0 y/o
For good luck!
0 cm
czy jest tu jakieś drewno?
Awatar użytkownika
Jestem miszczem gry
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Sława, pieniądze i... królewski romans?
Wildcard – William N. Patel
List znaleziony przez Gabrielę był tylko początkiem tej dramatycznej historii miłosnej, która rozegrała się w tym miejscu. Słowa, zapisane w języku hiszpańskim miały niezwykle romantyczny wydźwięk dla kogoś, kto potrafił się nim posługiwać. Telefon pozbawiony zasięgu nie potrafił dostarczyć zbyt wielu informacji na temat budynku, w którym się właśnie znajdywali, ani na temat rodziny lordowskiej, która zamieszkiwała go lata, jeśli nie wieki temu.

Papier był jednak znacznie starszy, niż mogło się początkowo wydawać. Pożółkły, kruchy i miejscami poplamiony, nosił ślady czasu, ale atrament wciąż pozostawał zaskakująco czytelny. Przy dolnej krawędzi listu, niemal niewidoczna pod warstwą zabrudzeń, znajdowała się data:

Anno Domini 1398.

Pod nią widniała pojedyncza litera — M.

Nie było nazwiska. Żadnego podpisu, który pozwoliłby ustalić, kim była autorka. Jedynie kilka zdań o uczuciu, dla którego najwyraźniej była gotowa zaryzykować wszystko.

Dopiero gdy światło padło pod innym kątem, na odwrocie papieru można było dostrzec jeszcze kilka słów. Wyglądały tak, jakby zostały dopisane później i w ogromnym pośpiechu.

Si no regreso antes del amanecer, buscadme donde duermen los muertos.

(Jeżeli nie wrócę przed świtem, szukajcie mnie tam, gdzie śpią umarli.)

Czy właśnie trafili na trop zbrodni sprzed lat? Czy mogli odkryć tajemnice lorda, czy zbyt zajęci sobą pozostawią zagadkę nierozwiązaną i dadzą się ponieść własnym uczuciom?
William N. Patel Gabriela R. Blais
gall anonim
triggery
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

