34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Madox od jakieś ósmej rano leczył się blantami, a dochodziła dwunasta, przyjął już potężną dawkę marihuanen, ale czuł się lepiej. Można nawet powiedzieć, że czuł się wyluzowany. Chociaż dużo miał pytań, ale dziewczyny powiedziały mu, że one zamierzają spać co najmniej do dwunastej, żeby ich nie budził, bardzo chciały, żeby z nimi spał, ale Madox stwierdził, że musi iść pobiegać, bo zawsze rano biega.
Nie biegał, bo po pierwsze nie będzie biegał po pustyni z chujem na wierzchu, a za nic nie mógł znaleźć swoich ciuchów, a po drugie to, nie miał siły. Bolały go wszystkie mięśnie, jakby wczoraj brał udział w jakimś runmageddonie, albo ćpał przez tydzień, ale sprawdzał na zegarku. Nie uciekł im żaden dzień, dopiero wczoraj tu przylecieli. Na mięśnie pomogło trochę zioło. Ale ta pustka w głowie...
Myślał, że William ją rozjaśni.
Tylko, że chyba nie, bo William zastanawia się czy to sekta, czy komuna. Madox nie wiedział przesunął palcami po jasnych włosach i karku.
- Ciężko stwierdzić... Myślisz, że takie starsze babki też biorą do sekty? - pokazał Williamowi jakąś straszą, kompletnie nagą babeczkę. Z boku, albo zboku, mogło to wyglądać jakby oni lubili jakieś granny, ale przecież oni tylko rozważali czy to sekta, czy komuna. Babcia ich zauważyła i pomachała do nich wesoło, a Madox jej odmachał, bo czemu nie? Potem wziął od Williama skręta i ściągnął bucha odwracając się już do kumpla.
- Nie wiem kurwa, ale myślisz, że przywódcą sekty mógłby być Shrek? - uniósł jedną brew, a zaraz podnosi rękę i pokazuje Williamowi faka. No nie faka, ale środkowy palec, na którym ma jego pierścionek - mam też twojego indiańca - co było dziwne, bo William mu go nigdy nie chciał pożyczyć, a Madox już go pytał trzy razy o to.
Ten blant gdzieś miedzy nimi krążył, a w międzyczasie to też ta rozmowa, toczyła się jakimś swoim torem, bo zaraz ze ślubu przeszli na forsę - nie wiem stary... ale tam może być ze trzy bańki, jak na moje oko - a Madox to miał do tego oko. Tyle wygrali w kasynie? Żeby tylko tego nie ukradli i nie chowali się teraz na pustyni.
Na kolejne pytanie Willa Noriega wyszedł sobie z tym blantem do przodu i się rozglądał po pustyni, która się przed nimi rozciągała na całej długości, oparł ręce na biodrach i odchylił się do tyłu.
- Nie wiem kurwa jak... - zaczął i zrobił jeszcze krok do przodu, a William teraz mógł zobaczyć też na Madoxowym tyłku nowiutki, świeżutki tatuaż... Z napisem - Pilar <3 - ale jesteśmy podobno pięćdziesiąt kilometrów od Vegas, czaisz to? - rzucił do Willa i pstryknął tego kiepa po blancie gdzieś w piach, w którym się zaraz zapadł. A potem ruszył do namiotu.
- Dawaj, mają tam lodówkę z browarem, podobno my go kupiliśmy, sto puszek piwa - machnął na Willa ręką, ale jeszcze się na niego obejrzał w wejściu - ej stary co ty masz na dupie? - zapytał, bo zauważył to jedno oko, które się na niego patrzyło.

( ꩜ ᯅ ꩜;)  💊🌿🚬🍄
34 y/o
Enjoy the simplest things
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Spoglądam w kierunku tej babci i jak do nas macha to też jej macham, ale rzucam cicho do Madoxa - Myślę, że biorą wszystkich - stary, młody, nieważne, ważne, że goły i wielbi guru. Chociaż to chyba była po prostu komuna, czyli w sumie nawet fajnie, jak mi się spodoba to może tu zostanę na zawsze - Co, nie, Shrek nigdy by tego nie zrobił - odpowiadam od razu i naprawdę bardzo próbuję sobie przypomnieć o co chodzi z tym ogrem, ale w głowie gra mi tylko I'm a belliever śpiewane grubym głosem. To chyba tak nie brzmiało. No ale nic, to co w Vegas i tak zostaje w Vegas, może się wyjaśni, a może się nigdy nie dowiemy - Co? - patrzę od razu na swoje palce, a tam się okazuje, że też mam nowy nabytek. Już chcę mówić Madoxowi, żeby oddawał, ale chyba się musieliśmy uczciwie powymieniać, to już było po ptokach. Wzdycham ciężko - Strasznie dziwne - wszystko było dziwne, a im dłużej próbowałem nad tym myśleć, tym dziwniejsze się wydawało - Trzy bańki?! To przecież w chuj siana - aż tyle udało nam się wygrać? To musieliśmy mieć naprawdę ogromne szczęście. Boję się myśleć skąd mogliśmy mieć te pieniądze, więc wersja wygraliśmy w kasynie brzmi dla mnie na tyle dobrze, że bardzo chcę się jej trzymać. Patrzę na Noriege jak tak wychodzi do przodu i się wygina, a jak moje spojrzenie pada na jego tyłek to marszczę brwi - Miałeś to wcześniej? - pytam, przyglądając się napisowi z serduszkiem, w sumie jeszcze czerwony, wyglądał bardzo świeżo, ale chyba pierwszy raz widzę dupsko Madoxa - Dziwny pomysł - już chcę pytać czy Pilar ma taki sam, tylko z jego imieniem, ale tylko otwieram usta i za moment je zmykam jak mi sprzedaje, że jesteśmy jakieś pięćdziesiąt kilometrów od Vegas - 50? No dobra, bez tragedii - do przejechania za jednym stopem. Kiedyś będziemy musieli wrócić, może dzisiaj, może jutro. Jutro wieczorem mieliśmy samolot do domu, więc lepiej żebyśmy się na niego wyrobili. Ale też nic nie stoi na przeszkodzie żeby spędzić trochę czasu z golasami, może się w końcu od kogoś dowiemy jak tu trafiliśmy - Marzę o zimnym piwie - wolałbym drinka, ale jak się nie ma co się lubi, to trzeba polubić to co się ma, ważne, że procenty były - Kurwa, no to ładnie się wkupiliśmy - ruszam za nim, a kiedy mnie pyta co mam na dupie, to od razu się łapię obiema dłońmi za pośladki - Co mam? - nic nie czuję, tylko trochę swędzenie. Odstawiam ręce i się wyginam, żeby rzucić okiem za plecy, a właściwie to pod plecy i widzę jak moja dupa też się na mnie patrzy - Co to jest? Poważnie? Oczy? Co za zjebany pomysł - chociaż trochę śmieszny w sumie. I tak dobrze, że tam, a nie na przykład na czole. Teraz już przynajmniej wiem, że ten Madoxa też musiał być świeży - To spójrz na siebie, Pilar na pewno się spodoba - śmieję się i klepie go po plecach. Wchodzę do namiotu, od razu dopadając lodówkę, wyjmuję dwie puszki, jedną podaję Noriedze, a drugą otwieram, żeby upić kilka dużych łyków. Piwo mi cieknie po brodzie i dalej na nagą klatę ale się tym w ogóle nie przejmuję - Aaaahhh, tego mi było trzeba - właściwie czegokolwiek mokrego - Dobra, pogadajmy z kimś, może się czegoś dowiemy - wzruszam ramionami. Mieliśmy sporo zagadek do rozwiązania.

