Ich relacja pod wieloma względami była toksyczna, z boku jakaś chora. Bo Madox bywał o nią kurewsko zazdrosny, ale z Galenem Wyattem też, sprawa wyglądała inaczej, to nie była zwykła przyjaźń, a najgorsze w tym wszystkim chyba było to, że Noriega do końca nie wiedział
co.
Bo on też miał swoje przyjaciółki, otaczał się kobietami, które przecież czasem robiły do niego maślane oczy, ale nigdy żadnej nie napisał, że mogła być jego. Że gdyby życie potoczyło mu się trochę inaczej, to może teraz byliby razem. Ale on nie rozpamiętywał, nie rozdrapywał takich rzeczy, on szedł przed siebie. I znalazł się w tym miejscu, w którym był, bo o to zawalczył, a nie dlatego, że zaważyła na tym jakaś jedna decyzja. Bo gdyby Pilar odmówiła mu wtedy wyjazdu do Medellin, to znowu by spróbował. Znowu i znowu. Do skutku.
Bo był kurwa zupełnie inny niż Galen Wyatt.
Nie traktował Pilar jak damę i nie zapraszał jej na wytworne kolacje, nie wysyłał jej kwiatów i nie kupował diamentów. Tylko
robił jej dobrze w miejscach publicznych, zabierał do kolumbijskiej knajpy, kupował jej ulubione czekoladki i oddawał swoje ukochane błyskotki. Może nie był pięknookim, torontońskim księciem, ale się dla niej starał, jak dla nikogo innego na świecie.
Tylko, że nawet jakby kurwa stanął na głowie, a przecież mógł, to nie byłby jak Wyatt.
Bo byli zupełnie różni.
I może Madox zawsze był kurewsko pewny siebie, a jednak przy Galenie Wyattcie już chyba nie do końca. Bo przecież doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby on się nie wpierdolił w jej życie z butami, to ona mogłaby teraz mieszkać w pięknej willi pod miastem, w której Noriega był, żeby obić mordę Wyattowi, a nie iść do więzienia, żeby załatwiać w nim sprawy z jakimś psycholem, który groził jej mężowi.
Inaczej by to wszystko wyglądało, gdyby Galen nie oddał jej wtedy kluczyków.
Gdyby Madox sobie odpuścił.
Ale nie umiał. Nigdy nie umiał odpuszczać i teraz też. Stał przed nią w tej łazience owijając bandaż na jej krwawiącej dłoni. I może to, że skasowała numer Wyatta powinno mu wystarczyć, ale to była powtórka z rozrywki, już dwa razy to robiła.
Galen może się pierdolić, powtarzała mu, a jednak wychodziło, że nie. Czas pokaże jak będzie tym razem, ale Madox dał jej chyba jasna do zrozumienia, że kolejnej szansy już nie będzie... Już dał jej trzy. Trzy jebane razy, kiedy miała zakończyć znajomość z Wyattem. Do trzech razy sztuka, podobno.
Zamierzył się do wyjścia, a jednak kiedy na tapecie pojawił się temat Daltona i tego
co zrobił, chociaż Madox jeszcze nie wiedział co, to cały się spiął. Uderzył ją? Wyrwał się do niej? Skrzywdził?
Coś jej zrobił...
I nawet w tej pierwszej chwili chciał ją pospieszyć, wyciągnąć z niej to teraz, w tej chwili, już bez owijania w bawełnę. Bo przecież on nigdy nie był cierpliwy...
Z nią był. Z nią uczył się pokory, tego, że czasem powinien dać jej chwilę. Tak jak ona dawała ją jemu. Nie zawsze naciskanie było najlepszą opcją. Chociaż przecież Madox w większości przypadków tak działał, wymuszając na wszystkich swoje racje. A jednak na niej nie, zawiesił to ciemne spojrzenie na jej oczach, a kiedy walnęła głową w kafelki, to szarpnął się do niej.
-
Pilar... - zaczął, ale jej nie poganiał, bo już bardziej chodziło mu o to, żeby uważała, nie chciał powtórki i żeby znowu miała jakieś zaniki pamięci. Nawet miał już ją do siebie pociągnąć, ale kiedy się odezwała, kiedy zaczęła mu opowiadać co zrobił Dalton, to go zamurowało. Jak to rozpierdolił szybę w sali przesłuchań, to nikogo tam nie było? Nie przykuli go? Nikt go nie odciągnął?
Wiele jebanych pytań kłębiło mu się w głowie.
A klatka piersiowa unosiła mu się już w chaotycznym oddechu, ściągnął do siebie brwi.
Rzucił się na nią.
Jakim kurwa cudem to zrobił w więzieniu? Przesunął czarnym już spojrzeniem po jej ramionach wraz z jej palcami, na usta. Te jego drgnęły niespokojnie wraz z całą szczęką, kiedy zacisnął zęby, a dłoń w pięść.
