubek odbił się i spadł na podłogę, a różowa paćka zabrudziła mu spodnie. Nawet na to nie spojrzał.
- I nie, kurwa, nie nazwałem cię dziwką, więc nie wkładaj mi w usta słów, których nie powiedziałem, żeby zrobić z siebie jeszcze większą męczennicę! - kontynuował, drąc się tak głośno, że aż uszy bolały. - Chcesz opowiadać synowi bajki o ojcu-pizdzie?! Proszę bardzo! Ale to ty ryczysz po kątach, bo geny Billa nie wygrały w tej loterii! Wydrzyj się jeszcze głośniej, może cały parking usłyszy, jaka jesteś biedna i poszkodowana! Wydrzyj się tak, żeby w tej klinice wszyscy usłyszeli, jaka z ciebie biedna dziewczynka! - Chciał, żeby ją to zabolało. Naprawdę chciał, żeby poczuła chociaż ułamek tego szamba, które wlewała w niego od tygodni.
Gabriela nagle zbladła, opadła ciężko na fotel, i po jej krótkim, rzuconym przez zęby „Kurwa... Zaraz wracam” , wybiegła z auta w stronę kliniki, a gdy tylko drzwiczki się zatrzasnęły, w aucie zaległa cisza. Noe cały chodził z nerwów i zdecydowanie musiał z siebie spuścić to cholerne napięcie. Nachylił się gwałtownie z tylnego siedzenia do przodu.
- Patel... Daj mi szluga - rzucił szorstkim głosem, wyciągając rękę w stronę Williama, który pewnie sięgnął do kieszeni i podał fajkę na tył. Noe złapał szluga w zęby, zbliżył twarz do ognia i zaciągnął się głęboko, tak jak widział u innych, wciągając dym do płuc, jednak zamiast spokoju, złapał go atak kaszlu. Siedział na tylnej kanapie i mocno dyszał. Złość, która przed chwilą go rozsadzała, nagle zastąpił głupi, strach. Co jeśli przez tę awanturę coś stało się dziecku? Co jeśli to przez niego, przez to, że się darł i doprowadził ją do takiego stanu? Mógł mieć dość Gabrieli, mógł jej nienawidzić za te wszystkie obelgi, ale tam w środku był jego syn. Zastanawiał się, czy powinien tam za nią pobiec, czy zostać w aucie, ale Ruda wróciła i rzuciła, spanikowała. Poczucie ulgi wymieszało się z wściekłością na tę sytuację i na to, że znowu go tak wystraszyła.
- I całe szczęście, kurwa, bo w tym stanie rozwaliłabyś nas na pierwszym skrzyżowaniu - mruknął pod nosem, wypuszczając powietrze przez zęby. William wreszcie usiadł za kierownicą, wcześniej zaczął zbierać syf do torby – brudne chusteczki, puste opakowania i kiepy z podłogi i kiedy w końcu wyrzucił śmieci do kosza, wskoczył za kółko, i zaczął swój monolog o zasadach w samochodzie, to Noe parsknął śmiechem.
- Zamknij się z tym Mozartem, Patel, i po prostu jedź, bo zaraz sam cię wysadzę z tego wozu - rzucił ostro z tyłu, opierając głowę o zagłówek, gdy auto wreszcie ruszyło, zaczął walić deszcz. Noe gapił się w mokrą szybę i wiedział jedno, po tej dzisiejszej akcji nie ma już absolutnie żadnego powrotu do normalnej relacji z Gabrielą.
Gabriela R. Blais William N. Patel
pączek
nie lubię przejmowania kontroli nad moją postacią i braku dynamiki oraz rozwoju wątków, w każdej innej kwestii się dogadamy
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

I tak długo wytrzymali, biorąc pod uwagę wszelkie spotkania, które kończyły się kłótnią z tym parszywym gnojkiem - Noe. Po tym, jakie słowa padły pomiędzy nimi, to powinna odciąć mu język i wydrapać oczy. I zrobiłaby to, gdyby nie jebany Kodeks Karny, który działał czasami na nią jako jedyny hamulec. Bo o ile wiele zbrodni można było zatuszować, o tyle śmierć przykładnego obywatela, pracownika, a tym bardziej osoby płacącej podatki, byłaby znacznie trudniejsza do ukrycia. Może i sąsiedzi nie zauważyliby braku jednej osoby, ale skarbówka...
Oddała kluczyki bez zbędnej kłótni, ale ten gest pożałowała już na samym wstępie, gdy Pan Władca Szos zasiadł za kierownicą i od razu zaczął dyktować warunki. Pieprzony dyktator. Tylko domalować wąsa i pozamiatane.
