ODPOWIEDZ
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Granda to była ostra punkówa. Zresztą nie nazywają nikogo grandą bez powodu, tutaj akurat powodów było mnóstwo, bo ona żyła kłótniami, bójkami i awanturami. Do tego nosiła czerwonego irokeza, wysłużone glany, spodnie w kratkę i makijaż, który wyglądał jakby nie był zmywany od co najmniej trzech nocy, ale tak po prawdzie to za każdym razem dopieszczała go przez bitą godzinę. Miała agrafki w uszach i kolczyki na swojej chudej, podłużnej twarzy wybledzonej najjaśniejszym pudrem jaki udało jej się znaleźć. Bujała się po różnych melinach i squotach, my akurat poznaliśmy się na ulicy - grałem na jednej miejscóweczce w centrum, a ona wrzuciła mi do pokrowca guzik uznając, że tyle jest warta moja muzyka. W pierwszej chwili ogarnęła mnie konsternacja, ale Granda szybko wybuchła najgłośniejszym śmiechem jaki w życiu słyszałem, przysiadła się bez pozwolenia i od razu zaczęła częstować mnie szlugami bez filtrów oraz tanim winem. Potem niejednokrotnie ratowałem jej dupę bo nagminnie przykuwała się do drzew, pyskowała policjantom lub chodziła na każdy możliwy strajk tylko po to, żeby jako pierwsza rzucić kamieniem i wywołać jakąś grandę. Bujaliśmy się razem po koncertach, czasem pozwalałem jej przekimać u mnie, zdarzało się nam ze sobą sypiać, ale nigdy jakoś specjalnie mi się nie podobała, od początku była właściwie tylko kumpelą. Dzisiaj napisała do mnie wiadomość o treści - Billy, kurwa, lecimy dzisiaj na koncert Syfu i Hałasu, znam dziewczyny z kapeli, wkręcimy się potem na after, bądź na miejscu trochę wcześniej to zrobimy nawet jakiś biforek, jak się nie pojawisz to po ciebie przyjdę, a jak mi nie otworzysz to wejdę oknem, do zooooo - czyli generalnie nie miałem wyboru. Co prawda zespół Syf i Hałas był mi kompletnie nieznany, ale w sumie brzmiał jak coś, co chciałbym poznać, natomiast bifor w slangu Grandy znaczył mniej więcej tyle, że walniemy flaszkę przed wejściem, a potem to już będziemy zapijać tanim piwskiem z baru. Stawiam się więc na miejscu o umówionej godzinie i od razu wita mnie szeroki uśmiech dziewczyny, wciska mi w rękę napoczętą butelkę w papierowej torbie. Ciągnę dużego łyka - alkohol nieznanej nazwy jest mocny i dosłownie pali mi przełyk, na co się mocno krzywię, oddając go Grandzie, a ona znowu się śmieje - Co? Za mocne? - pyta kpiąco, po czym przysuwa ustnik do warg i wlewa w siebie potężną porcję, przez jej twarz nie przebiega nawet cień grymasu, za to spluwa na chodnik i zaciąga się ostatnim buchem z kiepa, którego trzyma między palcami. Potem jeszcze kilka razy wymieniamy się flaszką, a kiedy widać już dno, to wyrzucam pustą butelkę do kosza i wreszcie wbijamy do środka. Schodzimy w dół, do miejsca, które wygląda jakby nigdy nie zostało wykończone - otaczają nas surowe, ceglane ściany, a ponad głowami odarty z farby strop, gdzieś wzdłuż pomieszczenia biegnie bar, z tyłu kilka stolików, a na przedzie miejsce dla zespołu, wydzielone jedynie przez wzorzysty dywan, zajebany pewnie z jakiegoś śmietnika. Ludzi jest sporo, natomiast powietrze pachnie dymem, potem oraz alkoholem. Barmani serwują piwo w plastikowych kubkach, więc kupuję nam po jednym, bo Granda jak zwykle jest spłukana. Opowiada mi o tym, co ostatnio dzieje się na squocie, kto z kim i dlaczego. Mówi podniesionym głosem, bo wokol panuje już niezły gwar, nawet jeśli zespół nie pojawił się jeszcze na scenie. Wbijam w nią spojrzenie i totalnie nie zauważam czyjejś ręki, która pewnie w ferworze ekscytującej opowieści, przypadkowo wystrzeliwuje w moją stronę, prawie wytrącając mi z dłoni kubek. Praktycznie cała jego zawartość ląduje na mojej koszulce z Nirvaną i na tej rudej lasce, która właśnie pozbawiła mnie kilku procentów - Ej kurwa uważaj z tymi - łapami, kończę w myślach, bo oto nasze spojrzenia się przecinają i dosłownie czuję jak jakaś niewidzialna iskra przeskakuje z jej pięknych oczu wprost do moich, potem biegnie przyjemnym dreszczem wzdłuż kręgosłupa, zatrzymuje się gdzieś w żołądku i wywraca go na drugą stronę w wyjątkowo przyjemnym odczuciu. Czy to te legendarne motyle w brzuchu? Jebana strzała Amora? Spod wpływu jej czaru wyrywa mnie dopiero znajomy głos gdzieś po lewej stronie - A ty co się gapisz, piździelcu?! Twoja dupa wylała nam browara!... - Granda zwraca się do faceta, którego ruda musiała raczyć swoją ekscytującą opowieścią zanim doszło do zderzenia, a ja mrugam kilka razy i wbijam w niego spojrzenie.

