Łaskocze kiedy wilgotna końcówka markera sunie po mojej skórze, uśmiecham się nawet pod nosem i zerkam na nią kątem oka, ale nie dopytuję co tam wyrysowała, ani nie patrzę, pozwalając jej poprawić materiał koszuli. Niech to pozostanie słodką tajemnicą, dopóki nie pozbędę się ubrań -
Pamiętam - śmieję się. To było PO-JE-BA-NE. Potem trzeba było uciekać, bo byliśmy porobieni, a mnie jeszcze przez kolejne trzy dni się śniło, że ktoś zakopuje mnie żywcem i musiałem jarać kilogramy zioła przed spaniem żeby nie mieć koszmarów. Albo żeby zapominać o nich zaraz po otwarciu oczu. Unoszę jedną brew kiedy podaje mi szable. Niby ją chwytam, ale wywracam oczami, jednak zanim zdążę powiedzieć, że to zły pomysł to ona już się zamachuje, więc otwieram szeroko ślepia i się zasłaniam. Powietrze przecina strzęk żelastwa. Przez chwilę stukamy się szablami dla zabawy, aż do momentu, w którym uchylam się w ostatnim momencie, a ostrze, wciąż ostre o dziwo, wbija się w drewnianą komodę -
Ło kurwa - rzucam broń na podłogę, po czym odpowiadam jej równie głębokim ukłonem -
Co wygrałem? - pytam, kiedy wychodzimy na schody. Oferuję jej swoje ramię, jak na dżentelmena przystało, żeby się czasem nie spierdoliła na sam dół w tych obcasach. Może powinienem był dać jej te buty, które mam w pokrowcu już teraz? -
Mhm - potwierdzam. Wyruszamy na poszukiwania krypty, tylko nigdzie nie widać nawet zejścia w dół. Co jakiś czas mijamy różnych ludzi, mniej lub bardziej pijanych, którzy witają się z nami uśmiechami, albo nawet krótkim
cześć. Wtedy uświadamiam sobie, że my obydwoje jesteśmy całkowicie trzeźwi, dziwne. A jeszcze dziwniejsze wydaje mi się to, że i tak świetnie się razem bawimy. Patrzę na Gabi i się uśmiecham. Tak dużo mam jej do powiedzenia, jednak zamiast tego zaciskam mocno usta i badam kolejny ślepy zaułek -
A może trzeba by było - zaczynam, tylko przerywa mi głośny krzyk. Odwracam się momentalnie -
Gaba...?! - przede mną pusto -
Gaba...! - powtarzam. Czuję jak strach huczy mi w głowie. Kurwa. Robię kilka kroków w przód i słyszę jej jęk gdzieś z boku, jakby... Zza dywanu? Zaglądam za niego, a tam tajemne przejście -
Kurwa, uważaj, bardzo się potłukłaś? Coś cię boli? - pomagam jej wstać, po czym otrzepuję jej ubranie z kurzu oraz pojedyńczych pajęczyn, jeszcze przez chwilę sprawdzając czy jest cała, czy aby na pewno nic nie złamała i nie potrzebuje natychmiastowej interwencji jakiegoś lekarza, na koniec zatrzymując wzrok na jej oczach. Nawet nie muszę pytać, żeby wiedzieć, że chce zbadać ten korytarz. Proponuję jej płaskie tenisówki, które zajebałem Peach, coby sobie czasem nie skręciła nogi w tych ciemnościach. Zaciskam palce na jej dłoni i idę bardziej przodem. Korytarz jest wąski i kręty, dosyć długi, w zasadzie już mam mówić żebyśmy wrócili, bo mam wrażenie, że zaraz zaczniemy kręcić się w kółko, ale wtedy dochodzimy do końca. Naszym oczom ukazuje się duże, okrągłe pomieszczenie, na murowanych ścianach coś wisi, ale mimo tego, że wzrok przyzwyczaił się już do mroku, to w pierwszej chwili nie wiem co to. Łańcuchy? Kajdany? Trochę strasznie. Pierwszy wchodzę bardziej wgłąb. Na środku stoi duży, kamienny ołtarz, a na nim dwie czarne świece, jedna wypalona mniej więcej do połowy, druga... Wciąż się pali, dając niewielkie, aczkolwiek ciepłe światło -
Chyba... Ktoś tu był - chyba niedawno, skoro wosk drugiej świecy również był jeszcze ciepły. Przesuwam palcami po chłodnym kamiennym blacie - kurzu również brak -
Dziwne to wszystko - trochę przerażające. Zaczynam obchodzić ołtarz dookoła i wtedy na coś następuję, więc schylam się żeby podnieść z podłogi jakąś książkę? Układam ją pod świecą i zaczynam przeglądać. Skórzana okładka jest mocno nadgryziona zębem czasu, a papier równie pożółkły co list. Zresztą data na pierwszej stronie informuje nas, że ten dziennik? zaczął być prowadzony mniej więcej w tym samym czasie.
Kochana, świat postanowił oddać cię ziemi, ale nie spocznę dopóki znowu nie będziesz przy mnie. Głosi pierwsze zdanie, to jest napisane po angielsku, jednak są tam też notatki w języku hiszpańskim, nawet po łacinie. Dużo zamazanych, pokreślonych napisów, przedziwne listy z jeszcze dziwniejszymi materiałami typu
ogon szczura albo
lilie zbierane podczas letniej pełni. Przerzucam kilka kartek -
kochana jestem już blisko - brzmiały kolejne zapisane słowa -
tęsknię za tobą, wciąż mi się śnisz, wszędzie widzę twoją twarz, chciałbym żebyś była przy mnie, zresztą było tego znacznie więcej -
kochana, brakuje mi twojego uśmiechu, zapachu, ciepła twojego ciała. Kochana życie bez ciebie nie ma sensu, chciałbym umrzeć ale nie mogę, wierzę, że jeszcze będziemy razem, tutaj, na ziemi. Potrzebuję twojej głowy. Czuję jak ciarki biegną mi wzdłuż kręgosłupa. Następne strony są wyrwane, te, które się ostały są mocno pomazane, ciężko cokolwiek z nich odczytać -
Chyba mamy odpowiedź, nie wróciła przed świtem. To wygląda jakby ktoś próbował ściągnąć ją z zaświatów - mówię szeptem, bo panującą wokół, przeraźliwa cisza wręcz wciska się w uszy i czuję jakiś dziwny strach przed jej zakłóceniem. W tym samym momencie otula nas delikatny podmuch niewiadomo skąd i gaśnie druga świeca. Łapię szybko Gabi i przyciągam ją do siebie, zamykając w ramionach. Mrugam kilka razy starając się dostrzec coś w nagłej ciemności. O chuj, ale strasznie.
Gabriela R. Blais