- Nie, najpierw bym zagrał hymn, a potem God save the queen, a potem bym im pokazał dupę z tymi okropnymi oczami - kiwam głową - A jakby tobie kazali grać, to po prostu zagralibyśmy 4,33 Cage'a - uśmiecham się szeroko. Cały żart polegał na tym, że to były po prostu cztery minuty ciszy, myślę że wystarczająco awangardowe jak na to spotkanie. Ciekawe ile osób by wyszło zachwyconych, a ile zawiedzionych. No cóż, nigdy się nie dowiemy - Była tam jakaś dupa ze sztucznymi cyckami i ty mi jej nie pokazałaś? Boże Gaba - wywracam teatralnie oczami i nawet przykładam wierzch dłoni do czoła, że taki teraz czuję ogromny zawód - Noooo... - zaczynam powoli i mrużę nieznacznie oczy, żeby sobie przypomnieć - Kiedyś go zniszczyłem, może specjalnie, może przypadkiem, nie pamiętam, strasznie byłem wtedy napruty. Ale to wiesz, musiałbym ominąć komodę żeby jej nie uszkodzić i przypadkiem wpaść na obraz wiszący na ścianie na takiej wysokości - pokazuję na jakiej i rzucam Gabie przeciągłe spojrzenie. Prawda jest taka, że wydarzyło się to kilka miesięcy po jej zniknięciu, myślałem, że już mi całkowicie przeszło i wtedy na swojej drodze spotkałem ich - dwóch typów z baru, jeden świeżo po rozstaniu, natomiast drugi dopiero co zamknięty we friendzonie. W opór się najebaliśmy tamtego wieczora i to na smutno. Jak wróciłem do domu to w akcie nagłej tęsknoty zniszczyłem obraz - najpierw go pociąłem, potem połamałem ramę, a na koniec spaliłem w metalowym koszu pod kamienicą, bezdomni przez kolejne dwie godziny dogrzewali się na tyłku Gabrieli - Dobra, ale później trzeba będzie posprzątać. Możemy nago - chyba dobry dil? - W sumie trafna uwaga - tak na chłopski (albo babski) rozum miało sens. W każdym razie wbijamy do komnaty w najwyższej wieży i Blais praktycznie od razu bierze się za obraz, a ja w zasadzie to się głównie na nią gapię, jak się męczy żeby ściągnąć to dzieło i w zamian powiesić nasze, ale już się zdążyłem położyć, to musi sobie poradzić sama - List? - z ciekawości przechylam lekko głowę na jedną stronę i unoszę się nieznacznie na rękach. Kilka chwil później dziewczyna jest już obok mnie - Nie mam, a co chcesz zrobić? Bo jak coś to na ścianie po drugiej stronie jest to - wskazuję palcem na dwie skrzyżowane szable wiszące na kamiennym murze, scyzoryk to to nie był, ale koperty chyba nie chciała tym otwierać - Może można to jakoś poluźnić - zastanawiam się głośno, kiedy sprawdza co jest pod kołdrą. Palcami przesuwam po jej plecach, niby w poszukiwaniu zapięcia, ale głównie dla własnej przyjemności - Może kochanka lorda, a może kachanek? Albo kochanek jakiejś lady? - może jakiś kastrat. Gabi znowu się skupia na liście, a ja w sumie bardziej na niej. Muskam wargami jej ramię, szyję, delikatnie zahaczając zębami o skórę, dalej żuchwę zaraz pod uchem, potem opieram brodę na dziewczęcym barku i zerkam w kierunku pożółkłego papieru - Hmm, pokaż - odbieram od niej list, po czym obydwoje znowu opadamy na płasko, co prawda chętnie ułożył bym się na jej miękkich piersiach, ale pierwsza pcha się na mnie, więc nie dyskutuję, w zamian wplatając palce w jej rude włosy. Marszczę w skupieniu brwi, w słabym świetle próbując rozczytać odręcznie wypisane litery - To nie łacina, ale na pewno jakiś język łaciński - wyciągam kartkę wyżej, żeby lepiej ją oświetlić w srebrnym blasku księżyca. Pełnia w Rybach, idealny moment na kończenie długo niezakończonych spraw. Może właśnie dlatego ten list wpadł nam dziś w ręce, żebyśmy domknęli jego rozdział - Ej a tu nie jest napisane - zaczynam równo z Gabi, więc szybko zamykam jadaczkę i daję jej mówić. Pięknie to brzmi, szkoda tylko, że nie znam hiszpańskiego, niemniej uśmiecham się lekko i sięgam jej policzka, kciukiem ścierając różową plamkę z farby, każde jej kolejne słowo sprawia, że otwieram szerzej oczy. Nie spodziewałem się takich wyznań, to znaczy kiedyś często sobie mówiliśmy różne mile rzeczy, bo Gaba doskonale rozumiała moją wewnętrzną potrzebę atencji , sama zresztą była dosyć wymagająca w tej kwestii, więc również nigdy nie żałowałem jej komplementów, tylko teraz... Chyba mnie straumatyzowało nasze rozstanie, bo dosłownie się bałem, że jak tylko trochę bardziej się zaangażuję to będzie to samo. Najgorzej, że w chwilach takich jak ta czuję, że już wpadłem po sam czubek mojej zjebanej głowy. Rozchylam usta, ale na szczęście nie muszę nic mówić, bo Gaba łączy nasze wargi w krótkim, aczkolwiek bardzo czułym pocałunku, z rozkoszy mrużę lekko ślepia i kiedy się cofa, to ja z kolei wyrywam się wprzód, żeby jeszcze raz sięgnąć jej słodkich ust. Tym razem w dłuższym, bardziej namiętnym pocałunku. Na szczęście nic nie muszę mówić bo przecież gesty >>>> słowa. Tamten list już się wala gdzieś pod naszymi dupami, bo z wrażenia wypadł mi z ręki, więc jak się w końcu od siebie odrywamy, to go ponownie chwytam i unoszę, tym razem zerkam na drugą stronę - Tutaj też jest coś napisane - przez chwilę obracam papier żeby ułożyć go pod światło i w końcu czytam - Si no regreso antes del ama-ne-cer, bus-...-bus-cadme donde duermen los muertos - akcentu nie mam w ogóle, a niektóre słowa sprawiają mi większość trudność niż się mogło wydawać, ale Gabi od razu mi tłumaczy co to znaczy - Ciekawe czy wróciła - zastanawiam się - Tam gdzie śpią umarli? To pewnie w jakiejś krypcie, myślisz, że tu są takie miejsca? - oddaję jej list - Albo na cmentarzu - wzruszam ramionami. Z wolna zbieram się z łóżka i zanim opuścimy tą zacną komnatę to strzelam repetę po wszystkich szafkach, półkach, sprawdzam pod poduszkami i pod łóżkiem, może coś jeszcze uda się tu znaleźć? Niemniej zatrzymuję się gdzieś w centrum pokoju i niespiesznie zakładając na plecy gitarę, wbijam spojrzenie w nasz obraz - Zajebiście wygląda - kiwam z uznaniem łbem. Kawał zajebistej roboty.

