-
Nie on pierwszy chce mnie zabić, i nie ostatni, myślisz, że Dalton, który jest chory na łeb jest gorszy niż ci zwyrole, którzy przychodzą do klubu? - zatrzymał się przy worku kręcąc głową -
myślisz, że przez osiem lat nikt mi nie groził? - złapał na moment jej spojrzenie.
Problem leżał w tym, że wcześniej grozili jemu, że tym co miał najcenniejsze było jego własne życie, a teraz... On kurwa by je za nią oddał. Poświęcił się bez mrugnięcia okiem. I o to cały czas walczył, o jej bezpieczeństwo, nie swoje. Bo to jego stało pod pierdolonym znakiem zapytania odkąd on zdecydował się być łącznikiem między policją, a półświatkiem. Niby psy zapewniały mu bezpieczeństwo, niby Diego, ale prawda jest taka, że jakby makaroniarze wpadli do Emptiness to bez problemu mogliby go odstrzelić.
Na jej kolejne słowa zbliżył się do worka.
-
Pozwolił? A czy ja mam w ogóle kurwa coś do gadania, jak ty i tak robisz to, co chcesz - jak z tym przekazaniem gotówki, powiedział, że mu to nie pasuje, a i tak go do tego przekonywała. Jak z Galenem Wyattem, dwa razy jej mówił, że nie chce, żeby się z nim kontaktowała, a ona i tak to robiła. Gubiła jego ochronę, szarpała jego goryli, rzucała się do gangusów. Wiedział, że była nieokiełznana, lubił to w niej. Kochał ją za ten charakter, nad którym nie dało się zapanować, ale kurwa... Wierzył, że ona dla niego też pójdzie na pewne kompromisy. A jednak znowu wyprowadziła go z błędu.
Nigdy nie miał nic do gadania. Tylko wcześniej może wmawiał sobie, że potrafi nad nią zapanować, ale dzisiaj dała mu dowód, że wcale nie. Że i tak jego zdanie było dla niej gówno warte. Denerwowało go to, wkurwiało. Ta cała sytuacja, w której znowu się narażała, a co jakby Dalton miał broń? Jakby rzucił się na nią z nożem? Ze szkłem? Z czymkolwiek? Mogłaby skończyć dużo gorzej niż te kilka zadrapań.
-
Dobrze też wiemy, że mogłem na ciebie czekać w środku, nie pokazywać mu się, ale cię ubezpieczać - mógł. Przypilnować, żeby Dalton jej nie skrzywdził, gdyby tylko mu na to pozwoliła. Bo może niektóre sytuacje nie miały wyjścia, on do Luny musiał jechać sam, bo nie chciał jej narażać, tak do więzienia mógł z nią iść. I miał jej za złe, że go ze sobą nie zabrała. Bo przecież we wszystkim co on odpierdalał, głównie chodziło o jej bezpieczeństwo, żeby to jej nie stała się krzywda...
A działa się nawet na tej jebanej macie, kiedy bez opamiętania uderzała w worek, aż jej dłoń zalała się krwią.
Madox od razu pociągnął ją do łazienki, nie obchodziło go to czy Earl ich słuchał, ani to, że Pilar mu się jeszcze kilka razy szarpnęła. Bo co miał pozwolić jej zedrzeć rękę do kości? Przecież on nigdy nie działał na jej niekorzyść.
Zawsze wyrywał się w jej obronie, nawet kiedy jeszcze nie łączyło ich to, co teraz... A to uczucie dopiero kiełkowało. Nawet kiedy jeszcze jego priorytety były inne, to nie umiałby stać z boku i patrzeć jak jej działa się krzywda. Tak jak ona nie umiała, kiedy coś zagrażało jemu.
To było kurwa silniejsze od nich.
A Noriega był od niej, dlatego zaciągnął ją do łazienki.
Chociaż na to jej
przestań mnie kurwa szarpać, poluzował uścisk. Krew go zalewała. Był zły, ale nie chciał jej zrobić krzywdy. Nigdy nie chciał, nawet kiedy go o to prosiła. Nawet musiał się na moment oprzeć o umywalkę, przez chwilę tylko na nią patrzył. A później już delikatniej chwycił w palce jej rękę, kiedy wylewał na nią płyn do dezynfekcji. A z siebie wyrzucał kolejne żale. Tym razem te na temat Galena Wyatta. Bo przecież już ostatnio jej uwierzył, że nic ich nie łączy, przecież nie pasowało mu to, żeby się z nim spotkała, a jednak... zgodził się, znowu. Jak zwykle. Na wszystko się zgadzał, właśnie dlatego, że jej ufał. Ale myślał, że kiedy okazało się, że Galen ją okłamywał, że tym razem próbował jego postawić w jakimś kurwa czarnym świetle, wmawiając jej jego romans z Cherry, to zerwie z nim kontakt. Ale przecież nie zerwała, czego dowód miał na jej telefonie. A gdy kazała mu go oddać, to chciał po niego sięgnąć, ale wiązał jej bandaż, a zaraz ona zrobiła to sama. Znalazła go w tylnej kieszeni jego jeansów, ale oddał jej go bez oporów, zerknął nawet na to co zrobiła, ale pokręcił głową.