Przełknęła ślinę i mimowolnie złapała się rączki, która była nad szybą. Ona doskonale znała możliwości Williama i gdyby nie była rozsierdzona słowami i zaistniałą sytuacją, to w życiu nie oddałaby w jego ręce BMW. Nie, żeby nie wierzyła w niego, ale... Wiele razy próbowała z nim jeździć, a on był odporny na umiejętności zmiany biegów i naciskania hamulców w odpowiednim momencie. Zgodnie z życzeniem kierowcy, włączyła jakąś muzykę. Playlista 40-letniej rozwódki zawsze była na propsie i odpowiednia do każdej sytuacji.
- Na drugim... I to tylko dlatego, że policja by nas goniła... - powiedziała napiętym głosem, skupiając swój wzrok na jezdni. Zacisnęła mocniej palce na kolanie, gdy dojechali do pierwszego skrzyżowania. - Spokojnie. Nie szarżuj. Puść sprzęgło i... Już jestem cicho... - mruknęła pod nosem, gdy Billy posłał jej to spojrzenie. Sama wkurwiłaby się, gdyby ktoś kwestionował jej metody prowadzenia, ale no... Umówmy się, ona i Madi, to bardziej nadawali się na uliczne pościgi niż na rodzinne wyjazdy do kliniki ginekologicznej. Ta wycieczka na bank zakończy się kilkoma siwymi włosami i do tego jeszcze ten deszcz!!
- Posłuchaj, no kurwa... No co? Nie podnoszę głosu. Noe, zamknij pizdę, bo akurat masz najmniej do powiedzenia. Ten samochód należy do jego eks męża i mojego brata... Kuzyna, więc zawrzyj jadaczkę i... HAMUJ! - złapała gwałtownie za kierownicę i skręciła ostro w bok, wjeżdżając na chodnik, bo jakiś debil przed nimi jechał pod prąd, prosto na nich. Serce zabiło mocniej, gdy pojazd się zatrzymał. A ona zaśmiała się nerwowo, gdy uzmysłowiła sobie, że nie dość, że auto było całe, to jeszcze wyszło bez żadnej ryski.
- Żyjemy... Myślałam, że... O kurwa. Mam dość. Oddawaj te kluczyki. - wysapała, a deszcz uderzał coraz mocniej o szybę. Nawet pogoda dzisiaj była popierdolona. - Albo daj je Noe. - niechętnie powiedziała, chociaż oddanie pojazdu w ręce tego męczennika od siedmiu boleści nie podobało jej się. - Po prostu jedźmy do domu. Zanim dostanę zawału.
Co jeszcze?
Przymulający głos piosenkarki z radia jeszcze tylko pogarszał sprawę. Jednak ta playlista nie nadawała się na każdą okazję...

Noe Villeneuve-Scott
William N. Patel
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
35 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

W pierwszej chwili jak Noe się tak gwałtownie pochyla wprzód to mam wrażenie, że zaraz mi przyjebie, ale zamiast tego prosi o fajkę, więc mu ją daję. W lusterku obserwuję jak nieumiejętnie próbuje się zaciągać, a moje usta mimowolnie wykrzywia delikatny uśmiech. Gdzie on się uchował, że nie umiał porządnie zajarać szluga? To pokolenie Z jednak było dziwne, ciekawe czy kopcił elektroniczne. W każdym razie w końcu siedzę za kółkiem i nawet się powoli zbliżamy do domu, jakaś śpiewaczka zawodzi w głośnikach, zaś mnie nad uchem pizdęczy Gaba i już mam jej powiedzieć, żeby się odjebała i dała mi prowadzić, ale wystarczy jedno niezbyt przychylne spojrzenie, żeby sama doszła do podobnych wniosków. No proszę, jak my się czasem rozumieliśmy bez słów. Wracam do obserwowania drogi oraz dalszej jazdy, coś tam mi gaśnie na skrzyżowaniu, a facet z tyłu zaczyna trąbić i niebezpiecznie dojeżdżać mi do dupy, ale mam w niego totalnie wbite. Atmosfera w środku jest wystarczająco napięta, to po co jeszcze denerwować się jakimś cwelem, któremu się najwidoczniej bardzo spieszy. Naprawdę chciałbym, żeby reszta tego popieprzonego tripa minęła we względnej ciszy, przerywanej tylko zawodzeniem z radia, ale oczywiście to by było za dużo i bardzo szybko znajdują się tacy, którym nie odpowiadają moje warunki - Słuchaj, kurwa - zaczynam dosłownie w tym samym momencie co Gaba i nawet milknę na moment, wtedy kiedy i ona na moment zawiera gębę. Spoglądam na nią przelotem kątem oka, chociaż zdecydowanie dłużej patrzę w lusterku na chłopaka, bo to on mnie teraz skutecznie wyprowadza z równowagi. Co nie jest wcale takie proste, bo na co dzień jestem jebanym kwiatem lotosu na spokojnej tafli jeziora, kompletne zen. Tym razem jednak gadam