Gabriela R. Blais Bober Kanadyjski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
27 y/o
Volpe Rossa
173 cm
Good girls go to heaven And bad girls never die
Awatar użytkownika
The night is young
And so am I
Velvet gun
On my thigh
Witch bitch
Born to bite
Born to live
Born to fly
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

„Nie. To jest jak początek i koniec świata. Jak nadzieja, którą niesie wschód słońca, i żal, który pozostawia po sobie zachód. Jak trzymane przez niego igła i nić zdolne zszyć wszystkie pęknięcia mojego serca. Jeśli pozwolę mu się do siebie zbliżyć, a on znowu odejdzie, ta nić rozerwie delikatną tkankę i pozostawi mnie wykrwawiającą się na ziemi.”
Daybreak - Woods Autumn


Wszystkie myśli uleciały jej z głowy. Nie interesowały ją żadne rozmowy, a nawet i negocjowanie warunków malowania kolejnego obrazu. Nawet nie skomentowała już tego, że zniszczył wszelkie pamiątki po niej. Szkoda. Były to jednak tylko rzeczy materialne, a przez te sześć lat tyle razy traciła cały swój dobytek, że nie miała prawa wypominać mu jednego zniszczonego obrazu. Była sentymentalna, ale swój tyłek mogła odbić na płótnie w każdej chwili. Tego, co teraz między nimi się działo, nie byłaby w stanie powtórzyć.
- Chciałam przeciąć materiał, żeby wystawić nóżkę - przejechała dłonią po swoim udzie, na którym opinał się materiał sukienki. Byłoby jej wygodniej położyć się obok niego, ale sceptycznie spojrzała na dwie szable. Podejrzewała, że nikt ich nie ostrzył od lat, albo i stuleci. Jeszcze jakby się przecięła, to musieliby jechać na SOR, żeby zaszczepić się przeciwko tężcowi. Zaliczyli już wiele randek i niejedna skończyła się w szpitalu, ale dziś wolała ten czas spędzić inaczej. Miała go podrywać. A on ocenić, czy jeszcze miała w sobie tę małą zalotną iskierkę. Tyle że to ona liczyła na to, że odnajdzie dłonią zapięcie i wyswobodzi ją z tej sukienki. Zasługiwała na odrobinę przyjemności po tym fatalnym dniu.
- Mhm… - nie słuchała już go i nawet nie potrafiła się skupić na liście, gdy obsypywał jej ciało pocałunkami. Była tak zaabsorbowana tymi pieszczotami, że nawet nie zarejestrowała faktu, że list był po Hiszpańsku. Wsunęła dłoń pod jego koszulę i rysowała palcem wyimaginowane kółeczka na jego skórze. Wolałaby teraz robić coś innego, ale znowu spojrzała na list. Odezwali się w tym samym momencie. W tym samym umilkli, ale przytrzymała pożółkłą kartkę papieru pomiędzy palcami i przeczytała całość, gubiąc akcent na kilku słowach, które chyba były tak samo stare, jak świat. Madox pewnie wyśmiałby ją teraz, mówiąc, że po jej akcencie słychać, iż jest podrzutkiem wychowanym w Kanadzie. I tak była dumna z siebie, że przetłumaczyła całą treść.
Porzuciła na moment ich wspaniałą misję. Wpatrywała się w jego oczy, jakby był ostatnim mężczyzną na świecie. Szept. Wyznanie z jej ust. Zaskoczenie na jego twarzy. To, co kiedyś było ich codziennością, teraz pozostało jedynie echem przeszłości. I przez chwilę go miała. Te małe iskierki pojawiły się w tych ciemnych oczach. Głód. Pragnął jej. Nie tylko ciała, ale tej uwagi, całej pieprzonej duszy. A potem między nimi znów pojawił się dystans, przesycony obawą. Musnęła jego wargi. Zamrugała powoli gotowa się odsunąć, żeby nie naruszyć tej cienkiej nici porozumienia, która jednocześnie była szansą, jak i ich największym utrapieniem. Początkiem i końcem.
