-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Gabriela R. Blais Noe Villeneuve-Scott
-
absolwent dziennikarstwa i gość od pogrzebów
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zza rogu dobiegały go przytłumione głosy i odgłos zamykanych drzwi wozu. Patel miał ten pieprzony dar, potrafił odwrócić jej uwagę od gówna, w którym tkwiła, podczas gdy on zawsze zmuszał ją do spojrzenia prawdzie w oczy i za to go teraz nienawidziła. Wstał, otrzepał spodnie i ruszył w stronę parkingu. Wbił się na tylny fotel, niemal rozgniatając leżącą na nim torbę z jedzeniem. Policzek wciąż miał czerwony, z odciśniętymi na nim palcami.
- Boże, Gabi, ty jesteś tak jebaną egoistką, że to się w głowie nie mieści! - huknął, a jego głos wypełnił auto. - Tylko ty, twoje emocje, twoja panika, twoje kurwa wszystko! A pomyślałaś, chociaż przez jedną jebaną sekundę, jak ja się czuję? Zastanowiłaś się, jak ja reaguję na ten cały stres?! Te moje złośliwości i cholerne uszczypliwości to było kurwa jedyne, co trzymało mnie w pionie, żeby tam nie oszaleć! Żeby nie roznieść tej poczekalni! Każdy ma swój sposób, żeby nie zwariować, ale ty oczywiście masz to głęboko w piździe, bo na tym świecie liczy się tylko Gabriela! - Spojrzał na nią z wściekłością, a potem przeniósł na moment wzrok na Williama, który siedział obok niej. - I nie, nie mam żadnego problemu z Billem ani z tym, co was łączy. Mam to gdzieś! Uznałem po prostu, że koleś zachowuje się jak totalny pajac z tym swoim lataniem dookoła i gadaniem o samolotach, bo ja przeżywam to inaczej! Ale dla ciebie to już jest zazdrość i robienie jazd. Ty naprawdę widzisz tylko koniec własnego nosa! I masz absolutną rację, nie będziemy udawać żadnej rodzinki! Toksycznych, popierdolonych rodzin na tym świecie jest już wystarczająco dużo, żebyśmy mieli tworzyć kolejną patologię! Chciałaś relacji tylko w sprawie dziecka? Idealnie. Dostaniesz ją. - Wbił wzrok w przestrzeń za oknem i ignorując truskawkowy zapach shake’a, który nagle wydał mu się skrajnie duszący.
Ja pierdolę, będę ojcem. Kontaktuj się ze mną tylko w sprawie dziecka.
No i chuj, niech tak będzie. Skoro ruda chciała wojny, to dostanie ją. Żadnych ratowania z opresji, gdy Madox dowie się o Jaguarze, żadnego bycia pod telefonem na każde jej skinienie. Zdał sobie sprawę, że w gruncie rzeczy czuje ulgę. Nie musieli już niczego udawać, nie musieli silić się na sztuczną przyjaźń. Wszystko stało się jasne. Będzie ojcem, ale dla Gabrieli będzie nikim i po raz pierwszy od bardzo dawna uznał, że to uczciwy układ.
Gabriela R. Blais William N. Patel
-
You're a bad idea but I like bad ideas.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracji-postaćautor
Żeby odpowiedzieć na to pytanie, potrzebowałaby całego pieprzonego dnia. Więc zamiast kolejnych słów, pociągnęła nosem i pozwoliła łzom płynąć po policzkach. - Chuj z tym. - machnęła dłonią, ale mimowolnie zerknęła w lusterko i cicho jęknęła, widząc pod oczami czarne plamy. I tak nie miała jak tego naprawić, więc w sumie jebać. Teraz miała ważniejsze sprawy na głowie. I zero siły na cokolwiek.