Madox A. Noriega-Patel
twoja stara
???
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W sumie... Madox zgadzał się z tym, że Shrek by tego nie zrobił, pokiwał tylko głową na słowa Willa.
Rzeczywiście to wszystko było strasznie dziwne, a te obrazy, które mu się randomowo przypominały, jakaś fontanna, bluzka z cekinami, jakieś kwiaty i tancerka w kapeluszu, powodowały, że to wszystko było jeszcze dziwniejsze. Ale to Vegas, pewnie nie takie rzeczy się tam odpierdalały.
- No w chuj - dodał Madox, bo to rzeczywiście było dużo, już sobie za to mógł pewnie kupić jakiś dom w Meksyku, może ten, do którego włamali się z Pilar?
Madox to też się nie zastanawiał skąd oni wzięli tę forsę, mieli ją to mieli, na chuj drążyć temat? Była w ich torbie, właściwie w tej Madoxa, w którą był zapakowany. Szkoda, że nie było tam żadnych jego majtek. Musiał je gdzieś po drodze wyjebać, kiedy pakowali hajs.
- Co? - zapytał, kiedy William stwierdził, że to dziwny pomysł i nawet miał się odwrócić obejrzeć swój tyłek, bo nie do końca wiedział o co mu chodzi. Ale Patelek wtedy mówi, że bez tragedii.
- Bez tragedii kurwa? Na pustyni? - bo Madoxowi się wydawało, że to tutaj pośród tego wszechobecnego piachu, to jednak było wyzwanie. Żadnej kurwa drogi, nic, tylko góry i doły piachu i pięćdziesiąt kilometrów przed nimi.
Tylko nie zdążyli tego przedyskutować, bo już wchodzili do namiotu, a zaraz dupa Williama spojrzała na Madoxa, a potem Will na nią. Na swoją dupę. Noriega parsknął.
- No zjebany, jak jakaś laska ściągnie ci gacie to się może zdziwić - stwierdził i znowu się zaśmiał, ale wtedy William znowu zwrócił mu uwagę na jego cztery litery i teraz to już Madox się odwrócił, żeby spojrzeć na swój zad - o kurwa... - wyrwało mu się. Bo jak jakaś laska spojrzy na jego dupę, to na pewno się zdziwi. Całe szczęście, to ostatnio patrzyła na nią tylko Pilar, i to raczej nie miało się w najbliższym czasie zmienić. Podrapał się po karku mrużąc oczy i zastanawiając się kiedy oni to zrobili, ale nie mógł sobie za nic przypomnieć.
Wszedł do namiotu za Willem i zaraz otworzył puchę piwa, którą dał mu kumpel.
- Myślisz, że jej się spodoba? Bo jak kurwa nie? To co ja sobie tutaj wytatuuje? Tygrysa? - jeszcze się obejrzał na tą nową dziarę, a zaraz napił się piwa - to będzie mój prezent zaręczynowy dla niej, to znaczy nie tylko to... Bo kurwa stary, nie wiem czy ci już mówiłem - mógł to mówić, ale po prostu nie pamiętał, jak większości tego co działo się wczoraj - zaręczyliśmy się z Pilar, rozumiesz to? - pochwalił się Patelkowi. A zaraz upił kilka sporych łyków, aż w pewnym momencie mu się odbiło. Głośno.
Aż jedna z tych lasek, ta z którą Madox rozmawiał po hiszpańsku się obudziła i przeciągnęła.
- Och Madito, Billiamito, te levantas, vamos a bailar? - zaćwierkała wesoło, a Madox spojrzał na nią dziwnie. Nikt do niego nie mówił Madito, tylko jego matka.
- Qué coño es ese baile? Habla inglés porque no lo entiende - wskazał na Willa głową, a dziewczyna zaraz wstała i poprzeciągała się przed nimi, jakby robiła jakąś poranną jogę.
- Wczoraj rozumiał - powiedziała i w końcu się wyprostowała - no i tańczyć z naszym guru - czyli kurwa jednak sekta. Madox zerknął z ukosa na Williama.
- A kto jest waszym guru? - zapytał Noriega i już palce mocniej zacisnął na puszce, aż ją pogniótł trochę.
- No Shrek, ten co udzielił wam ślubu w Vegas, a my byłyśmy z Lolą świadkami - blondynka wskazała na brunetkę, która jeszcze spała słodko na wielkiej poduszce. Ją jakby Madox skądś kojarzył.
- Co?... - wyrwało się Noriedze, bo on teraz w bani to miał kosmos. Jakieś kurwa wirujące sceny bez kontekstu, ślub i Shreka i osła, który śpiewał grubym głosem, a potem cycki, po których sypał się koks. Chyba Loli. Przesunął palcami po twarzy, próbując jakoś to wszystko ułożyć w głowie. Na próżno.

William N. Patel-Noriega 🍚💳🗞️👃
34 y/o
Enjoy the simplest things
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

No dobra, jak Madox to przedstawia w ten sposób, to faktycznie może być trochę tragicznie, ale jak jakoś tutaj dotarliśmy to chyba wrócić też damy radę? Jak nie my to kto? Nie ciągniemy jednak tematu, bo na horyzoncie pojawiają się kolejne, na przykład zimne piwo. Po kolei, najpierw browarek, potem plan powrotu do Vegas. Miał rację, jak ktoś spojrzy na moje dupsko, to na bank się bardzo zdziwi, ale teraz to już raczej po ptokach, nic z tym przecież nie zrobię. W sumie to lepsze niż imię, więc śmieję się z Madoxa - No jak jej się nie spodoba to zawsze to możesz zmienić na Dolar, na przykład - lubił pieniążki, więc też by pasowało. Wystarczyłoby tylko przerobić P na D, a potem I na O i jest, proste. Miałem w Toronto zajebistego tatuatora, na pewno by podołał - Prezent jaki? Co kurwa? - mnie się właściwie wydawało, że coś wspominał, że nie przyjęła zaręczyn, ale przecież mogło mi się pojebać we łbie. Na pewno się pojebało - Poważnie? Ja pierdole, to chyba gratulacje? - wyglądał jakby się cieszył, więc nie mnie oceniać, chociaż Noriega pewnie doskonale wiedział jakie ja mam podejście do ślubów, zaręczyn i w ogóle jakichkolwiek związków - bardzo luźne. Chcę go uściskać, ale chyba nie jak jesteśmy całkiem nadzy, więc tylko klepię go po ramieniu i uśmiecham się szeroko. Nie pochwalam, jednak cieszę się jego szczęściem, szczególnie, że sam wygląda na bardzo zadowolonego z tego powodu. A niech im się wiedzie. Popijam piwo, mój kumpel beka głośno, a kiedy ta dziewczyna wstaje i zaczyna się tak przeciągać jak jakaś joginka to wbijam w nią spojrzenie. Nic nie rozumiem, dopiero kiedy przechodzi na angielski. No tak, wczoraj, porobiony to się mogłem cofnąć do czasów sprzed wieży Babel i wcale nie wątpiłem w to, że rozumiałem hiszpański, inne języki tego świata pewnie też. Nie zastanawiam się nad tym za długo, bo dziewczyna mówi o guru, a ja patrzę porozumiewawczo na Madoxa. Czyli jednak sekta. Czyli jesteśmy w dupie - A co jeszcze robicie oprócz tańczenia i czczenia guru? - pytam, bo może to była jakaś niegroźna sekta? Tylko czy takie