Tym razem, to on ją zaskoczył. Rozchyliła rozkosznie usta, gdy złączył ich wargi w namiętnym pocałunku. I gdyby sukienka pozwoliła jej na takie akrobacje, to pewnie siedziałaby już okrakiem na nim, ale nic z tego. Oderwali się od siebie dopiero, gdy płuca domagały się tlenu. Jej włosy rozsypane w nieładzie na poduszce. On obok. To było boleśnie znajome. Był jak narkotyk. Była gotowa nawet przedawkować, rzucić się z powrotem w wir tego nałogu, ale wyciągnął ten przeklęty list spod jej pośladków. Z cichym westchnięciem wygrzebała z torebki marker i podwinęła rękaw jego koszuli, gdy dukał coś po Hiszpańsku pod nosem. Wiedziała, że nie rozumiał wcześniej jej słów. Napisała czarnym tuszem na jego skórze tłumaczenie „Dla jednego twojego pocałunku zaryzykuję wszystko”. Miał to przeczytać dopiero w domu. Poczekała aż tusz wyschnie i poprawiła materiał na jego ręce.
- Co? Pokaż. - sięgnęła po list i ułożyła go odpowiednio, żeby przeczytać to jedno zdanie. - Jeżeli nie wrócę przed świtem, szukajcie mnie tam, gdzie śpią umarli. - przeszły ją aż ciarki. - Albo na cmentarzu. Kolejna randka z grobami? Pamiętasz, jak kiedyś wlecieliśmy do świeżo wykopanego dołu? A pod spodem była trumna? - zaśmiała się mimowolnie. Bliskie spotkanie z nieboszczykiem po kwasie było dość ekstremalnym przeżyciem. Przez pół godziny mieli wrażenie, że wieko się otwiera. A przez kolejną godzinę próbowali się wygrzebać. Przestraszyli wtedy jakąś starowinkę, która faktycznie dostała zawału. Na całe szczęście lekarze uznali, że baba majaczyła, bo byłby niezły przypał.
- A już myślałam, że to do mnie. - bo musiała wyglądać zajebiście na tym łóżku w tej kiecce. Wygramoliła się z łoża i podeszła do ściany, na której wisiały szable. Ściągnęła je i jedną podała Williamowi. - En garde - wyzwała go do walki i przez chwilę naparzali się tymi szablami, ale tak, żeby nikomu nic się nie stało. Dalej w głowie miała ten tężec i szpital. I okazało się, że pomimo upływu lat, to całkiem to żelastwo było ostre, bo jej szabla wbiła się w pięknie zdobiona komodę. UPS. Ukłoniła się w stronę zwycięzcy tego małego pojedynku i ruszyli dalej.
Trzymała się jego ramienia, gdy ostrożnie stawiała kroki na śliskich i nierównych schodach. Przeklęła chyba tysiąc razy fakt, że miała buty na obcasie, ale jakimś cudem znowu dotarli na parter i to w jednym kawałku. Rozejrzeli się tajniacko po korytarzu, czy aby żaden ochroniarz nie robił obchodu. Byłoby słabo, gdyby dali się przyłapać na ostatniej prostej. Przeszli przez łańcuch blokujący wejście na górę i znowu byli w punkcie wyjścia.
- To co? Najpierw szukamy krypty? - złapała jego dłoń i obeszli całe piętro, szukając jakichkolwiek drzwi prowadzących na dół. Nic. Zero. Co było dziwne. A gdzie te zamkowe piwnice wypełnione beczkami wina? William poszedł przodem, żeby przyjrzeć się kolejnemu ślepemu zaułkowi, a ona podeszła do ściany, żeby oprzeć się o wielki dywan, który na niej wisiał. Tyle, że po drugiej stronie nic nie było i poleciała w bok. Krzyk. Gdy William odwrócił się w stronę, z której dobiegł krzyk, to zobaczył tylko pusty korytarz.