- Nie... - odpowiedziała w sumie już nie wiedziała, na które jego pytanie, ale pozwoliła mu zadbać o siebie. Bolało i to cholernie, ale na jej twarzy nie pojawił się nawet cień grymasu. - Śmiecisz. - zwróciła jego uwagę, bo to akurat był absurdalny widok. Niemal ten sam poziom, gdy Patel groził staruszce nożem do masła. Jego pedantyczne zmysły zapewne wariowały od tego całego burdelu, ale była mu wdzięczna, że na ten jeden krótki moment, po prostu ją przytulił. Nie było co się oszukiwać. Sytuacja była stabilna, jak jej babcia pod prysznicem.
- Ja ledwo umiem to wymówić. - wyszeptała, ale faktycznie kącik jej ust uniósł się do góry. - Chcesz prowadzić? - tym ją zaskoczył. Wyciągnęła w jego kierunku dłoń, a na palcu zwisały kluczyki do BMW. To był bardzo zły pomysł. Ale skoro Patel zaproponował, tak radykalne środki, to musiała uwierzyć mu na słowo, że wyglądała tak jak się czuła.
Ten piękny moment spokoju i harmonii wszechświata został zakłócony głosem Noe. Przymknęła oczy, słuchając całej tej tyrady, czując jak ciśnienie jej skacze na samą obecność mężczyzny. Po co komu kawa z samego rana? Wystarczy dać się przelecieć pięciu facetom i zajść w ciążę.
- Nie moja wina, że oczy cipą ci zarosły i żyłeś przez te lata w swoim wyimaginowanym świecie! Od mojego powrotu robisz mi jazdy o wszystko! Nie idzie z tobą normalnie porozmawiać, bo wiecznie masz pierdolone oczekiwania! Mam cię przepraszać, że patrzę na siebie nosząc twoje pierdolone dziecko pod sercem?! - chwyciła za tego szejka i cisnęła kubkiem w stronę Noe. Dorzuciła jeszcze kilka zimnych frytek, bo to jedyne co przez następne miesiące od niej dostanie. - Wspaniale! Nie mogę się kurwa doczekać aż w końcu dasz mi spokój! Mam już dość słuchania kazań wiecznie pokrzywdzonego szczeniaczka. Graj sobie dalej rolę ofiary. I masz rację! Dla tego dziecka, to będzie najlepsze rozwiązanie, bo nie chcę, żeby mój syn wyrósł na jebaną pizdę! Co?! Może jeszcze raz nazwiesz mnie dziwką?! Nasz syn z chęcią posłucha sobie tych zajebistych historii. Tylko nie przychodź już do mnie ze swoimi kolejnymi gówno wartymi przeprosinami! - krzyczała dalej, chociaż najchętniej to przecisnęłaby się pomiędzy fotelami i udusiłaby go na tej tylnej kanapie. Nawet już była na kolanach, odwrócona do niego całym swoim ciałem. Zaciskała palce na pasie bezpieczeństwa, który mogłaby okręcić wokół jego szyi.
Wtedy poczuła ból.
Spojrzała w dół i z jękiem opadła na fotel, żeby wsunąć dłoń pomiędzy uda. Na palcach został jej jasny ślad krwi. - Kurwa... Zaraz wracam. - prawie uderzyła drzwiczkami w stojący obok samochód. Jednak tym razem obyło się bez żadnych rys oraz kolizji. Ruszyła biegiem do kliniki i dopadła biedną recepcjonistkę, chaotycznie tłumacząc jej sytuację. Zaraz już siedziała u tego samego ginekologa, który wcześniej ją badał, a typiary na korytarzu walczyły ze wścieklizną, że ktoś wszedł bez kolejki. Zaliczyła kilka badań. Dostała więcej recept i termin kolejnej wizyty. I po raz setny usłyszała, że ma się nie denerwować.
- Jest dobrze. To po badaniu ginekologicznym. Spanikowałam. - powiedziała od razu podchodząc do auta. - Nie jestem w stanie prowadzić. Macie klucze. - podała któremuś z nich klucze i usiadła na miejscu pasażera.
Chciała jechać już do domu.
William N. Patel Noe Villeneuve-Scott