Luna czuł się zagrożony.
To już wiedzieli.
Tylko pytanie, czy właśnie przez to nie podkopali pod soba grobu jeszcze bardziej? Człowiek przyciśnięty do ściany, bez możliwości wyjścia,
panikujący, nie miał już nic do stracenia. Mógł
drapać. Rzucić się do przodu z pazurami, bo przecież nic innego już nie zostało. I chociaż mogli liczyć na to, że Benito w tym wszystkim podwinie się noga, tak jak na razie szło mu kurwa… aż za dobrze.
Wystarczyło popatrzeć na nagranie. Na pierwszy rzut oka człowiek celujący do Georga naprawdę wyglądał jak Madox. Miał jego posturę, ubrania pewnie zajebane z jego osobistej szafy i do tego jeszcze jeden z tych bardziej
charakterystycznych tatuaży na dłoni.
Dłoni, która pociągnęła za spust. Nie wspominając nawet o tym, że ktoś, kto nagrywał, musiał wiedzieć, co się stanie. Nikt normalny nie nagrywałby tego, jak komendant siedzi przy biurku tak po prostu, a po chwili dostaje kule. Wszystko tu śmierdziało idealnie zaplanowaną ustawką, a to tylko mogło utwierdzić ich w przekonaniu, że mieli w policji
kreta. Pewnie nie jednego. I chuj wie czy jeden z tych kretów nie wysłał Noriedze adresu z zastrzeżonego numeru. Nie mogli tego wiedzieć, chociaż Madox
liczył na to, że to Luna.
Pilar westchnęła cieżko, czując jak mocno serce wali jej w piersi. Była wkurwiona. Zdenerwowana do granic możlwiości, a jej głowa już dawno przestała pracować na najwyższych obrotach. Włączało się w niej kompletne zmęczenie materiału. Była
p r z y t ł o c z o n a. Chociaż kiedy jej mąż na moment złapał jej dłoń i umieścił ją sobie a karku, kiedy mogła poczuć przy piersi jak bije jego serce, zajrzeć w piękne, ciemne oczy… na chwile się zatrzymała. Na krótki moment, ryjąc paznokciami o jego skórę. Pozwalając sobie na kilka sekund
beztroski. Sekund kurwa. Do czego to doszło? Bo zaraz przewracała oczami, słysząc jego kolejne słowa.
—
Spotka się z tobą i co? — warknęła, zaciskając mocniej palce na jego karku. —
I cię odpierdoli? — bo skoro Luna czuł się zagrożony, to pewnie jeszcze bardziej chciałby się teraz ich pozbyć. Tym bardziej, że Noriege ścigała już cała policja. Wystarczyło, że podałby im ten adres i co? I kurwa po zabawie. Madox leci do pierdla do wyjaśnienia sprawy albo na jeszcze dłużej, bo przecież dowody na nagraniu mówiły same za siebie. A w więzieniu… już łatwo byłoby go zatłuc. Kilka tysięcy i po sprawie. Ktoś na pewno by się szarpnął. Nie mogła na to pozwolić.
—
Nie możesz kurwa iść prosto do paszczy lwa i łudzić się, że on nagle się potknie — starała się, żeby jej głos był spokojny, ale Noriega znał ją już za dobrze. Poza tym, Pilar przy nim akurat nie potrafiła być cierpliwa. Nie kiedy w grę wchodziło jego życie. —
Tylko głupiec pojechałby pod ten adres i dobrze o tym wiesz. Nie masz przy sobie nic, Madox, nawet pierdolonej broni — psa też już nie miał. I jak widać niczego się po tym nie nauczył. Dalej chciał się ładować w kłopoty, zamiast zatrzymać się na moment i zastanowić. Zamiast przemyśleć i opracować odpowiedni plan. Nie umiał. On już wyrywał się od przodu. Tak jak wyrwała się Pilar kiedy przeszła się do warzywniaku i rozpierdoliła pudło, przy okazji raniąc sobie jeszcze bardziej nogi. Spróbowała mu się wyrwać, gdy ją przytrzymał, ale oczywiście nie miała z nim szans. Miał za dużo siły, do tego wiedział, gdzie ją złapać. Kurwa, znali się już zdecydowanie
zbyt dobrze.
Myślę, że powinniśmy się rozdzielić.
Debil.
No kurwa debil.