William N. Patel
Verdsa
I'm crazy but whatever Yeah that's just rock and roll
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Łaskocze kiedy wilgotna końcówka markera sunie po mojej skórze, uśmiecham się nawet pod nosem i zerkam na nią kątem oka, ale nie dopytuję co tam wyrysowała, ani nie patrzę, pozwalając jej poprawić materiał koszuli. Niech to pozostanie słodką tajemnicą, dopóki nie pozbędę się ubrań - Pamiętam - śmieję się. To było PO-JE-BA-NE. Potem trzeba było uciekać, bo byliśmy porobieni, a mnie jeszcze przez kolejne trzy dni się śniło, że ktoś zakopuje mnie żywcem i musiałem jarać kilogramy zioła przed spaniem żeby nie mieć koszmarów. Albo żeby zapominać o nich zaraz po otwarciu oczu. Unoszę jedną brew kiedy podaje mi szable. Niby ją chwytam, ale wywracam oczami, jednak zanim zdążę powiedzieć, że to zły pomysł to ona już się zamachuje, więc otwieram szeroko ślepia i się zasłaniam. Powietrze przecina strzęk żelastwa. Przez chwilę stukamy się szablami dla zabawy, aż do momentu, w którym uchylam się w ostatnim momencie, a ostrze, wciąż ostre o dziwo, wbija się w drewnianą komodę - Ło kurwa - rzucam broń na podłogę, po czym odpowiadam jej równie głębokim ukłonem - Co wygrałem? - pytam, kiedy wychodzimy na schody. Oferuję jej swoje ramię, jak na dżentelmena przystało, żeby się czasem nie spierdoliła na sam dół w tych obcasach. Może powinienem był dać jej te buty, które mam w pokrowcu już teraz? - Mhm - potwierdzam. Wyruszamy na poszukiwania krypty, tylko nigdzie nie widać nawet zejścia w dół. Co jakiś czas mijamy różnych ludzi, mniej lub bardziej pijanych, którzy witają się z nami uśmiechami, albo nawet krótkim cześć. Wtedy uświadamiam sobie, że my obydwoje jesteśmy całkowicie trzeźwi, dziwne. A jeszcze dziwniejsze wydaje mi się to, że i tak świetnie się razem bawimy. Patrzę na Gabi i się uśmiecham. Tak dużo mam jej do powiedzenia, jednak zamiast tego zaciskam mocno usta i badam kolejny ślepy zaułek - A może trzeba by było - zaczynam, tylko przerywa mi głośny krzyk. Odwracam się momentalnie - Gaba...?! - przede mną pusto - Gaba...! - powtarzam. Czuję jak strach huczy mi w głowie. Kurwa. Robię kilka kroków w przód i słyszę jej jęk gdzieś z boku, jakby... Zza dywanu? Zaglądam za niego, a tam tajemne przejście - Kurwa, uważaj, bardzo się potłukłaś? Coś cię boli? - pomagam jej wstać, po czym otrzepuję jej ubranie z kurzu oraz pojedyńczych pajęczyn, jeszcze przez chwilę sprawdzając czy jest cała, czy aby na pewno nic nie złamała i nie potrzebuje natychmiastowej interwencji jakiegoś lekarza, na koniec zatrzymując wzrok na jej oczach. Nawet nie muszę pytać, żeby wiedzieć, że chce zbadać ten korytarz. Proponuję jej płaskie tenisówki, które zajebałem Peach, coby sobie czasem nie skręciła nogi w tych ciemnościach. Zaciskam palce na jej dłoni i idę bardziej przodem. Korytarz jest wąski i kręty, dosyć długi, w zasadzie już mam mówić żebyśmy wrócili, bo mam wrażenie, że zaraz zaczniemy kręcić się w kółko, ale wtedy dochodzimy do końca. Naszym oczom ukazuje się duże, okrągłe pomieszczenie, na murowanych ścianach coś wisi, ale mimo tego, że wzrok przyzwyczaił się już do mroku, to w pierwszej chwili nie wiem co to. Łańcuchy? Kajdany? Trochę strasznie. Pierwszy wchodzę bardziej wgłąb. Na środku stoi duży, kamienny ołtarz, a na nim dwie czarne świece, jedna wypalona mniej więcej do połowy, druga... Wciąż się pali, dając niewielkie, aczkolwiek ciepłe światło - Chyba... Ktoś tu był - chyba niedawno, skoro wosk drugiej świecy również był jeszcze ciepły. Przesuwam palcami po chłodnym kamiennym blacie - kurzu również brak - Dziwne to wszystko - trochę przerażające. Zaczynam obchodzić ołtarz dookoła i wtedy na coś następuję, więc schylam się żeby podnieść z podłogi jakąś książkę? Układam ją pod świecą i zaczynam przeglądać. Skórzana okładka jest mocno nadgryziona zębem czasu, a papier równie pożółkły co list. Zresztą data na pierwszej stronie informuje nas, że ten dziennik? zaczął być prowadzony mniej więcej w tym samym czasie. Kochana, świat postanowił oddać cię ziemi, ale nie spocznę dopóki znowu nie będziesz przy mnie. Głosi pierwsze zdanie, to jest napisane po angielsku, jednak są tam też notatki w języku hiszpańskim, nawet po łacinie. Dużo zamazanych, pokreślonych napisów, przedziwne listy z jeszcze dziwniejszymi materiałami typu ogon szczura albo lilie zbierane podczas letniej pełni. Przerzucam kilka kartek - kochana jestem już blisko - brzmiały kolejne zapisane słowa - tęsknię za tobą, wciąż mi się śnisz, wszędzie widzę twoją twarz, chciałbym żebyś była przy mnie, zresztą było tego znacznie więcej - kochana, brakuje mi twojego uśmiechu, zapachu, ciepła twojego ciała. Kochana życie bez ciebie nie ma sensu, chciałbym umrzeć ale nie mogę, wierzę, że jeszcze będziemy razem, tutaj, na ziemi. Potrzebuję twojej głowy. Czuję jak ciarki biegną mi wzdłuż kręgosłupa. Następne strony są wyrwane, te, które się ostały są mocno pomazane, ciężko cokolwiek z nich odczytać - Chyba mamy odpowiedź, nie wróciła przed świtem. To wygląda jakby ktoś próbował ściągnąć ją z zaświatów - mówię szeptem, bo panującą wokół, przeraźliwa cisza wręcz wciska się w uszy i czuję jakiś dziwny strach przed jej zakłóceniem. W tym samym momencie otula nas delikatny podmuch niewiadomo skąd i gaśnie druga świeca. Łapię szybko Gabi i przyciągam ją do siebie, zamykając w ramionach. Mrugam kilka razy starając się dostrzec coś w nagłej ciemności. O chuj, ale strasznie.