w ogóle istniały? Brunetka uśmiecha się tajemniczo - Zobaczysz - chyba jednak nie chciałem wiedzieć. Już chcę łapać Noriege za rękę i ciągnąć do wyjścia, ale wtedy ona wspomina o tym ślubie, a do mnie w momencie wracają flashbacki z poprzedniego wieczora - przypominam sobie klub ze striptizem, mój popierdolony monolog, tamtą kaplicę, Shreka, wymianę obrączek i nawet pocałunek - O kurwa - mocno zaciskam palce na przedramieniu Madoxa - Szybko, muszę się odlać, chodź ze mną - wyciągam go z namiotu na bok - O kurwa, o kurwa - nie wiem od czego zacząć - To sekta, oni nas złożą w jakiejś ofierze, na bank - zaczynam panikować - O kurwa, o kurwa, wzięliśmy ślub, niemożliwe, dlaczego się na to zgodziłeś - rzucam, po czym łapię się za głowę - Nie, dobra, najpierw musimy się stąd wydostać, znajdźmy jakieś ubrania - po kolei, najpierw powrót do Vegas, potem ślub. Może uda się to jakoś ogarnąć? Te szalone śluby w Vegas w ogóle były wiążące? Jestem prawnikiem, przecież na pewno znajdę jakiś kruczek, który pozwoli nam to odkręcić. Rozglądam się wokół, oprócz tego namiotu, z którego właśnie wyszliśmy były tu też inne, co najmniej pięć. Macham ręką na Madoxa, żeby szedł za mną. Zaglądam do drugiego, ale tam w środku siedzi więcej golasów i palą taką długą fajkę, nie wiem z czym, nie pachnie jak zioło. Wszyscy odwracają się w moją stronę - Ups, sorki, nie ten namiot, nie przeszkadzajcie sobie - wychodzę zanim zdążą cokolwiek powiedzieć. Tam jednak nie. Wbijam do trzeciego - w środku nikogo nie ma, oprócz żywej kozy przeżuwającej piach. Rozglądam się po wnętrzu, zaś moje spojrzenie pada na jakąś wielką skrzynię. Próbuję ją otworzyć, ale jest zamknięta na cztery spusty, niemniej nie ma na tym świecie zamka, którego nie otworzą moje boskie ręce - Spróbuję to otworzyć, myślisz, że tam mogą być nasze rzeczy? - łapię za jakiś taki dynks, który leży na drewnianym stoliczku i chwilę majstruję nim przy zamku, a on puszcza z głośnym klikiem. Uchylam wieko - niestety nie ma tam naszych ubrań, za to cała skrzynia kolorowych, mniej lub bardziej zdobnych hinduskich szat. No, jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma, lepsze to niż chodzenie nago, szczególnie, że przecież musieliśmy stąd uciekać - Dobra, chuj, niech będzie - zarzucam na siebie jedną z szat. W sumie jestem gotowy żeby spierdalać w stronę słońca, ale na zewnątrz robi się małe zamieszanie. Dochodzą do nas czyjeś głosy - Przyprowadź ofiarę - drugi głos przytakuje i widzimy długie cienie zmierzające w stronę naszego namiotu - O kurwa, słyszałeś to? Idą po nas - mówię szeptem do Madoxa, zaciskając palce na materiale jego szaty.

Madox A. Noriega-Patel
twoja stara
???
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Madox podrapał się po skroni, bo w sumie... Mógłby mieć też dolara wytatuowanego na pośladku, lubił hajsik. Zawsze to jakiś pomysł jak się Pilar nie spodoba, zmienić to na Dolar. No ale liczył, że może się jej spodoba, albo nie zobaczy... Ta... Nie zobaczy.
- Dzięki stary, w ogóle... Las Vegas jest świetne, może przywiozę Pilar i weźmiemy ślub tutaj... Byłbyś naszym świadkiem - ś w i e t n y pomysł. Genialny.
Oczywiście, że Madox się cieszył, że Pilar przyjęła jego zaręczyny, chociaż najpierw je odrzuciła. A potem on odrzucił... Pewnie by tak mogli do usranej śmierci, bo oboje byli uparci. Więc tym lepiej, że się zgodziła.
Potem już piją sobie piwko i gadają sobie z tą dziewczyną, a kiedy się okazuje, że to jednak sekta, to Madox spojrzał na Willa dziwnie. Bo on dopiero się zaręczył z kobietą swoich marzeń, snów i koszmarów (czasem), a tu go wciągnęli do jakiejś sekty. Świetnie.
Potem Will zapytał co oni tu właściwie robią, a Noriega przeniósł na nią spojrzenie zobaczysz, powiedziała to z jakimś takim diabolicznym uśmiechem, że Madox się zawiesił. Umrą tutaj. Jak nic.
Ale William go już wyciąga na zewnątrz.
- No ale co ja mam ci kurwa chu... - nie skończył, bo już wyszli przed namiot, a Patelek go ciągnie gdzieś za namiot, a po drodze nawija. I jak on tak gada, to Madox zaczyna sobie coś tam przypominać, ale tak niedokładnie.
- Jaki kurwa ślub? - to jest dla niego teraz najważniejsze pytanie, on tak znowu patrzy na swój palec z Indianinem, a potem się odwraca i zerka na Pilar… to znaczy na tyłek. Bo teraz sobie pomyślał, że jak oni z Willem naprawdę odwalili taki numer i wzięli ślub, to Stewart go zajebie, bo już przecież jej obiecał.
- Nie no kurwa Will, ja nie mogę brać innych ślubów, bo obiecałem Pilar, rozumiesz to... - i trzyma kumpla za ramię, bo to jest poważna sprawa, a nie jakaś tam sekta-srekta.
Chociaż jak William tak mówi, że najpierw muszą się stąd wydostać i żeby poszli po jakieś ubrania, to Madox zaraz za nim poszedł, ale po drodze mu nawija.
- Kurwa stary... Myślisz, że mogę wziąć dwa śluby? - zapytał, ale oni wtedy zajrzeli do tego namiotu, gdzie palili jakąś fajkę pokoju, i Madox już miał się wycofać za Williamem, ale jeszcze się zatrzymał w wejściu - co jaracie? - odpowiedzieli mu, że szałwię, więc machnął ręką - to nie, mam po niej chujową fazę - stwierdził i idzie za Willem, znowu mu gada - a może... mogę mieć męża i żonę? - wchodzą do trzeciego, a tam jest ta koza. Madox do niej podszedł i ją klepie po głowie. Kozy były w sumie śmieszne, a ta jak ich zobaczyła to jeszcze zabeczała. William już wisi nad tą skrzynią, a Noriega patrzy na niego.
- No dawaj, może jakieś majtki chociaż... - Madox stanął sobie nad Willem krzyżując ręce na piersi i tak czeka, a ta koza już stoi obok nich i też czeka.
Ale nie było tam majtek tylko te hinduskie szaty... Madox wyjął jedną i tak ją ogląda z obu stron - co to kurwa jest? Jakaś męska sukienka? - bo one były bardzo ozdobne, po prostu całe w kamieniach i cekinach, błyszczące na kilometr, ale jak William wkłada na siebie jedną, to Madox też zarzuca sobie taką przez głowę, czerwoną. Trochę się poplątał i mu musiał Will pomóc, ale tylko z jednym rękawem mu pomógł, bo dobiegły do nich te głosy sprzed namiotu, wiec z drugim już szarpał się Madox.