Spojrzała na niego z szeroko otwartymi oczami. Czy on naprawdę mówił teraz poważnie? Czy po tym wszystkim, co przeszli, o czym rozmawiali od kilku dni, od powrotu z Rio dokładniej, on znowu chciał się rozdzielać? Czy nie zdążyli już sto jebanych razy ustalić, że o wiele lepiej szło im w duecie? Dlaczego tak desperacko chciał ją od siebie odepchnąć?
Złapała w płuca więcej powietrza, gotowa znowu na niego ryknąć i powiedzieć mu… no właśnie, co? To samo co piętnaście minut temu? Co samo co u senatora? W domu? To co wiecznie mu mówiła? Ile razy mogła się powtarzać? Ile prosić go, żeby mieli się blisko, żeby mogli sobie nawzajem pomóc. Jak bardzo mogła być jak zdarta płyta, kiedy on i tak wiedział swoje?
Finalnie nie zdążyła powiedzieć nic, bo światło latarki wpadło przez okno warzywniaka i odbiło się od ściany. A potem już tylko poczuła szarpnięcie Madoxa i wylądowała na podłodze. Serce znowu podeszło do gardła. Wcisnęli się za wysokie skrzynki z ziemniakami i przykleili do chłodnych paneli. Ich głośne, nierówne oddechy były jednym co wypełniało sklep pani Broccoli. Do czasu aż ktoś nie podszedł pod okno.
—
Myślisz, że mogli się gdzieś tu ukryć? — męski głos wybrzmiał wygłuszony przez ścianę, a Pilar jeszcze mocniej docisnęła się do swojego męża. —
I co? Widzisz tam coś? — światło latarki przeleciało przez sklep. Całe szczęście od strony wejścia, dzięki czemu nie było widać krzesła ani kłębka włosów, które chowały się za ladą. Było za to…
—
Nie, nikogo nie ma, ale straszny tu rozpierdol — odpowiedział drugi facet, a zaraz potem mogli usłyszeć szarpanie za klamkę drzwi frontowych. —
Zamknięte. Dziwne, bo nie ma tez żadnych śladów włamania.
—
Może jak wyjebało prąd, to nie zdążyli posprzątać.
—
Może… — westchnął jeden z nich. —
Chodź, sprawdzimy jeszcze parking podziemny. Gdzieś kurwa muszą być — jeszcze raz ktoś szarpnął za klamkę, a zaraz potem oboje mogli usłyszeć, jak kroki się oddalają. Pilar nawet nie zakodowała momentu, w którym wstrzymała powietrze. Za to kiedy już mogła oddychać złapała je tak głośno, jakby lada moment miała się udusić. Od razu szarpnęła się w górę.
—
Kurwa — na czworaka przesunęła się do okna, przez które chwile temu świecil ii zajrzała. Chciała sprawdzić, czy była to policja, czy może ktoś jeszcze ich szukał, ale nikogo nie zobaczyła. Zdążyli zniknąć za blokiem a dookoła panowała kompletna cisza. —
Trzeba stąd spierdalać — to nawet nie podlegało jakiekolwiek dyskusji. Pytanie było tylko gdzie i…
w jakim zestawieniu. Ale tu chyba nie było co z nim walczyć i się dochodzić. Widziała przecież po swoim mężu że on i tak już podjął decyzje. Chciał iść do Luny. I kim ona była, żeby mu tego zabronić? Jak widać nikim. Mogła jedynie…
—
Masz — warknęła, sięgając do kiszeni i wyciągając telefon Jake’a. —
To telefon tego gówniarza z klubu — miała go przejrzeć i sprawdzić, czy było tam coś więcej niż to nagrania Aurelii z nauczycielem, ale przecież
priorytety. Ten Madoxa był rozładowany, więc musiała nastąpić zmiana planów. Spojrzała na wyświetlacz. —
Nie ma kodu i jakieś czterdzieści procent baterii. Powinno starczyć — wyciągnęła rękę do przodu i podała mu urządzenie. Nawet na niego nie patrzyła, kiedy to robiła. Nie miała zamiaru. Była na niego zła. Miała do niego żal. A już na pewno nie pochwalała tej decyzji. —
A teraz idź — warknęła, odsuwając się od niego. Musiała zebrać w sobie naprawdę całe pokłady samokontroli, bo Pilar nienawidziła odpuszczać. —
Ja wyjdę kilka minut po tobie.