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
27 y/o
Volpe Rossa
173 cm
Good girls go to heaven And bad girls never die
Awatar użytkownika
The night is young
And so am I
Velvet gun
On my thigh
Witch bitch
Born to bite
Born to live
Born to fly
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Dziwne, że jeszcze cokolwiek pamiętali z tego wspólnego roku. Myśli się plątały, a niektóre wspomnienia ciężko było przypasować do faktycznych zdarzeń. A jednak mimo wszystko było tego tak wiele. I znowu byli razem, tak jakby te sześć lat rozłąki nigdy się nie wydarzyło. Był to jednak cierń, który wbijał się coraz mocniej. Uwierał, ale żadne z nich nie chciało go wyciągać. Chciała dalej tkwić w tej pięknej bajce, której koniec nie miał przewidzianego szczęśliwego zakończenia.
- Lodzika - odparła bezczelnie puszczając mu oczko, zanim zmyli się z tej Lordowskiej sypialni.
Tyle korytarzy, zawijasów i drzwi, a nic nie prowadziło w dół. Jak na tamte czasy architekt powinien był przewidzieć jakieś spichlerze czy piwnice, ale jak widać Simsy i kwadratowe budowle były może wtedy modne. A wielka misja odnalezienia autora listu utknęła w martwym punkcie. Billy poszedł zbadać kolejny zaułek, więc zamierzała na chwilę oprzeć się o ścianę, żeby odpocząć. To, że ciąży prawie nie było widać, to nie znaczy, że nie miała żadnych dolegliwości. Krzyk wyrwał się spomiędzy jej ust, gdy walnęła o podłogę, obijając sobie biodro i kolano. Nadgarstek też ją nakurwiał, ale wyglądało na to, że nic większego jej się nie stało.
- A dasz mi buziaka w te miejsca? - skrzywiła się, gdy odsunął ten przeklęty dywan i zajrzał do środka, wpuszczając odrobinę światła. Ruszała kuperkiem, gdy otrzepywał ją z kurzu, wciąż zerkając w stronę tajemniczego korytarza Zróbmy to. Gdyby jego oczy mogły, to zaświeciłyby się jak neon, który wskazywałby prostą drogę. Tam, gdzie światło nie dochodziło. Gdzie mrok był pogromcą szpilek, więc ponownie się zgadzali i przebrała buty, które wspaniałomyślnie dla niej zabrał. Co prawda teraz sukienka jej się plątała wokół kostek, a materiał szurał po brudnej podłodze, ale jebać. Odwalili dziki taniec, gdy próbowali się pozbyć jakiejś pajęczyny z włosów. Na pierwszy rzut oka wyglądało to, jakby nikt nie używał tego korytarza od wieków, ale to była tylko zmyłka. Bo w końcu weszli do jakiegoś pokoju BDSM z ołtarzem.
- Mówiłam, że cię zaciągnę pod ołtarz. - jej śmiech poniósł się echem po tym miejscu, aż przeszły ją ciarki. Wzięła jedną świeczkę i nachyliła się nad księgą, wodząc po starych kartkach palcem, jak przystało na prawdziwą rudowłosą wiedźmę. Jakaś kobieta kiedyś jej powiedziała, że spłonęła na stosie za czary, więc może dlatego wjebała się do tego korytarza? Okultyzm ją wzywał najwidoczniej. Chociaż bardziej w tym przypadku nekromancja. - Jakie to romantyczne. Nie mógł się pogodzić, że mu ją odebrali i chciał ją wskrzesić. - nawet spojrzała z lekkim wyrzutem na Willa, bo on nie odpierdalał czegoś takiego po jej zniknięciu.
- Głowy? Czyli ją wykopał? Fujka. Patrz za tym kamieniem w okładce jest coś. Potrzymaj. To chyba ludzka skóra... - przesuwała opuszkami po kamieniu, próbując go wydłubać. Wtedy świeca zgasła, a mrok po raz kolejny ich otulił. Serce zabiło jej mocniej, gdy przyciągnął ją do siebie. Przycisnęła mocniej księgę do piersi i nasłuchiwali. Cisza. A potem przeraźliwy zgrzyt, coś jakby ktoś ciągnął za sobą łańcuch. O kurwa. Ktoś szedł korytarzem. Blask świecy coraz bardziej się zbliżał, a w przejściu stanęła postać mężczyzny w jakimś rytualnym płaszczu mnicha. O kurwa.
Puściła się biegiem. Mężczyzna przeklął, a Billy... No właśnie, co działo się z Billym?
Zgubiła po drodze torebkę. Wpadła na ścianę i cała zbroja rozsypała się po podłodze, a czyjeś dłonie ją dosięgły i została popchnięta na ołtarz. Zamachnęła się księgą i ten ktoś jebnął o ziemię. William zapalił zapalniczkę. Zeskoczyła z ołtarza i potknęła się o faceta na podłodze, lądując w ramionach Patela. - Ty żyjesz! - pocałowała go, zarzucając mu ręce na szyję - Sprawdźmy kto to. - ale gdy się odwrócili już nikogo nie było w pomieszczeniu. Nic. Tak jakby tamten człowiek nigdy nie istniał. Był wytworem ich wyobraźni. Pojebane. - Robi się coraz zimniej. Nie podoba mi się to. Zmywamy się. Masz telefon? Włącz latarkę. - oboje drżącymi dłońmi klikali w ekran, żeby włączyć to dziadostwo, ale zamiast tego weszli w wiadomość.
Wiadomość, która jej się nie podobała. Ale tego już nie widział, bo telefon się rozładował, a oni znowu utknęli w mroku.