- Czekaj kurwa... nie mogę tego rękawa - w końcu go ujebał i włożył wytatuowaną rękę w dziurę po rękawie. No pięknie - dobra, zaraz tych golasów rozwalimy - dodał i szarpnął Willa, żeby się ustawił też do jakiejś bójki. Tylko do namiotu weszło dwóch nagich dziadków, jeden o lasce, a drugi z balkonikiem. A Madox aż otworzył usta... No i jak oni się mają z nimi bić?
- Co wy robicie z ofiarą? - pytają i wskazują na kozę, a Madox też się na nią patrzy. No nie... kozę?
- Ej Earl zobacz, oni mają szaty poślubne... - mówi ten drugi, a Earl mruży się im przyglądając.
- No nie wiem to są szaty poślubne? - pyta, bo ewidentnie kiepsko widzi, albo w ogóle mało co.
- No tak - odpowiada ten drugi, a Earl sięga poniżej pępka i drapie się... po udzie.
- Nie wiem... to może dzisiaj nie jest dzień składania w ofierze, tylko ślubów? - pyta Earl.
- A jaki dzisiaj jest dzień? - dodaje ten drugi.
I Madox w końcu się ruszył z miejsca i staje miedzy dziadkami.
- No dzisiaj jest dzień ślubów właśnie... - wtrącił się, a dziadeczki spojrzały na Williama jakby miał to potwierdzić.

William N. Patel-Noriega
34 y/o
Enjoy the simplest things
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

- Co? Pytasz mnie czy będę twoim świadkiem? Kurwa, tak! - w Vegas, w Toronto czy w Meksyku, gdziekolwiek by nie chcieli się pobrać. Zresztą nie powinien mnie dziwić ten wybór, w końcu byłem jego najlepszym przyjacielem. Myślę, że on moim też, nawet jeśli wcale nie znaliśmy się całe życie. Oczywiście, że nie chciałem żeby mi trzymał, właściwie nawet nie chciało mi się sikać, to była tylko taka wymówka żeby stąd wyjść. Dziewczyny zawsze chodziły parami do kibla to my też mogliśmy - Ślub kurwa, mój z tobą, ja i ty, razem, nowożeńcy - macham łapami, najpierw wskazując na niego, potem na siebie, znowu na niego i znowu na siebie - Tak, rozumiem, myślisz, że ja skaczę z radości z tego powodu? Ogarnę to, spokojnie, Pilar nie musi o niczym wiedzieć - w zasadzie miałem nadzieję, że nikt się nigdy nie dowie, a ewentualne anulowanie albo rozwód uda się załatwić szybko i po cichu - Nie, nie możesz. Bigamia jest nielegalna w Kanadzie, wiesz co za to grozi? Do 5 lat, chyba, że w jakiś, nie wiem, Emiratach Arabskich, tam chyba można mieć kilka żon - chociaż na tamtejszym prawie się nie znałem. Rozmowę przerywa nam krótka wizyta w kolejnym namiocie, ale Madox szybko wraca do tematu, a ja wzdycham ciężko - Nie, nie możesz mieć żony i męża, to wciąż jest bigamia. Dwie żony, dwoje mężów, mąż i żona, to nie ma znaczenia - tłumaczę mu. Potem ja zajmuję się skrzynią, a Madox i koza czekają cierpliwie aż uporam się z zamkiem - A myślisz, że ja wiem co to jest? - może i męskie sukienki, w tych czasach wszystko było możliwe. Pomagam Noriedze z założeniem tej szaty, ale tylko chwilę, bo już za moment znowu się rozpraszam. Kiwam głową, że dobra, rozwalimy ich, chociaż ja generalnie nie lubię się bić, dla mnie to była ostateczność, ale teraz... Chyba można powiedzieć, że nie mieliśmy innego wyjścia. Tylko do namiotu wchodzą dwa stare dziadki i to takie w opór stare, że wyglądali dosłownie jak chodzące mumie, nie, przecież z nimi nie mogliśmy się bić. Opuszczam gardę i przysłuchuję się rozmowie, a jak wszyscy wbijają we mnie spojrzenie to od razu kiwam głową - Dzisiaj jest totalnie dzień ślubów - potwierdzam. Przez chwilę wszyscy milczą, pierwszy odzywa się Earl - Fajnie, to się dobrze nasmarujcie - nasmarujcie? Robię wielkie oczy, drugi dziadek klepie Madoxa w dupsko i się śmieje - Uwielbiam dni ślubne - mówi, a Earl dodaje, że konsumowanie małżeństw jest najlepsze. Potem jeszcze ktoś coś gada, że nas zawołają, a jak wreszcie wychodzą to zamykam z hukiem skrzynię i opadam na nią ciężko - Jezu i co teraz? Czy ty widziałeś co ten Earl miał między nogami? Nie chcę żeby konsumował nasz ślub - przecież to był stary, zwiotczały, ale wciąż potwór. Aż mi ciarki przechodzą wzdłuż kręgosłupa. Koza beczy jakby się z nas dosłownie śmiała - No i czego beczysz, kurwa, ty będziesz następna - rzucam, a ona jakby mnie rozumiała, na moment nawet przestaje przeżuwać, szybko jednak wraca do mielenia gębą. Na zewnątrz robi się większe poruszenie, coraz więcej cieni i głosów wokół. Teraz to na pewno nie uda się nam zwiać, nawet jeśli mielibyśmy puścić się biegiem przez pustynię. Ktoś już woła, żebyśmy się pospieszyli i chyba nie mamy wyboru, musimy wyjść. Na zewnątrz zebrał się już tłum. Wstaję ze skrzyni i chwytam za sznurek, do którego przywiązana jest koza, nie chcę jej tu zostawiać na bycie ofiarą, każdy zasługiwał na życie, nawet takie durne zwierzę. Wychodzimy z namiotu, a tam dwa rzędy golasów już na nas czekają, przed nami długa droga, prowadząca wprost do guru, którego mogliśmy już znać ze wczoraj. Teraz jak tak patrzę to faktycznie kojarzę tę twarz, chociaż nie jest już zielona. Kilka kobiet od razu do nas podchodzi i zakłada nam na szyję girlandy z kwiatów, na głowy kolorowe wianki. Ludzie wiwatują i popychają nas, żebyśmy nie stali w miejscu jak te kołki, tylko szli do guru. Więc idziemy - ja Madox i ta koza tuż obok mnie. Docieramy przed oblicze Shreka, a on uśmiecha się do nas szeroko i od razu zaczyna ceremonię - Kochani! Zebraliśmy się tu dziś żeby połączyć boskim węzłem małżeńskim naszych nowych braci - znowu salwa głośnych okrzyków, gwizdów i braw. Opuszcza delikatnie ręce, a wokół zapada całkowita cisza. Chrząka głośno, machając na nas dłońmi, ale ani ja ani Madox nie wiemy o co chodzi, więc dodaje szeptem, że teraz mamy uścisnąć sobie ręce. Odwracam się w kierunku Noriegi i podaję mu dłoń, a jak tylko splotę ją z jego kończyną to owija nasze złączone dłonie jedwabną szarfą, bardzo ciasno, w bardzo mocny supeł - Niech wasze ciała złączą się w jedność tak jak łączy je ten mocny węzeł, a gorąca krew buzuje w żyłach za każdym razem gdy patrzcie sobie w oczy, tak jak buzuje w błogosławionym kielichu jedności - jeden z golasów podaje mu wielki, złoty kielich, on spija z niego łyk, po czym wyciąga go najpierw w moją stronę, żebym pił. Zaglądam do środka, a tam faktycznie gęsta, czerwona ciecz. Wmawiam sobie, że to na pewno wino, chociaż z początku kręcę głową, to guru pospiesza mnie zachęcając gestem dłoni. Spijam malutki łyczek, ta ciecz smakuje okropnie, chociaż zdecydowanie nie jest to metaliczny aromat krwi. Potem podaje go Madoxowi i kontynuuje - Niech wasze dusze na wieki wieków zostaną splecione w kosmicznym uścisku, żebyście mogli odnajdywać się przez wieczność w setkach wcieleń, tak jak dym ulatuje wstęgą z pradawnej fajki zjednoczenia - tym razem ktoś inny podaje mu tą długą, kolorową fajkę i znowu - najpierw guru ściąga bucha, potem ja, a na końcu Madox. Kosztuję tylko odrobinę, bo chyba trochę boję się tego co jest w środku - Bracia! Zostaliście zjednoczeni na wieki wieków, na kolejne tysiące waszych wcieleń! Wasza miłość jest wieczna! - nie wiem czy to dobrze czy źle w sumie, ale wokół znowu brawa i krzyki. Guru podchodzi bliżej i łapie mnie za twarz żeby złożyć na moich ustach długi, namiętny pocałunek, nie krótkiego buziaka, tylko pełny całus z języczkiem. Zresztą to samo tyczy się Madoxa. Widzę, że wokół ludzie też zaczynają się ostro lizać - każdy z każdym, stary z młodym, chłop z babą i chłop z chłopem, baby z babami, dosłownie kurwa każdy kto tu był - Do namiotu rozkoszy! - krzyczy guru, wyrzucając ręce w górę. Nigdy nie widziałem bardziej popierdolonej rzeczy, a naprawdę widziałem już wiele.