-
Ile razy mi już to mówiłaś? A wciąż z nim pisałaś - zawiązała bandaż na krzywą kokardkę i się odsunął -
a moje coś dla ciebie znaczą? To ile razy prosiłem cię, żebyś się z nim nie kontaktowała? Jak mam ci ufać Pilar, kiedy jednego dnia mi mówisz, że Galen może się pierdolić, a drugiego sama do niego piszesz? - pozbierał rzeczy do apteczki i teraz to on wcale na nią nie patrzył, jakby teraz sprawą życia i śmierci było zapakowanie tych wszystkich bandaży -
tak, bo ja się tylko ciebie czepiam, wiecznie i o wszystko, a ty zawsze jesteś bez winy. To Galen do ciebie napisał z życzeniami? Ze swojej podróży ślubnej? Ja pierdole Pilar, jak ty byś się czuła, gdybym pisał ze swoją byłą? Gdybym kurwa powiedział ci, że nie będę się z nią kontaktował, a potem to robił, i znowu. I znowu - aż zrobił krok w jej kierunku, ale tym razem wytatuowane palce zaciskał już na apteczce. Do Madoxa też te jego byłe wracały jak bumerang, z Debbie nawet przez chwilę mieszkał, spotkał gdzieś Cherry, czy Haddie, ale kurwa z żadną z nich nie pisał, a już na pewno nie robiłby tego, gdyby wiedział, że Pilar by to przeszkadzało. Przecież Madox nigdy dokładnie nie wiedział co łączyło ją z Galenem,
coś, chemia, pocałunki, które wydarzyły się po tym jak on jej wyznał miłość w Medellin. A potem wiadomości, dużo, w różnych okresach ich życia, mimo że obiecała mu, że nie będzie tego robiła. A potem pretensje, gdy on go pobił, bo co? Bo może jej na nim zależało? Starał się o tym nie myśleć, wierzyć jej, zaufać, ale kiedy znowu zobaczył te smsy. Kiedy przeczytał, że gdyby Galen wtedy się odważył to byłaby jego... Jak miał na to zareagować?
I tak stał teraz przed nią i słuchał jej wyjaśnień. A nie tak jak ostatnio od razu pojechał do Wyatta, więc to już jakiś progres.
-
Ufam ci i wierzę, pozwoliłem ci do niego jechać, bo wiem jak ważna jest dla ciebie sprawa twojej... Twojego ojca, ale kurwa, ile można Pilar? Ile razy jeszcze powiesz mi, że Galen może się pierdolić, usuniesz jego numer, a potem do niego napiszesz? - znowu robił krok w jej kierunku i znowu mówił, to co leżało mu na sercu.
Wcale nie chciał, żeby czuła się przez niego złym człowiekiem, bo kurwa, przecież ona była... Najlepszą osobą na tym skurwiałym świecie jaką on znał. Pomagała innym, i dała mu od siebie tyle, ile nikt nie dał mu przez całe życie, nawet matka. Stała za nim murem, wyciągała go z najgorszego gówna, życie by za niego oddała. A to czego on się przy niej nauczył, jakie cechy z niego wyciągnęła,
to dobre serce, to przecież wszystko była jej zasługa.
I dlatego właśnie z nią był, brał ją całą, taką jaka była...
Z tym uporem, z empatią, z tym, że czasami kiedy on już nie umiał znaleźć z sytuacji wyjścia, to ona wtedy je znajdowała.
Ale jednocześnie bolało go kurewsko to, że dzień wcześniej wymagał od niego szczerości, a sama go okłamywała. Że zarzucała mu, że ryzykował, odpierdalał, a sama to dzisiaj zrobiła. A to ona kurwa miała być w tym ich duecie mądrzejsza.
Była.
Ale go zawiodła.
Mogła to widzieć w jego oczach, kiedy znowu się do niej odwrócił, kiedy zrobił krok w jej kierunku. A potem kolejny.
