Miał rację —
pojebało ją.
Pojebało ją, kiedy myślała, że jest w stanie załatwić to wszystko sama. Że to wszystko z Daltonem, to co czuła, to jak nie radziła sobie z emocjami i narastającymi atakami paniki miała już za sobą. Chciała mieć.
Myślała, że miała. A jednak dzisiejszy dzień uświadomił ją, że wcale. Że za grosz tego w sobie nie przepracowała. Że jej największym mankamentem i czymś czego nie potrafiła przeboleć było bycie bezsilną. Bezbronną. Ta pierdolona niemoc, że kiedy najbardziej tego powitrzebowałsa, nie umiała się ruszyć.
Nigdy wcześniej tak nie miała.
Nigdy niczego się nie bała.
A teraz? Teraz jedyne co siedziało w jej głowie, to desperacka potrzeba zagwarantowania mu bezpieczeństwa. Ta pierodlona chęć dowiedzenia się, kto chciał do skrzywdzić, co to była za kobieta i odjebanie jej pieprzone łba. Bała się o niego. Bała się, że to co stało się w lesie się powtórzy, a on już nie będzie mieć psa, który go uratuje. Jej też mogło nie być obok. A co gdyby była, ale znowu nie będzie umiała się ruszyć?
Kurwa.
Wysiadła z auta i przeszła do czarnego BMW. Szarpnęła za pas i chociaż zawsze wychodziło jej to nienagannie, teraz pas faktycznie się zaciął. Spróbowała jeszcze raz — znowu nic. Nie doszedł nawet do połowy. Wzięła głęboki wdech, zatrzymała się na moment i przymknęła oczy, a potem
po-wo-li przeciągnęła pas i w końcu umieściła go w klipsie.
Nie chciała z nim rozmawiać. Nie wiedziała od czego zacząć. Nie wiedziała,
jak miała z nim rozmawiać. Nie potrafiła przyznać się przed nim, że była słaba. Przecież byłby nią jeszcze bardziej zawiedziony. Zawsze mówił jej, że zakochał się w niej, bo była nieustraszona, bo niczego się nie bała… gdzie była ta Pilar? Bo ta na siedzeniu naprawdę zaczynała w siebie wątpić. A do tego jeszcze to gryzące uczucie na skórze i ustach po dotyku Daltona…
Powiesz mi, co się stało?
—
Po co? — rzuciła aż za bardzo spokojnie, chociaż w środku wszystko w niej wrzało. —
Żebyś zaczął się na mnie wydzierać? — wiedziała przecież, że był zły. Emocje kipiały z niego na wszystkie strony, ręka nerwów chodziła mu po kierownicy i nawet sposób, w jaki naciskał pedał gazu kompletnie różnił się od tego, jak jeździł zazwyczaj.
Oboje lubili szybką jazdę, ale zawsze podchodzili do niej stopniowo, żeby nie zajechać auta. On kompletnie teraz o to nie dbał. Wyjechał na autostradę, sunął pomiędzy autami, niektóre nawet na niego trąbiły. Zapierdalał jak pirat drogowy i brakowało w tym wszystkim jedynie policji jako jebanej wisienki na torcie. I może by na nią trafili, gdyby on nagle nie skręcił gwałtownie w poboczny zjazd i nie zatrzymał się z piskiem opon na jakimś kompletnym zadupiu. Pilar momentalnie poczuła jak pas wbija się jej w żebra i obojczyk. Aż syknęła z bólu, bo kawałek nawet drasnął jej ranę na szyi.
Serce biło jej jak szalone. Wiedziała, że będzie musiała z nim w końcu porozmawiać, ale miała w sobie jakaś taką blokadę. Jakby czuła, że z chwilą, w której zacznie mówić, kompletnie się rozklei. Rozsypie na milion jebanych kawałków i nawet on nie będzie w stanie jej pozbierać.
—
Jedź na sale — wyrzuciła w końcu z siebie w odpowiedzi na jego pytanie. Nawet na niego nie spojrzała. Patrzyła pusto przed siebie, znowu zaciskając paznokcie tym razem na bandażu, który nasiąkał coraz bardziej świeżą krwią. Dopiero po chwili odwróciła głowę, zaglądając mu w oczy. W te kurwa przepiękne, czekoladowe oczy, które kochała jak nic innego na świecie. —
Powiem ci wszystko, obiecuje — wtrąciła. —
Ale błagam jedź na sale, bo jak zaraz w coś nie przypierdole… — zacisnęła mocniej palce, finalnie uderzając głową o zagłówek. —
Proszę — dodała już ciszej. Błagalnie prawie.