Madox A. Noriega-Patel
twoja stara
???
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Fajnie, że William chciał być świadkiem Madoxa… Tylko zaraz okazało się, że był jego mężem.
- Ej stary, a mąż może być świadkiem? - zapytał, bo Noriega to się przecież kompletnie nie znał na prawie. Na ślubach też się nie znał, stąd sto pytań do.
Na kolejne słowa Willa westchnął ciężko, a potem sięgnął do niego, żeby znowu go poklepać po główce, pac pac.
- Ale ty się kurwa na życiu nie znasz Will, ja jej wszystko mówię, to nie jest tak jak ty sobie bierzesz jakąś Cindy, czy inną dziunie na jedną noc i nawet jej nie mówisz jak masz na prawdę na imię - aż pokręcił głową. Ale w zasadzie to Madox przecież doskonale wiedział jakie podejście do kobiet ma Patel, bo sam miał do niedawna podobne. Im więcej kitu nawciskasz tym lepiej, bo później trudniej cię znaleźć. Tylko jeśli o Stewart chodzi, to ona by go już znalazła chyba wszędzie... No i on rzeczywiście starał się z nią być szczery, kompletnie.
Dlatego jak chodzili od namiotu do namiotu, to Noriega się zastanawiał jak to powie Pilar. Może tak... wiesz co Pilar, naćpaliśmy się z Willem i jakiś Shrek udzielił nam ślubu w Vegas? Jak to kurwa absurdalnie brzmiało.
Ale cała ta ich przygoda tak brzmiała, te sukienki z tajemniczej skrzyni też.
- Ej a jakbym pojechał do tych Emiratów i tam wziął ślub z Pilar, a potem byśmy wrócili do Toronto? Czy już musielibyśmy tam zamieszkać? - kombinował jeszcze, kiedy Will kombinował z tym zamkiem. A potem to już zakładali na siebie te sukienki. A jeszcze później to już rozmawiali z tą geriatrią.
Kiedy Patel potwierdził, że dzisiaj jest dzień ślubów, to Madox jeszcze pokiwał głową, że tak, tak. Ale zaraz nią kręcił, że nie, nie, kiedy Earl im kazał się dobrze nasmarować.
- A może jednak ofiar... - zaczął, a jak ten dziadek klepnął go w dupę, to aż podskoczył. Bo on już wolałby się z nimi bić, niż się dla nich smarować.
Kiedy wyszli to Madox przejechał palcami po twarzy.
- Przysięgam ci, że jak mnie któryś z tych dziadów jeszcze raz klepnie, to mu wyjebie - powiedział patrząc na Willa - spierdalajmy stąd - dodał, ale przed namiotem zaczęło się coś dziać. Chyba nie mieli szans...
A może mieli?
Ale William już wyłazi i ciągnie ze sobą kozę.
- Ej Will, a może ty byś z tą kozą wziął jednak ślub? Nawet was nasmaruje - zaproponował jeszcze, ale Patel już go szarpnął za sobą za sukienkę. Na początku było... miło. Kiedy te dziewczyny zaczęły ich ubierać w kwiatki, wszyscy klaskali, cieszyli się, ale kiedy ich zaczęli przepychać do tego guru, to Madox się znowu spiął. Bo o ile on na emce był przytulaśny, to na trzeźwo, na zwale... niekoniecznie.
Chociaż przez chwilę Madox po prostu słuchał tego guru, bo trochę był w szoku, trochę niedowierzał. Trochę się zastanawiał, jakie mają szanse, jak rzucą się biegiem przez pustynię. Ale chyba marne...
Jeszcze się pozwolił z Willem związać tą szarfą, jeszcze zajrzał do tego kielicha i nawet wypił z niego łyka.
- To smakuje jak kurwa... burak, krem z buraka - wywalił język, bo jak można coś takiego pić, no ale później dostali fajkę... Z niej Madox ściągnął porządnego bucha. Już nawet jakby to miała być ta szałwia, to lepiej tak, niż na trzeźwo...
Rzeczywiście to chyba była szałwia. Szałwia wieszcza.
Bo zaraz w głowie Noriegi układają się te wszystkie słowa guru. Wieczna miłość.
I jak sobie Madox tak pomyślał o tej wiecznej miłości, to się zawiesił na moment i wcale nie zareagował jak guru lizał się z Wiliamem, zresztą jak wszyscy doskonale wiedzą, to William miał w swoim życiu epizod lizania się z facetami, a konkretnie z takim jednym barmanem z Emptiness.
Ale Madox nie miał i nie zamierzał mieć, wiec jak się do niego dostawiał ten guru, to on się zasłonił rękami i go od siebie zaczął odpychać.