dalej, równo zresztą z Gabi - Zaczyna mnie wkurwiać Twój lekceważący ton, więc stul dziób, albo się osobiście postaram żeby sąd dojebał ci takie alimenty, żebyś najpierw się zesrał, a potem co miesiąc płakał - w sumie to ten chłopak pewnie nawet nie wie, że jestem prawnikiem i to cholernie dobrym, takim w top 5 Toronto. A może wie? Może przyjaciółka mu się kiedyś chwaliła, że ma chłopaka prawnika, chociaż wtedy to byłem raczej gdzieś na początku swojej kariery. Już mniejsza, dobrze, że Gabriela umie się kłócić i kontrolować trasę, bo gdyby nagle nie krzyknęła i nie złapała za kierownicę, to moglibyśmy właśnie robić ostatni rachunek sumienia przed spotkaniem ze stwórcą, jakikolwiek by on nie był. Daję po hamulcach, a jak się zatrzymujemy na chodniku to od razu odwracam twarz w kierunku dziewczyny - Cała jesteś?! - bo ja czuję, że tak, jestem, chociaż serce wali mi jak oszalałe, a dłonie mocno zaciskają się na kierownicy. Myślę, że w tym momencie najbezpieczniej byłoby zamówić taksówkę, albo najlepiej trzy, żeby każdy mógł wrócić osobno i nie musieć ze sobą rozmawiać - Nie, ty na pewno nie będziesz prowadzić - rzucam do dziewczyny, jak mi każe oddać kluczyki i nawet je szybko wyciągam ze stacyjki. Zaraz byśmy mieli powtórkę z rozrywki, chociaż jak widać ja też się nie nadawałem do jazdy. Mieliśmy jeszcze trzeciego i jeśli ta roszada również zawiedzie to ja nie wiem kurwa, idę na tramwaj. Też mi się ten pomysł nie podoba, ale kiwam głową i przeciskam się między siedzeniami na tył, zaś kluczyki dostaje Gburek, w sensie, że Noe. Rzucam mu jeszcze krótkie spojrzenie, a potem usadzam się wygodnie na szerokiej, tylnej kanapie. To był zły pomysł, żeby jechać w trójkę. Nawet nie wiem czemu kiedykolwiek wydawało mi się, że mogłoby być inaczej. Chciałem być wtedy przy niej, ale mogła sama odbierać wyniki, powiedzieć nam potem, może nawet wysłać SMS, żeby każdy mógł odreagować na swój własny sposób przed rozmową twarzą w twarz. Co za gnój, czy w ogóle dotrzemy dzisiaj do domu czy co jeszcze się wydarzy tego felernego dnia? Aż ciężko uwierzyć, że dopiero się zaczął.

Gabriela R. Blais Noe Villeneuve-Scott
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
26 y/o
Welkom in Canada
185 cm
miał szukać pracy jako dziennikarz a zakłada krawaty nieboszczykom
Awatar użytkownika
absolwent dziennikarstwa i gość od pogrzebów
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Noe doskonale widział ten kpiący uśmieszek Williama w lusterku, kiedy krztusił się i dławił dymem na kanapie. Gówno go obchodziło, co sobie myśli o nim. Spróbował, sparzył się, zepsuł to – trudno, ale ten zadowolony z siebie ryj w lusterku tylko bardziej go nakręcał. Siedząc na tylnej kanapie i wciąż czując w gardle ohydny posmak po tym pieprzonym papierosie, Noe widział w lusterku jej wściekłe spojrzenie. Widział, jak mruży oczy i zaciska szczękę, jakby w myślach układała już plan morderstwa doskonałego. Chciała mu wydrapać oczy? Proszę bardzo, niech spróbuje. Sama zresztą dołożyła wszelkich starań, żeby po tych słowach o „skakaniu z chuja na chuja” nie zostało między nimi absolutnie nic. Gdy rzuciła kluczyki Patelowi, Noe tylko prychnął pod nosem. Patel za kierownicą to była komedia sama w sobie – usiadł tam tak spięty, jakby prowadził czołg, i od razu zaczął rozstawiać wszystkich po kątach ze swoimi pożal się boże zasadami. Noe kręcił głową na te jego teksty o uniesionym palcu i Mozarcie. Cała ta dwójka z przodu wyglądała jak zgrzytające ze sobą tryby w zepsutym zegarku, ale w tym momencie Noemu było już zupełnie wszystko jedno, kto z nich ich stąd wywiezie. Kiedy William wyskoczył z tą swoją prawniczą groźbą i tekstem o alimentach, od których miał się zesrać i płakać, parsknął cynicznym śmiechem. - Oho, pan Mecenas z top pięć Toronto się odezwał! - wyśmiał go głośno, pochylając się do przodu. - Postrasz mnie jeszcze skarbówką albo swoim dyplomem, Patel! Jedź, kurwa, prosto i patrz na drogę, zamiast strugać adwokata, bo alimenty płaci się za żywe dziecko, a ty nas zaraz rozwalisz na drzewie!