William N. Patel
Verdsa
I'm crazy but whatever Yeah that's just rock and roll
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Lodzika? No to całkiem niezła nagroda, chociaż tak po prawdzie na to liczyłem bez walki na szable, nie po to brałem gitarę przecież, żebyśmy przez całą noc tylko chodzili za ręce. Poza tym znałem już trochę Gabę i znałem już trochę siebie i doskonale wiedziałem, że ostatecznie i tak zaczniemy się do siebie dobierać. Ona była chyba nawet gorsza niż ja. Ale cóż, Bliźnięta takie właśnie były, przynajmniej jedno z nich zawsze chętne - A dam, a co cię boli? Kolanko? - pytam, bo kiedy się pochylam żeby obrać jej kieckę z pojedynczych, pajęczych nici to i tak jestem już dosyć nisko, faktycznie muskam ustami dziewczęce kolano, potem dalej kreślę drogę wzdłuż uda, gdzie za wargami podążają opuszki palców. Biodro, brzuch, dekolt, zahaczam zębami o odznaczający się pod materiałem sukienki, sterczący sutek. Potem obojczyki, szyja i wreszcie miękkie, pełne usta, jedyne, dla których mógłbym porzucić każde inne. Ale zew przygody gna nas dalej, przez wąskie, ciemne korytarze, co jakiś czas zaczepiam palcami o jej ramię, talię czy tyłek tylko po to, żeby przypomnieć jej, że to dopiero gra wstępna. Podobno wyczekany deserek smakował najlepiej, tego co prawda próbowałem już wiele razy, ale chyba nigdy mi się nie znudzi - Aha, czyli to już ten moment kiedy sobie obiecujemy miłość, wierność i tak dalej? - rzucam, na pozór kpiącym tonem i opieram się nonszalancko o ołtarz, gdzieś w moich oczach przez chwilę błyska iskra. Później trochę poważnieję, bo jest coś co już od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie i nie daje w nocy spać. Czy to odpowiedni moment? Odpowiedniejszy chyba nie nadejdzie. Czuję jak serce zaczyna mi szybciej bić - Gaba, myślę, że powinniśmy - spróbować jeszcze raz, rozprasza mnie księga pod stopą i już zaraz obydwoje się nad nią pochylamy . Wywracam oczami na jej słowa, czaję aluzję, chociaż pewnie łatwiej byłoby zawrócić kogoś z krainy umarłych niż znaleźć Gabrielę Blais - Weź, nie grzeb tam - krzywię się. Nagle całkowita ciemność. Czuję jej ciało tuż przy swoim, kiedy jeszcze mocniej zamykam ją w ramionach. Głośne bicie naszych serc odbija się hukiem w moich uszach. Bum, bum, bum. Bije mocno jedno przy drugim - O KURWA!... - tylko tyle zdążę z siebie wyrzucić na widok tajemniczej postaci. Chwytam za jeden ze świeczników i ciskam nim w nieznajomego. A potem jakbym dostał czymś ciężkim prosto w pysk, tylko było to bardzo dziwne wrażenie, jednocześnie niezwykle prawdziwe i złudne. Na moment chowam twarz w dłoniach, słyszę strzęk żelastwa uderzającego o kamienną posadzę, a potem głuchy dźwięk ciała rzucanego o coś twardego. Sięgam do kieszeni po zapalniczkę żeby ją odpalić. Pstryk! Pomieszczenie wypełnia ciepły blask płomienia, natomiast wszystko wokół znowu wydaje się podejrzanie spokojne. Nawet na nowo czuję ciężar jej ciała we własnych ramionach, odwzajemniam jej pocałunek, mocniej zamykając ją w uścisku - Co to kurwa było? - jakieś pojebane gówno, nie zdziwiłbym się gdybyśmy byli porobieni, ale dzisiaj? Trzeźwość chyba też nam nie służyła. Kiwam głową, po czym zgodnie z jej poleceniem wyciągam telefon i odblokowuję go, ale zamiast włączyć latarkę to niechcący klikam w wiadomość, która właśnie pojawia się na ekranie. Twoje dziecko daje mi dzisiaj wyjątkowo w kość, dalej nie zdążyłem przeczytać, bo nagle ekran zrobił się czarny, a komórka przestała działać. Co jest kurwa? Wydawało mi się, że mam wystarczająco baterii, ale najwidoczniej tylko mi się wydawało, albo to jakieś dziwne fluidy tego miejsca zakłócały działanie sprzętów. Robi się taka w chuj niezręczna cisza. Widziała to? Musiała. Powinienem czekać na reakcję czy coś powiedzieć? Waham się przez kolejne kilka sekund, a potem ponownie odpalam zapalniczkę, żeby spojrzeć Gabrieli w twarz, chociaż trochę się boję, że zaraz jej odjebie i złoży mnie w ofierze na tym ołtarzu - Widziałaś to? - pytam ostrożnie. Jak zaraz zacznie krzyczeć to znaczy, że chodzi o smsy, ale może była na tyle rozkojarzona całą zaistniałą sytuacją, że nie zwróciła na to uwagi? W końcu spotkało nas coś paranormalnego!!! (Kogo ja właściwie próbuję oszukać?)