- Nie, nie! Stop! - krzyknął, a wszyscy na niego. A Madox już włazi na ten podest, gdzie wcześniej stał guru, w tej swojej czerwonej sukience, która mieniła się tysiącem świateł - bardzo szanuję to, że wszyscy tutaj jesteście tacy wyzwoleni i chcecie się tutaj wszyscy kochać ze wszystkimi i nikt nie jest wykluczony, nawet Earl - powiedział, a wszyscy spojrzeli na Earla - ale moja gorąca krew już buzuje w żyłach za sprawą pewnej kobiety, a nie jego - wskazał Willa i wszyscy na niego spojrzeli - i moja dusza też jest już spleciona na wieki wieków, z taką piękną brunetką - no i teraz jak na zawołanie przed szereg wyszła ta czarnowłosa tancerka, która się wczoraj z nimi bujała, ale Madox pokręcił głową - nie z tobą, wybacz... - trochę posmutniała, ale ta druga tancerka ją objęła. No to Madox postanowił kontynuować - po prostu... Ja już jestem zakochany i moje serce już należy do kogoś, może nie na tysiąc kolejnych wcieleń, ale na pewno na to jedno, gdzie się odnaleźliśmy i dobraliśmy jak w korcu maku, w tym popierdolonym świecie. Bo ona mnie bierze takim jakim jestem, naćpanym, jebniętym... I ja wiem, że Will ty też - poklepał Willa po ramieniu - ale w namiocie rozkoszy to ja jednak chciałbym siedzieć tylko z nią, no bo... ja ją kocham - ktoś tam westchnął, ktoś zachlipał, a guru się kompletnie rozkleił - i to jest świetne co tutaj robicie. Bo miłość... miłość jest kosmiczna, niesamowita i powinna być czczona wszędzie, bo to najlepsze uczucie na świecie, ale też powinna być... świadomym wyborem, wolnym, więc jeśli wy chcecie wszyscy ze wszystkimi to proszę bardzo, ale ja tak nie umiem - zakończył swój monolog. Przez chwilę zapanowała cisza, ale w końcu guru wlazł do Madoxa na podest, klepnął go w ramię.
- On ma rację, bo ja na przykład nie lubię z Earlem... - stwierdził Shrek, a przez tłum przeszedł jakiś pomruk, Earl trochę posmutniał, ale zaraz, ten dziadek, który wcześniej z nim przyszedł do namiotu, ten z balkonikiem się odezwał.
- Ale ja uwielbiam z Earlem! Kocham cię Earl - no i jak tak powiedział, to zaraz wpadli sobie w ramiona i się pocałowali. A Madox wtedy oparł rękę na ramieniu Shreka.
- Bo widzicie... tak właśnie działa miłość, że każdy kiedyś znajdzie sobie swoją drugą połówkę, tak jak Earl... I nawet ty Shrek - poklepał tego guru po ramieniu, a on już płakał, więc Madox szarpnął za ten swój naderwany rękaw i mu go dał, żeby wytarł sobie kipę.

William N. Patel-Noriega
34 y/o
Enjoy the simplest things
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Znowu mu tłumaczę, że jak ma męża to nie może wziąć drugiego ślubu, ale po rozwodzie to już właściwie bez znaczenia, mogłem być nawet jego mistrzem ceremonii, jeśli tylko zrobię sobie odpowiedni papierek, a takie rzeczy dało się ogarnąć przez internet. W sumie Madox miał sporo racji, mnie czasem trochę brakowało tych naszych wspólnych wypadów do różnych barów, gdzie na zmianę wciskaliśmy laskom różne kity, a drugi to potwierdzał. To były czasy, raz nawet założyliśmy się o to, kto nagada większych głupot, ale najśmieszniejsze było to, że niektóre dziewczyny uparcie nam wierzyły, że Noriega jest bratem prezydenta (rządził wtedy Obama), a ja podróżnikiem w czasie. Teraz Madox był już zajęty i zakochany i chociaż cieszyłem się jego szczęściem jak na dobrego ziomka przystało, to wiedziałem, że będzie mi brakować tamtych czasów. Szkoda, że robiliśmy się coraz starsi. Dopada mnie jakaś taka chwilowa nostalgia, tylko nie mam teraz czasu o tym myśleć, nawet jeśli mój mąż zadaje kolejne sto pytań o ślub. Wzdycham głęboko, ale mu gadam, że by wtedy już musieli tam zostać, bo drugie małżeństwo by i tak nie zostało uznane w Toronto. To bez sensu. W pewien sposób dobrze, że te dziadki nam przerywają bo nawet się boję myśleć co jeszcze Madox mógłby wymyślić by poślubić Pilar zanim my zdążymy zakończyć nasze małżeństwo. Nawet mu nie mówię, że taki rozwód może trwać nawet pół roku bo chyba by uznał, że szybciej zostać wdowcem. Teraz, po tej krótkiej wymianie zdań, to ja też w sumie bym wolał żeby jednak był dzień ofiar, wtedy przynajmniej oberwałoby się kozie, nie nam - Spokojnie, jakbyś mu wyjebał to byś go zabił - tamten dziad by się chyba od razu obrócił w proch jakby Madox tylko go dotknął, szczególnie, że Noriega miał łapę grubości jego uda. Wychodzimy przed namiot i patrzę na kumpla takim wzrokiem mówiącym ni mniej ni więcej niż nie wkurwiaj. Jak mnie tu zostawi z tą kozą na pastwę sekciarzy to ja się już do niego w życiu nie odezwę. Ale idzie za mną, a sama ceremonia jest w sumie całkiem ładna. Guru tak pięknie mówi o karmicznym połączeniu, ja to kupuję w stu procentach bo wierzę w takie różne metafizyczne pierdolety i chociaż może nie do końca chcę się łączyć na tysiąc wcieleń akurat z Madoxem to z drugiej strony lepszy on niż... No, niż ktoś inny, z nim przynajmniej było zawsze zabawnie. Dopiero kiedy Shrek mnie całuje z takim zaangażowaniem to się trochę krzywię i wycieram usta rękawem wolnej ręki. Potem zbliża się do Noriegi, a ten zaczyna się odsuwać i zasłaniać i ciągnie mnie za sobą, bo przecież wciąż jesteśmy związani, tak jak zresztą związane są już nasze dusze. Kurwa, ja nie wiedziałem, że można odmówić całowania i nie straci się za to głowy, jak Madox komukolwiek o tym powie, to go zabiję, tutaj na ziemi i przysięgam, że przez kolejne tysiąc wcieleń również. Wchodzi na podest, zaś ja razem z nim, bo zwyczajnie nie mam wyboru, skoro nasze ciała też są już połączone na wieki wieków, albo przynajmniej do momentu, w którym ktoś nie rozsupła tego węzła. Madox zaczyna swoje przemówienie, zaś ja czuję, że szałwia wieszcza delikatnie mnie smyra, ta jego suknia mieni się tysiącem świateł, co wygląda po prostu przepięknie, ale jeszcze piękniejsze są słowa, które kieruje do wszystkich zgromadzonych. Trafiają mnie prosto w serce i nawet nie wiem kiedy się rozklejam. Właściwie nie spodziewałem się po Noriedze, że może tak pięknie mówić o miłości, ale może powinienem, przecież od zawsze miał gadane. Wzdycham przeciągle, bo moje myśli krążą już wokół kogoś innego. Jezu, musimy wrócić do Vegas. I do Toronto. Chociaż podobało mi się tutaj, na tej pustyni, gdzie rządziła miłość, wolność, golasy i narkotyki - moje klimaty dosłownie. Przecieram wolną dłonią oczy, a potem zwracam się do Madoxa - To było