Znowu chciał na nią krzyknąć, zapytać jakim kurwa cudem to się stało, powiedzieć, że gdyby go ze sobą zabrała, to to by się nie wydarzyło...
Ale przecież nie miał pewności. Wiedział tylko, że gdyby go wtedy zabił, zajebał na tym lodzie, albo w tym motelowym pokoju, w którym go okładał...
Wcisnął rękę pomiędzy jej głowę, a kafelki, kiedy znów chciała o nie uderzyć.
-
Przestań - chodziło mu o to, żeby już nie robiła sobie krzywdy? A może o to, żeby tak nie mówiła?
Pewnie i o to, i o to, bo jego czarne oczy odszukały jej piękne, czekoladowe spojrzenie. Wytatuowane palce przesunęły się po jej ramieniu, sięgnął nimi do jej pleców, przytulając ją do siebie.
No bo kurwa mógł być na nią zły. Mógł mieć w sobie jeszcze cały kalejdoskop pierdolonych emocji, ten zawód, tą niepewność. Ale i tak na pierwszym miejscu było zawsze dla niego jej bezpieczeństwo, jej komfort, jej dobro. Nawet gdyby mu dzisiaj powiedziała, że zostawia go dla Galena Wyatta, to on w takiej sytuacji, jak ta z Daltonem, wyciągnąłby do niej rękę. Przycisnął ją do siebie mocniej.
-
Nigdy nie jesteś bezużyteczna, tylko czasem nieostrożna - zaczepił ją, opierając palce na jej podbródku, zadzierając jej głowę do góry, żeby na niego spojrzała. Oboje byli nieostrożni. Oboje stawiali dobro tego drugiego ponad swoje bezpieczeństwo, za każdym jebanym razem -
ale o mnie się nie martw, Pilar ja umiem o siebie zadbać - ile razy już jej udowodnił, że nie do końca? Ile razy mu pomagała? A w tym lesie, gdyby nie Sombra... -
a gdyby ktoś cię skrzywdził, to ja bym sam tam poszedł i... - złapał w płuca więcej powietrza, znowu skupiając spojrzenie na jej oczach -
gdyby coś ci się stało, przeze mnie, to bym się zabił - i wtedy nie musiałby szukać Daltona, czy Luny, po prostu sam odstrzeliłby sobie łeb... Albo nogę, biorąc pod uwagę to, jak kiepskiego miał cela.
I zaraz to jej znowu powtarzał, kiedy go przeprosiła. Widział w jej oczach skruchę, czuł, że to wszystko było szczere i przecież... On już dawno jej wybaczył, bo kurwa przy niej ta cała jego zaciętość schodziła na dalszy plan. Mógł robić groźną minę, udawać niewzruszonego, ale serce... ono zawsze było po jej stronie. Zawsze za nią.
Dlatego on tak desperacko chciał, żeby zadbała o siebie, żeby zastanowiła się dwa razy zanim zaryzykuje, zanim znowu będzie się narażała. Bo bał się, że ją straci. Największy lęk w jego życiu, a przecież Madox niczego się nie bał.
Kiedyś.
Bo teraz bał się o nią.
Wiem, bo czułam dokładnie to samo odbierając cię z tamtego lasu.
I może dopiero teraz do niego dotarło to, że przecież on to samo właśnie zrobił. Kurwa byli tak różni, pod wieloma względami, ale czasem identyczni. Popełniali te same głupie błędy, a przecież chcieli dobrze. Tylko to co dobre jakoś tak zawsze ich omijało. Dostawali za to po dupie.
-
Zjebałem, ale... - przez chwilę patrzył w jej oczy i szukał czegoś na swoje usprawiedliwienie, ale w końcu oparł policzek gdzieś o jej głowę -
pewnie zjebię jeszcze sto milionów razy, bo nie umiem tak jak ty kierować się... rozumem - sięgnął do jej policzka przesuwając po nim palcami, zaczepiając o jej skroń -
ale wkurwia mnie to, że przy mnie ty też go tracisz - a przecież sam jej mówił, że powinna kierować się bardziej sercem, mniej myśleć. Ale teraz w perspektywie czasu, doszli chyba do momentu, w którym powinni to wypośrodkować, jego czucie i jej rozum. Serca, które szalały w piersiach i rwały się do siebie dziko i rozumy. A przynajmniej ten jej, bo Madox to zawsze miał z tym problem, chociaż... miewał czasem łeb na karku, jak teraz kiedy też postanowił ją przeprosić. Głaszcząc jej policzek, który wtulała w wytatuowaną dłoń, tą na której miał różę, taką samą jak ona nosiła na piersi.