Musiał ją zrozumieć. Tez się bił. Wiedział jak
uwalniające było móc przyjebać w worek albo kogoś, wyładować emocje, puścić ten cały gniew, który siedział w środku. A on…
tak, ruszył w końcu. Skierował się w stronę salki, którą często wynajmowali, w której już nie raz ćwiczyli i się lali.
Pilar milczała całą drogę. Czuła jedynie jak niszczą ją od środka te wszystkie emocje, te uczucia mieszające się ze sobą i chociaż nawet na niego nie patrzyła, widziała przed oczami jego pełne zawodu spojrzenie. Ono było chyba jeszcze gorsze niż to, co zrobił jej Dalton, a już na pewno bolało bardziej.
Gdy tylko zaparkował auto, ona wypadła jako pierwsza. Nawet raz się na niego nie odwróciła. Przeszła prosto do recepcji i wpisała się na listę, przypisując pierwszą, lepszą salę z workiem treningowym. W środku nawet nie zdjęła butów czy kurtki. Po prostu ruszyła przed siebie w pierwszej chwili po prostu kopnęła z całej siły w drewnianą skrzynie. Mocno. Tak że prawie pękła u nasady. Wplątała palce we włosy i zrobiła jedno kółko dookoła. Kątem oka widziała, że na nią patrzył, ale nawet bez tego czuła na sobie jego spojrzenie. Nim jednak się odezwała, wzięła zamach i zdrową ręką przywaliła w cięzki worek. Ten zaś zachwiał się prawie do samej ściany.
—
Poszłam tam… — zaczęła w końcu, łapiąc większy oddech. —
Bo to zdjęcie z Sombrą i znicz też było od niego — wyjawiła. I to wcale nie tak, że to przed nim ukryła. Chciała mu o tym powiedzieć, ale przecież on sobie kurwa poszedł. Zakończył ich rozmowę na powiedzeniu swojego i po prostu wyjebał przez drzwi
wracając późno, więc nawet nie mógł mieć do niej o to pretensji. —
Było z tyłu podpisane. Użył zwrotu, którym tylko on się do mnie zwraca — znowu przyjebała z całej siły w worek. I znowu. —
I może bym ci nawet o tym powiedziała, gdybyś wczoraj nie spierdolił — warknęła, tym razem kopiąc worek kilkakrotnie, aż za którymś razem ją odrzuciło do tyłu. —
Gdybyś znowu nie zostawił mnie samej w mieszkaniu… — nakręcała się, czując jak na razie tylko się w niej wszystko gromadzi, a nie uchodzi. Niemniej kontynuowała, co chwile robiąc przerwę na uderzenia i złapanie oddechu. —
W każdym razie… Dowiedziałam się, że przychodzi do niego… jakaś kobieta. Przedstawia się jako Pilar, nosi czerwone sukienki i kocha… — kolejny uderzenie. —
Rozmawiać… — kolejne. —
O nas — walnęła tak mocno, że worek aż odbił się od ściany, a ona przelotnie podniosła na niego spojrzenie. Zrzuciła z siebie kurtkę, ciskając ją na ziemię, a kiedy worek wrócił, przytrzymała go dłońmi przyciskając do niego palce tak mocno, że knykcie jej pobledły. Jakby chciała go zgnieść. —
Zna nas, a ciebie nienawidzi równie mocno jak on — i znowu zaczęła uderzać, tym razem o wiele bardziej chaotycznie. —
Obiecała mu… — nawet nie zauważyła, że zaczęła używać do tego obu rąk, a z tej zranionej momentalnie poleciała krew. —
Że pomoże cię zabić — ostatnie słowa ledwo przeszły jej przez gardło wraz z uderzeniem, które już na dobre puściło jej krew po przedramieniu. Klatka piersiowa szalała jej w chaotycznych unosach, serce łomotało, a głowa… ona nie mogła wyrzucić z siebie jego głosu. Tego pełnego obłędu, obrzydliwego głosu. Teraz już kurwa Madox wiedział, czemu się tak zachowywała? Czemu miała w sobie tyle strachu? A przecież to był tylko wierzchowłek góry lodowej tego wszystkiego, co tam się stało.
Me preocupo por ti.