niesamowite, wracajmy do Vegas i do Toronto, muszę się z kimś zobaczyć - kiwam głową, wianek opada mi na oczy, więc szybko go poprawiam - A nie chcecie zostać? Ty byś się nadawał na guru w przyszłości - Shrek mówi do Noriegi, ale my obydwoje kręcimy głowami, wzdycha lekko, po czym informuje nas, że w poniedziałek jadą do miasta i możemy się zabrać, ale dla nas to za późno, my musieliśmy wyrobić się jutro na samolot. Tłumaczy, że jak pójdziemy w tamtą stronę to gdzieś za dwa kilometry powinniśmy dojść do drogi, która leci prosto na Vegas, na pewno uda nam się złapać podwózkę - Świetnie, a oddacie nam nasze rzeczy? - pytam, a on patrzy na mnie wielkimi oczami - Jakie rzeczy? Zgarnęliśmy was z Lolą i Tolą półnagich z ulicy jak kręciloście się bez celu i gadaliście z latarniami - no to wychodzi na to, że koktajl Patelova poklepał bardziej niż mi się wydawało - Mieliście tylko tą torbę no i ty jeszcze taką szarfę z napisem Mister Mokrego Podkoszulka Las Vegas 2026 - kiwa głową na Madoxa, a my wymieniamy spojrzenia - A dacie mam jakieś rzeczy? - pytam, guru kiwa głową, że coś się znajdzie. Zwraca się jeszcze do tłumu - Brawa dla naszych braci! Niech żyje miłość, wolność i narkotyki! - wokół wznoszą się kolejne wiwaty. Sekciarze rozchodzą się do namiotów rozkoszy, ale nas guru prowadzi do innego. Do namiotu wysyłania w drogę, gdzie pewnie dostaniemy wikt i opierunek na dalszą podróż. Ciągnę za sobą kozę i znowu zagaduję - Ej, a możecie jej nie zabijać? - pytam, patrzy na mnie dziwnie - Zabijać? A kto ci powiedział, że chcemy ją zabić? - teraz to ja się dziwię - Ofiara? - to niby w jaki inny sposób chcieli ją ofiarować? - Ofiarujemy ją bogom poprzez taniec, czczenie i dojenie, zabijanie jest passe - tłumaczy - No i zakazane - dodaję - I zakazane, nie robimy tu nic zakazanego - mówi - Oprócz brania narkotyków - chociaż dla mnie to akurat żaden problem - Oprócz brania narkotyków - kwituje Shrek, po czym wprowadza nas do tipi. Ostatni raz zerkam na niebo, słońce wciąż wisi wysoko nad horyzontem, przy dobrych wiatrach może dotrzemy do Vegas jeszcze przed zmrokiem.

Madox A. Noriega-Patel
twoja stara
???
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Coś w tym było, że jakby Madox uderzył, któregoś z tych dziadków, to mógłby ich zabić. Zresztą oni wyglądali jakby nawet William mógł. Albo nawet ta koza.
Więc trzeba było się zastanowić nad tym, jak z tej sekty się wykręcić, ale może bez przemocy? Może gadką? A Madox to przecież miał gadkę. Tylko, że najpierw gada guru, o tych wcieleniach i bla bla bla. Madox go nie słuchał, bo on w ogóle w to nie wierzy. Żyjesz, umierasz, koniec, a nie jakieś bzdety i tysiąc wcieleń.
Kiedy William się liże ze Shrekiem, to Noriega od razu sobie w głowie układa komu on musi o tym opowiedzieć. Ricziemu na pewno. Pilar, Rosie, Galenowi, Peach, dziewczynom z klubu, chłopakom z klubu, chłopakom z siłki, sąsiadkom. Tej babce z kiosku na dole i tej z warzywniaka, bo one znają Williama. Trochę tego było.
No ale dobra, później jest jego pora na pocałunek, tylko, że Madox nie ma zamiaru, a zresztą miał coś do powiedzenia, więc wciągnął Williama na podest i mówi. Tak prosto z serca, ale też tak trochę, żeby jednak zagadać tych sekciarzy. Chyba nawet ładnie mu to wyszło, bo się porobiło już kilka par, które trzymają się za ręce, ktoś tam płacze, ktoś skanduje, że zajebiście. William ryczy jak bóbr, aż mu Madox chciał dać drugi rękaw, żeby się wytarł, ale potem sobie pomyślał, że za piękna jest ta szata.
Już miał się pytać Williama z kim on się musi zobaczyć, ale wtedy ten guru powiedział, że Noriega nadałby się na guru w przyszłości. Brzmiało to w sumie dobrze, siedzieć sobie na pustyni i być guru miłości, ale jednak...
- Nie no stary, musze wracać do mojej narzeczonej, ale kiedyś tutaj z nią przyjadę - zapewnił, chociaż ciekawe co by mu powiedziała Pilar na taką propozycję, wakacje w sekcje na pustyni koło Vegas, w sekcje czczącej nagość i wolną miłość. To brzmiało jak wymarzone wczasy dla Williama, ale dla nich?
Potem William pyta o te rzeczy, a Madox to sobie nic wcale nie przypomina, nawet tej szarfy Mistera Mokrego Podkoszulka, chociaż może on nawet miał szanse na takie coś?
- Ej ziom, a skąd my w ogóle mamy ten hajs, wiesz coś? - zapytał, ale za bardzo nie wierzył, że się dowie. No i Shrek też tak kręci głową, ale zaraz podeszła do nich Lola, albo Tola? Ta blondyna, bo czarna poszła na orgie, pewnie, żeby zapomnieć o Madoxie.
- Ja wiem... - powiedziała, a cała trójką na nią spojrzała - milion wygraliście w ruletce w kasynie, bo obstawiłeś trzynastkę - spojrzała na Madoxa i w sumie coś tam mu się kojarzyło, jakieś cekiny i gołe cycki i ta ruletka. Jak się kreci i kręci - drugi milion zgarnęliście na automatach, ty wykręciłeś w jednorękim - tutaj patrzy na Williama. No i w sumie fajnie, walnęli po bańce, ale tam była co najmniej jeszcze jedna - a trzeci dostałeś od Dolly Parton - spojrzała na Madoxa, a on zrobił wielkie oczy, że coooo? Wiec chyba stwierdziła, że musi wyjaśnić - no brałeś udział w tym konkursie mokrego podkoszulka, ty też, ale ty zaraz odpadłeś - zerknęła tylko na Willa - no i tam była taka kategoria, że talent show. No i ty zaśpiewałeś Dolly Parton, Jolene, a tak się złożyło, że Dolly była tam na widowni i się wzruszyła, i chciała przekazać dwa miliony na ten konkurs na wygraną, ale wziąłeś jeden, bo jeden oddałeś na cele charytatywne, a Dolly uznała, że masz takie dobre serce, że jeszcze dorzuciła dwa na te cele! - skończyła i patrzy na nich, a Madox nie pamięta kompletnie nic, ale chyba tak musiało być, skoro Lola im tak powiedziała.
- A kapelusz? - zapytał.
- Co kapelusz?
- No dała mi go czy nie?
- Nie...
Madox aż odchylił do tyłu głowę, bo on zgubił ten kapelusz od Dolly Parton, straszne, ale zaraz złapał Wiliama za łokieć i go cięgnie na bok.
- Ej stary... To jak mamy tam trzy bańki, to dawaj zostawimy jedną tutaj, wiesz na tą wolną miłość... i narkotyki, żeby mieli - powiedział mu i zerkają na guru. William się zgodził, bo on nigdy nikomu na narkotyki nie żałował. I w końcu jak odzyskali swoją torbę to przekazali na ręce guru kilka stosików dolarów, tak na oko Madoxa to milion, a on miał do tego oko. Jeszcze na koniec powiedzieli, żeby kozie kupili jakieś siano, bo ona ciągle żre piach, a guru się zgodził.