Bo przecież mogła się dystansować od niego, a on i tak zawsze by za nią poszedł. W szczere pole, przez sam środek autostrady, na samo dno piekła nawet.
Zawsze wyciągnąłby do niej rękę, bo... kochał ją.
I chociaż ostatnio zaliczali więcej upadków niż wzlotów, to każde jedno jebane zdanie, które układał na ustach w tej świątyni pełnej róż, w której brali ślub było prawdziwe.
Na dobra i na złe.
Póki śmierć ich nie rozłączy.
A dzisiaj kurwa znowu mogła.
I to zaraz Madox znowu jej powiedział, to co ostatnio nazwała paranoją, jego strach przed tym, że mógł ją stracić.
Oparł pięść o drzwi nad jej ramieniem, jeszcze przez chwilę zaglądając w jej oczy. Zacisnął palce tak mocno, że pobielały mu knykcie, i już miał się od niej odsunąć, bo przecież powiedział już wszystko. Więcej argumentów nie miał. Teraz ona już mogła zrobić z tym, co chciała. Zaufać mu. Albo go wypierdolić ze swojego życia.
Nie pozwoliłby jej, ale mogła próbować.
Odepchnął się od drzwi i już nawet zamierzył się do wyjścia, ale kiedy padło to
zrobił, to stanął w miejscu. Zacisnął palce na apteczce tak mocno, że coś w niej chrupnęło.
-
Co. Zrobił? - wycedził przez zęby. No przecież widział, że coś na pewno i to już nawet nie chodziło o te zadrapania, o rękę, którą opatrzył, a o to jaka Pilar była nieobecna...
Złapał więcej powietrza w płuca, a na moment nawet przymknął powieki, ale kiedy je otworzył jego ciemne spojrzenie odszukało jej piękne, czekoladowe oczy -
no i dlatego powinnaś mnie tam ze sobą zabrać, żeby on... - i już się nakręcał, już chciał jej znowu powiedzieć, że gdyby się z nim podzieliła tym co zaplanowała, to mógłby ją ubezpieczać, ale wtedy z jej pełnych ust padło to...
Przepraszam.
-
Co? - zbiła go z tropu -
przecież mnie nie chodzi o to, żebyś mnie przepraszała - chociaż trzeba przyznać, że to jedno słowo sprawiło, że zeszło z niego powietrze, wypuścił je nosem wraz z tymi całym nerwami. Chociaż może one już wyszły z niego wcześniej, z tymi wszystkimi słowami -
ja tylko chcę, żebyś... - odchylił do tyłu głowę patrząc w sufit -
ja tylko boję się, że... - i to chyba od tego wychodziło to wszystko co jej powiedział. Bo bał się, że ją straci, że coś jej się stanie, ktoś zrobi jej krzywdę, albo, że w jej życiu pojawi się ktoś inny. Tak jak za każdym razem kiedy on oddawał komuś swoje serce, kiedy się przed kimś otwierał. Madox mógł grać najbardziej pewnego siebie człowieka, jak tylko się dało. I w zasadzie był arogancki, ale przy niej wychodziło też z niego to zawahanie, te jebane myślenie, co by było gdyby... Gdyby coś jej się stało.
Albo gdyby Galen Wyatt nie oddał jej kluczyków.
Znowu utkwił spojrzenie w jej oczach, a zaraz... Już nie umiał się zdystansować, tylko wyrwał się do niej, żeby tym razem przesunąć miękko palcami po jej policzkach, odgarniając z nich ciemne kosmyki. Z czułością, którą ona dawno temu w nim obudziła.
-
Przepraszam cię za to, że cię szarpałem i na ciebie nakrzyczałem... i że mnie nie było dzisiaj... z tobą - albo, że nie zabił wtedy Daltona. Do tej pory tego żałował. Dużo rzeczy uniknęliby, gdyby on wtedy nie oddał go w ręce policji, tylko wykończył. Wytatuowane palce przesunęły się po jej ramieniu, za które jeszcze chwilę temu ją szarpał -
i za to, że czasem nie umiem przy tobie nad sobą panować - bo nie umiał. W klubie wychodziło mu to tak dobrze. Umiał trzymać nerwy na wodzy i udawać, że nic się nie dzieje, a z nią wystarczyła jedna pierdolona iskra, żeby się odpalił. Tak jak dzisiaj.
Najpierw się odpalał i rzucał, a potem żałował i ją przepraszał.
No puedo controlarme cuando estoy contigo.