Widok Gabrieli, która z przerażeniem w oczach złapała za rączkę nad szybą, był niemal satysfakcjonujący, gdyby nie fakt, że sami siedzieli w tym wozie. William ruszał jak kursant na pierwszej lekcji, sprzęgło zgrzytało, a z głośników nagle lunęła jakaś smętna, przymulająca piosenkarka dla rozwódek. Noe opuścił głowę na zagłówek i przewrócił oczami. Ta muzyka brzmiała jak podkład pod pogrzeb, i patrząc na to, jak Patel radził sobie ze zmianą biegów, ten pogrzeb wcale nie był taki nierealny.
- Ty w ogóle wiesz, do czego służy ten trzeci pedał od lewej, Patel, czy wziąłeś prawo jazdy z chipsów? - mruknął cynicznie z tyłu, słysząc, jak auto szarpie na pierwszym skrzyżowaniu.
Słuchał, jak Gabriela głośno instruuje Williama, zaciągając się powietrzem, dopóki ten nie posłał jej tego swojego morderczego spojrzenia. Gdy odwróciła się i wrzasnęła do niego z pyskaczeniem o zamknięciu pizdy i wyliczaniem, do kogo należy ten samochód, nachylił się do przodu. - Sama zamknij ryj, Gabriela i nie mów mi, kurwa, co mam robić! - odpalił się od razu, ale nie zdążył wypowiedzieć kolejnego słowa. Nagle złapała za kierownicę i szarpnęła w bok. Auto zarzuciło z piskim opon, wjeżdżając z impetem na chodnik, podczas gdy jakiś wariat pędzący pod prąd minął ich o milimetry. Pas bezpieczeństwa wbił mu się w klatkę piersiową, wybijając mu resztki tchu. Oparł się o fotel, dysząc ciężko z wściekłości i skoku adrenaliny.
- Dobrze, kurwa, że chociaż na koniec pomyślałaś głową - mruknął ostro z tyłu, nawet na nią nie patrząc. - Bo jak prawniczek nas znowu poprowadzi, to nie dojedziemy nawet do najbliższych świateł. - Ta muzyka wciąż wyła z głośników, wbijając się w czaszkę jak szpilka. Smętne zawodzenie w połączeniu z zapachem rozlanego szejka i dymu było nie do zniesienia. Noe siedział skulony z tyłu, czekając, aż któryś z nich wreszcie wyciągnie te jebane kluczyki ze stacyjki. Słuchał jak William dopytuje Gabrielę, czy jest cała, a potem trzęsącymi się rękami gwałtownie wyciąga kluczyki ze stacyjki, zabraniając jej kierować.
- I całe szczęście, bo wy oboje nadajecie się co najwyżej do jazdy na karuzeli w lunaparku - rzucił chłodno, przecierając twarz z potu. William bez słowa zaczął przeciskać się między przednimi fotelami, żeby usiąść na tyłach. Minął go, rzucając mu to swoje krótkie i niechętne spojrzenie, aż wreszcie rzucił kluczykami od BMW, a Noe złapał je w powietrzu pewnym ruchem. - Przesuń swoje nogi, Mecenasie - rzucił szorstko, popychając drzwi i wysiadając, wprost pod siekający deszcz. Przeszedł przez ulewę, wsiadł za kółko i wyciszył w cholerę tę smętną muzykę dla rozwódek i ruszył. - A teraz oboje zamknijcie gęby i dajcie mi po prostu dojechać - rzucił, wpatrując się w rozmazaną od deszczu drogę.
Gabriela R. Blais
William N. Patel
pączek
nie lubię przejmowania kontroli nad moją postacią i braku dynamiki oraz rozwoju wątków, w każdej innej kwestii się dogadamy
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”