A zaraz ich szykował do drogi. Z wielkiej skrzyni wyciągali ciuchy, William dostał hawajką koszulę w tancerki hula, Madox już gdzieś taką widział... A Noriega siateczkową koszulkę na ramiączkach.
- A czemu ja mam takie coś? A on ma koszulę? - zapytał z wyrzutem.
- No bo mamy jedną koszulę, a jedną siateczkę i ty w siateczce wyglądasz lepiej - powiedział guru, wiec Madox już się z tym nie kłócił, bo w sumie to fakt, tylko ją wciągnął przez głowę. Potem guru wyjął jakieś dwie pary szortów w hawajskie kwiaty... Tylko jedne były króciutkie do połowy uda, a drugie takie w kolano, więc Noriega się rzucił i złapał te dłuższe, a Willowi zostały krótkie. Innych też nie mieli. Na dokładkę dostali jeszcze po czapce, William rybacki kapelutek, a Madox truckerską czapkę z daszkiem z napisem hot daddy.
Najgorzej było z butami, bo wszystkie były jakieś damskie, ale na dnie skrzyni leżały dwie pary takich większych. Japonki i crocsy w panterkę. Oczywiście, że obaj rzucili się na japonki.

William N. Patel-Noriega
34 y/o
Enjoy the simplest things
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Pytanie o hajs było właściwie bardzo dobre, więc również wbijam spojrzenie najpierw w guru, a potem w tą dziewczynę. Marszczę brwi, próbując sobie przypomnieć cokolwiek, ruletka gdzieś tam faktycznie obija mi się we łbie, jak mówi o tych automatach to słyszę w uszach dźwięk rozbitego banku, więc tak, brzmi bardzo prawdopodobnie - A dlaczego ja zaraz odpadłem? - wtrącam się w jej opowieść, bo musiał być jakiś dobry powód, przecież wcale nie byłem mniej przystojny niż Madox!!!! Zerka na mnie i kontynuuje opowieść o Dolly Parton, a jak kończy to dodaje jeszcze, że odpadłem, bo chciałem nasilać na publiczność, musieli mnie ściągać ze sceny i dostałem tylko jeden głos od jakiegoś starego araba. Właściwie mogło tak być, w narkotycznej psychozie robię naprawdę strasznie dziwne rzeczy. Najgorzej, że Dolly Parton też to pewnie widziała. Wzdycham przeciągle, Madox odciąga mnie na bok i proponuje zostawić im trochę pieniędzy na miłość i narkotyki, a ja właściwie od razu się zgadzam, bo nigdy nikomu nie żałuję miłości. I narkotyków. W tym tipi wreszcie rozwiązują szarfę, która miała nas łączyć aż do śmierci aktualnego wcielenia, więc rozmasowuję nadgarstki. Odbieram od guru koszulę, zarzucam ją na ramiona, uprzednio oczywiście pozbywając się ślubnej szaty, po czym zaczynam zapinać guziki - Ha! - rzucam, kiedy guru tłumaczy Madoxowi dlaczego on dostał jakąś marną siateczkę, a ja taką elegancką koszulę, ale po chwili dociera do mnie, że to raczej nie był komplement w moją stronę. Wywracam oczami. Potem obydwoje rzucamy się na te dłuższe spodnie, ale niestety Noriega jest tym razem szybszy, więc mi zostają gacie, które właściwie ledwo cokolwiek zakrywają, obciagam je trochę w dół, tylko wcale nie chcą być dłuższe i wciąż sięgają ledwie połowy uda, a może nawet trochę wyżej. No, lepsze to niż goła dupa w sumie. Zakładam kapelusz. Potem kolejna walka o buty, tym razem to ja triumfuje - wsuwam stopy w japonki, zaś Noriedze zostają kroksy w panterkę. Obczajam go od góry do dołu, obydwoje wyglądamy dosłownie tak, jakbyśmy się urwali z jakiegoś festiwalu dla transiarzy, ale przynajmniej nie jesteśmy już goli. Zanim wyruszymy w drogę sekciarze żegnają nas masą przytulasów i miłych słów, Shrek zapewnia, że zawsze możemy wrócić, gdyby jednak nie wyszło nam w świecie, albo wpaść czasem na wakacje, dostajemy na drogę kilka piwek i nawet jakieś blanty, a potem ruszamy przed siebie w stronę zachodzącego słońca. Dwóch kumpli piechotą przez pustynię, chciałbym żeby to brzmiało jak świetna przygoda. W drodze rozmawiamy o życiu, o Meksyku, o La Palmie, o programie w którym występuje Peach, o tym kiedy Ricardo ma wrócić z Puerto Rico i, że szkoda, że go tutaj nie ma, o tamtych sekciarzach, o ceremonii naszych zaślubin, o tym jak Madox wyobraża sobie swój ślub z Pilar, o wieczorze kawalerskim, że może jednak Bangkok, skoro Vegas jest takie niebezpieczne, o kolumbijskich weselach i polskich, bo dzielę się z nim informacją, że dostałem zaproszenie na ślub na Mazurach od mojej ciotki i jej gacha i zastanawiam się czy powinienem lecieć, o samolotach i katastrofach w przestworzach. No generalnie o wszystkim. Pijemy piwo i palimy jednego blanta, a za jakieś dwa, może trzy kilometry faktycznie docieramy do drogi. Znak pokazuje nam, że do Las Vegas mamy trochę ponad pięćdziesiąt kilometrów w tamtą stronę, więc ruszam powoli wzdłuż jezdni - Mam nadzieję, że uda się coś szybko złapać - mówię. Jak na zawołanie na horyzoncie pojawiają się oni - długie, lśniące włosy trzepoczą na wietrze, promienie zachodzącego słońca odbijają się w gładkich kaskach, a z czarnych skórzanych kurtek zerkają na nas puste oczy kościotrupów i czach, warkot silników tuzina harleyów wbija się w uszy, tak mocno, że w pierwszej chwili aż się krzywię. W drugiej wyciągam kciuk w górę w nadziei, że nas zabiorą. Faktycznie czterech rosłych chłopów i jeden mały i gruby, zatrzymuje się przy nas. Reszta mknie dalej, wznosząc w powietrze tumany kurzu. Z jednego z głośników rozbrzmiewa bardzo głośne Highway to Hell. Ten największy skurwysyn patrzy na nas zza szkieł czarnych jak noc, pod nosem ma krzaczaste wąsy, lekko już posiwiałe - Łapiemy stopa do Vegas, weźmiecie nas? - pytam od razu, chociaż ten jego wzrok, którym mierzy najpierw mnie a potem Madoxa sprawia, że ciarki biegną mi wzdłuż kręgosłupa. Przez chwilę milczy, by ostatecznie machnąć na nas głową - Ty, tutaj - wskazuje mi taką przyczepkę dla pasażera, przymocowaną do jego ogromnego motocykla - Ty, tam - macha na Noriege, żeby się usadził na tyle u tego małego, grubego, a on przesuwa się lekko wprzód, by Madox zmieścił mu się na harleya - Za dziesięć kilometrów robimy przerwę na stacji, potem prosto do Vegas - informuje. Zakładam kask i wciskam się na wskazane miejsce, potem słyszę jak dociska gaz, w akompaniamencie warkotów silników i AC/DC ruszamy w drogę do Las Vegas. Łuuuhuuu! Niech żyje rock'n'roll!

Madox A. Noriega-Patel
twoja stara
???
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”