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
27 y/o
Volpe Rossa
173 cm
Good girls go to heaven And bad girls never die
Awatar użytkownika
The night is young
And so am I
Velvet gun
On my thigh
Witch bitch
Born to bite
Born to live
Born to fly
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Tylko on potrafił ją zatrzymać na chwilę i sprawić, że wszystkie myśli ulatywały z jej ślicznej główki. Obserwowała z zapartym tchem, jak jego usta rozpoczynały boleśnie powolną wędrówkę w górę jej ciała, aż dotarły do jej ust. Oboje wiedzieli, jak ta randka się zakończy i wewnętrznie była rozdarta pomiędzy tym, co chciała tu i teraz, a przygodą. Nie należała do tych cierpliwych istot, które potrafiły czekać na nagrodę do końca dnia. Pozwalała mu jednak na te drobne pieszczoty, które ludzie nazywali grą wstępną. Kupon był przecież nagrodą do wykorzystania na przyszłość.
- Dorzuć do tej listy te lepsze trójkąciki. - puściła mu oczko. Ślub był przecież pewnego rodzaju umową, a pewnie akurat on rozegrałby to tak, że przez tydzień nie zdołałaby przebrnąć przez te wszystkie prawnicze zawiłości. Zresztą oboje nie lubili nudy. Kiedyś nawet myślała, że zostanie Panią Patel, ale tamte czasy... - Hm? - spojrzała na niego przelotnie, zbyt zajęta księgą, a jej mięśnie spięły się na widok jego poważnej miny. To zawsze wróżyło coś złego. Bo William rzadko kiedy nie śmieszkował. I w sumie to nie dowiedziała się, co powinni... Bo nagle odpierdoliło się tyle rzeczy, że nikt im kurwa w to nie uwierzy.
A potem...
Twoje dziecko daje mi dzisiaj wyjątkowo w kość...
TWOJE DZIECKO.
Lottie.
Wryło ją. Dosłownie jej wewnętrzny system Windows się zawiesił i wyjebało milion komunikatów Error, gdy jej mózg działał na najwyższych obrotach. Lottie. Dziecko. Charlotte. Ciąża. Kurwa. Odpowiednie fragmenty wskakiwały na swoje miejsce. I... Jesteś taką idiotką. Przez cały ten czas... On... Z wrażenia aż zrobiła krok do tyłu, a z ust wymsknęło się to ironiczne parsknięcie, gdy dostała prawdą praktycznie w twarz. Ten uścisk w klatce piersiowej. Łzy, które czają się w kącikach oczu, gdy człowiek czuje się po prostu żałośnie. Głupio? Miała ochotę wrzeszczeć, zabić go, a jednocześnie płakać. Żaden ruch nie był jednak w stanie przynieść ulgi w bólu, którego nie dało się w żaden sposób uśmierzyć. Nigdy nie należała do kobiet, którym można było złamać serce. On jednak to zrobił.
I nie bolało ją to, że miał mieć dziecko z inną. Po świecie pewnie niejeden mini Patelek biegał. Bolało ją to, że mu zaufała. Mówiła mu dosłownie o wszystkim, znowu oddawała mu całą siebie, a on z tego drwił, lądując w ramionach innej zdziry. Nie powiedział jej o tym. Zależało mu więc na tamtej, a ona była tą drugą... Jesteś żałosna. Biedna dziewczynka, która żywiła nadzieję, że może być jak dawniej, co?
- Lottie, tak? - wyrwała z jego dłoni tę przeklętą zapalniczkę, z którą mieli tak wiele wspomnień. Cisnęła nią o ziemię, ścianę… Chuj z tym. Nie chciała widzieć jego twarzy. On nie mógł widzieć tej słabości w niej. Tego, jak bardzo ją w tej chwili zranił.
- Twoja kobieta na ciebie czeka. Twoje dziecko. Śmiało zapierdalaj do niej. - zimno... Było jej tak bardzo zimno... W ustach czuła metaliczny posmak krwi. Dłoń zaciskała tak mocno, że niemal połamała paznokcie, które wbijały się w delikatną skórę. Żaden ból nie był jednak w stanie przebić tego, co czuła w środku. - Zajebiście rozpracowałeś tę zemstę, Patel. Zapewne mieliście niezły ubaw, co gołąbeczki. - cedziła każde słowo i gdyby tylko go widziała, to rozpierdoliłaby go na małe kawałeczki i rzuciła psom na pożarcie. - Teraz gustujesz w takich szmatach? Zamierzałeś mi kiedykolwiek powiedzieć?! - nie miała prawa... Nie powinna robić mu jazdy o coś takiego, gdy nawet nie byli razem, ale to było silniejsze... Kochała go... A on...

William N. Patel
Verdsa
I'm crazy but whatever Yeah that's just rock and roll
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”