No mało romantyczne były oświadczyny w klubie, chociaż na plaży przy osranych przez husky'ego gaciach, może też. Ale prawda jest taka, że Madox nie był romantyczny, czasem miał taki impuls, ale to bardziej były po prostu jakieś takie emocje, a nie planowanie pięknych, romantycznych zaręczyn. No i on wtedy w Meksyku też kierował się tymi emocjami...
I teraz też już tak marszczy brwi, kiedy słucha tej blondi.
-
Co ty pierdolisz... - rzucił tylko i chciał wstać, ale dziewczyny go usadziły, a Madox to po pigułach już był bardziej przytulaśny, niż kłótliwy, wiec usiadł i wszyscy wpatrując się w Williama, kiedy on tak krzyknął
kurwa, dobrze gada. No i on zaczyna gadać, trochę z sensem, ale trochę bez, bo kiedy mówi to,
że on by się dał za nią pokroić, a ona co, to Madox otwiera usta.
-
Ale ona... - no bo przecież ona też za niego by się dała zabić i mu to już udowodniła nie raz. Tylko William zaraz gada dalej jak nakręcony, o tych zdradach, o oszukiwaniu i zwodzeniu za nos, a te dwie striptizerki kiwają głowami, że tak jest właśnie.
-
Jak to kurwa zdradza?! - aż się uniósł i jebnął pięścią w stół -
z kim? Zajebie go - i tu jeszcze przemawiał przez niego
narwany Madox, ale zaraz chyba obudził się
Trump i jakaś wielka empatia, dla tej brunetki, bo skoro blondynka była fajna, a ona nie? -
Ty też jesteś fajna, bardzo masz ładne oczy - i nawet ją pogłaskał po policzku, a ona się uśmiechnęła, bo pewnie zawsze jej mówią, że ma fajne cycki, a Madox jej powiedział o tych oczach, ale romantyk.
William dalej się nakręca, a Noriega wodzi za nim spojrzeniem, brunetka go głaska już po karku i wsuwa mu te długie paznokcie pod koszulę, już mu kurwa prawie wszystkie guziki poodpinała, albo może Madox to zrobił sam? Nawet nie wiedział kiedy, tak czy siak.
Słuchali we trójkę tego Williama, jak na jakimś tureckim kazaniu, a Madox w końcu mówi.
-
Prawda - chociaż tak się nie do końca z tym zgadzał, ale trochę się zgadzał. No bo kiedy będzie kurwa odpowiedniejszy moment? Tamten był zajebisty, taki emocjonujący, szykowali się na trudną akcję, no i znowu to był taki moment, że on się przed nią odsłonił, całe serce miał kurwa na dłoni. Opadł plecami na oparcie, a czarna już mu opiera rękę na piersi, a serce to mu wali tak, jakby miało wyskoczyć, jak do Pilar mu czasem wali, ale teraz od prochów i od tych emocji, różnych. Słuchał Williama, i gość to miał dużo racji, a jak stał nad nimi z tymi mokrymi włosami, w kolorowej koszuli, to wyglądał jak jakiś Bóg. Nie że piękny bożek, ale Bóg Jah na przykład, albo jakiś inny cpuński bóg.
-
No w sumie... - mruknął Madox i się rozciągnął na tej kanapie, bo akurat mógłby się na niej rozpłynąć, taka była mięciutka, a ta ręka brunetki na jego tatuażach też był miękka, za bardzo trochę nawet.
Na całe szczęście William wali tym tekstem, że
go kocha jak brata i żeby się przytulił, a Madox jak się zerwał, to ten stolik aż się zatoczył, ale blondynka go przytrzymała, a brunetka flaszkę, bo by się wszystko poszło jebać. Noriega wtedy wstał i już przytula Wiliama, ale tak po bratersku, bo jednak Patelek nawet w tej swojej najpiękniejszej boskiej odsłonie, to go wcale nie pociągał. Tylko, że co? Że Madox po emce to jest bardzo prztulaśny, i nawet tak klepie Willa po pleckach i mu te włosy mokre potargał.
-
Ja ciebie też kocham stary, jesteś boski - tak mu powiedział, no i się odsunął, ale jeszcze się jedną ręką przytrzymuje Williama, bo go trochę zatoczyło, trochę podłoga się ugina jakby... Trumpy jednak były kurewsko mocne. Bo Madox już spojrzał na dziewczyny jednym okiem, bo jak patrzył dwoma to mu się rozjeżdżały. One coś tam gadają o kaplicy, a Madox kiwa głową.
-
Musimy to zrobić - stwierdził, bo czuł jakby mu wszechświat wskazywał taką drogę, do Williama, a tak naprawdę to Patel stał pod jakąś lampą i to światło tak na niego padało, ale w naćpanym umyśle Noriegi wciąż to wyglądało bosko -
dobra, zróbmy to - aż złapał Williama za koszulę i go przyciągnął do siebie i już mieli iść, ale jeszcze... -
a mój kapelusz... - już miał go zabrać tej dziewczynie, ale jak spojrzał w te jej ciemne, duże oczy, to zaraz się zatrzymał -
albo chodź z nami... Chodźcie z nami - zerknął też na blondynkę, bo mu się jakaś klepka w mózgu otworzyła z napisem
empatia, zaraz zaczął grzebać po kieszeniach i wyjmuje te siedem stów, co mu William dał -
masz, to dla ciebie, wystarczy? - i patrzy się zaraz na Williama, czy starczy, czy nie, ale...
Wystarczyło, i chociaż Madox i William byli wyćpani i po drodze zatrzymywali się wszędzie, przy barze, przy rurze, przy ludziach, przy maszynkach, na środku i pod ścianą, to finalnie przy asekuracji tancerek trafili do kaplicy. Za kontuarem stał jakiś gościu, który powiedział im, że za piętnaście minut mają wolny termin i za trzy stówki mogą wziąć swój
wymarzony ślub.
-
O kurwa trzy stówki William, rozumiesz? To jak za darmo - Madox aż szarpnął Willa za rękę, bo to on miał płacić, wiadomo. A facet mówi, że za dodatkową opłatą pięćdziesiąt dolarów, ślubu może im udzielić Elvis. Madoxowi aż oczy zaświeciły, no bo ZAJEBIŚCIE!
-
A kto jeszcze, a może Dolly Parton? - to by już było tematycznie, ale gościu coś tam posprawdzał i powiedział, że Dolly jest zajęta, ale wolny jest...
-
Co kurwa Shrek?! - teraz to Madox już ciągnie Williama za ręką -
Willi błagam cię kurwa, na wszystkie świętości kolumbijskie, niech to będzie Shrek.
William N. Patel