Złapał w płuca więcej powietrza, kiedy to powiedziała
rób co musisz, tylko mnie nie zostawiaj, bo przecież on kurwa wiecznie to robił, kiedy robiło się źle to się wycofywał, to uciekał. Wolał zniknąć niż mierzyć się z trudnościami, bo to było łatwiejsze, ale...
-
Nigdy cię nie zostawię - teraz to on zapewniał ją po raz kolejny. Do następnego razu. Chociaż trzeba przyznać, że przecież miewał już przebłyski i do niej wracał. Uciekał, a zaraz się cofał. I był przy niej, kiedy go potrzebowała. Ale... wczoraj go nie było. Wczoraj ją zawiódł. A ona dzisiaj jego.
Pasmo jebanych zawodów.
Ale może mogli je wreszcie skończyć? Zamknąć. Kiedy przecież oboje już wyznawali sobie prawdę. Słowa płynące prosto z serca. Przesunął palcami po jej ramieniu, kiedy osunęła się na podłogę i przez moment stał nad nią trawiąc w głowie to wszystko co mu powiedziała. Układając to w odpowiednich przegródkach w swoim mózgu, zastanawiając się co mogli zrobić, żeby to odpowiednio rozwiązać. Przede wszystkim myśleć, a nie iść za ciosem, a jednak...
Kiedy opadł obok niej na kolana, kiedy sięgnął do niej ręką, a jej pełne usta ułożyły się w jego imię, a potem w tą prośbę...
Chciałabym, żebyś go zabił.
To znowu wracali do punktu wyjścia. Do tego, że zamiast racjonalnego myślenia, oni gotowi byli poświęcić
wszystko dla siebie. On dla niej był.
Przez chwilę patrzył w jej czekoladowe, duże oczy.
Już dawno powinien zabić Daltona, uniknęliby tego wszystkiego co wydarzyło się dzisiaj, może tych wszystkich listów z pogróżkami też. Powinien to zrobić.
Gotowy był to dla niej zrobić. Za to wszystko co Nick Dalton jej zrobił, ale... czy oni potem potrafiliby spojrzeć sobie w oczy? Ona mu jako mordercy? A on jej, wiedząc, że całe życie walczyła o sprawiedliwość, wierzyła, że wymierzy ją sąd, a teraz chciała egzekwowania jej od swojego męża.
Przesunął wytatuowanymi palcami po jej kolanie, znowu sięgając do jej ślicznej twarzy.
-
Nie przejmuj się już Daltonem - czy rzeczywiście zamierzał to zrobić? Gdyby w tej chwili stąd wyszedł, gdyby to była tylko sprawa pojechania do Daltona i wpakowania mu kulki w łeb, to zrobiłby to bez wahania, bez zastanowienia.
Na szczęście... A może nie? Sprawa była trochę bardziej skomplikowana, ale przecież nie awykonalna. Trzeba było tylko odpowiednio to rozegrać. Z głową. A nie kierując się sercem. Chociaż to znowu wyrwało się do Pilar, kiedy się do niej przysunął. Sięgnął do jej ręki, żeby oprzeć ją sobie na karku, czuł na nim bandaż, który przed chwilą sam poprawił.
-
Wszystko dla ciebie zrobię - zapewnił ją, zaglądając w jej duże, błyszczące oczy.
Czy to znaczyło, że gotowy był dla niej zabić?
Chyba tak.
Jeszcze przez chwilę siedzieli na podłodze wpatrując się w siebie i znowu trawiąc w głowie te wszystkie myśli. Układając je odpowiednio.
Jeszcze przez chwilę jego wytatuowane palce przesuwały się miękko po jej policzku, plątały z ciemnymi kosmykami, sunęły po jej kolanach i po ramionach, zupełnie inaczej niż wcześniej, z troską, z czułością, którą tylko w stosunku do niej chyba, potrafił z siebie wykrzesać.
-
Ale ty też musisz zrobić coś dla mnie - utkwił spojrzenie na jej oczach, a palce znowu układał na jej szyi -
po balu u Kane'a… Kiedy będę miał się spotkać z Luną w Emptiness, weźmiesz urlop i wyjedziesz z miasta, na ten jeden weekend - widział w jej oczach, że zamierzała mu się od razu sprzeciwić, ale przysunął się do niej bliżej -
i tak nie wejdziesz ze mną do klubu, a ja nie mogę się zastanawiać czy on tylko tak gada, czy cię dopadł, po prostu musisz się wtedy ukryć, a ja... będę miał spokojną głowę - o ile o nim w ogóle można było tak powiedzieć. Ale przecież Madox nie zawsze działał aż tak impulsywnie, to wychodziło z niego w momencie, w którym chodziło o jej bezpieczeństwo, ten cały strach, który owocował tym, że wychodził ze swojej roli. Przecież wcześniej umiał grać, wyczekać, zaatakować w odpowiednim momencie. Jak jaguar.
Haré cualquier cosa por ti.