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
27 y/o
Indulge in local cuisine
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Mknęła przez ulice tego zasranego miasta i chichotała pod nosem, jak głupia, gdy brała kolejne ostre zakręty, próbując zgubić ścigający ją radiowóz. Włączony kogut przykuwał uwagę tubylców, ale ona znała lepiej te obskurne ulice. Na pełnej piździe wcisnęła się w wąską uliczkę, lawirując pomiędzy bezdomnymi dzieciakami, które na widok psiarni od razu złapały w małe dłonie cegły. To jej kupiło trochę czasu. Z piskiem opon zatrzymała swojego Harleya przed budynkiem i ściągnęła niezgrabnie kask z głowy, psując tym samym fryzurę. Takie rzeczy seksownie wyglądały tylko na filmach. Wypluła gumę do żucia na dłoń i używając jej jako prowizorycznego kleju, umocowała tablicę rejestracyjną na swojej maszynie. Może była szalona, ale nie zamierzała się podkładać stróżom prawa w tym mieście. Bez dowodów nie ma mandatu, a brak mandatu ją uszczęśliwiał, bo to znaczyło, że znowu wygrała.
Zsunęła ze swoich ramion ciężką motocyklową kurtkę i przywitała się gestem dłoni z kumplem, który od razu otwarł przed nią bagażnik, żeby mogła tam wrzucić swoje rzeczy i wykonać mały striptiz dla ubogich. Rozebrała się do lateksowej bielizny, którą wcześniej już na siebie wcisnęła - była w kurwę niewygodna. Założyła kabaretki, kozaki na wysokim obcasie i do tego skórzaną kurtkę od właściciela samochodu. Wytargała z odmętów schowka kilka kosmetyków i używając bocznego lusterka, nałożyła sprawnie make-up, skupiając się głównie na kreskach i ustach, które podkreśliła ciemną czerwienią. Włosy przeczesała jedynie dłonią, robiąc efekt sexy messy morning hair, pozwalając, żeby ogniste rude kosmyki luźno opadały na jej ramiona, kontrastując z czernią kurtki.
- Spóźniłaś się. Alfa czeka na ciebie już od ponad dwóch godzin. - przekręciła oczami, kiedy psikała się perfumami Tom Ford - Lost Cherry. Prezent od Alfy. Ksywkę zawdzięczał temu, że jeździł Alfą Romeo. Idąc za ciosem, ją nazwali Luną. A reszta, zależnie od relacji, była Betą, Omegą i innym gównem. A cała zgraja pieszczotliwie Watahą. Było to na tyle pojebane i od czapy, że się przyjęło, a ona nie oponowała.
- To jeszcze poczeka. Idę do baru. - zatrzasnęła za sobą drzwi i puściła oczko jednemu karczkowi, który robił za ochronę przy wejściu. Dostała się do środka bez żadnego problemu, a jej kumpla zablokowali, zmuszając żeby stanął w kolejce, jak reszta. Zgarnęła w swoje chciwe łapki energetyka, którego barman właśnie podał na blat jakiejś lasce i cicho się zaśmiała, czując na swoich biodrach znajome męskie dłonie. Alfa.
- Już mnie złapałeś?
- Długo kazałaś na siebie czekać. Należy mi się chyba jakaś nagroda.
- Bardziej ekscytowało mnie dwieście na liczniku niż twoje towarzystwo - odparła zaczepnie i gwałtownie odepchnęła dłonie mężczyzny od siebie, wylewając piwo osoby stojącej obok niej. Już miała odpyskować temu kretynowi, który miał czelność mieć do niej pretensje, ale wryło ją. Czas zatrzymał się w miejscu, a wszystkie rozmowy umilkły, pozostając irytującym szumem, gdzieś tam w tle. Wyciągnęła dłoń do przodu, ledwo muskając opuszkami jego palce, jakby chciała się przekonać, że był prawdziwy. Nigdy wcześniej nie czuła takiego przyciągania. Pragnęła spleść ich dłonie i uciec jak najdalej, żeby mieć go tylko dla siebie, co było totalnie odklejone. Nie znała go. A mimo to walczyła ze sobą, żeby nie skrócić dzielącego ich dystansu. Uniosła kąciki ust w leniwym uśmieszku, jakby chciała tu i teraz posmakować jego ust. Usłyszeć jeszcze raz jego głos. Wystarczyło jedno spojrzenie, a nogi miała jak z waty, a serce biło dwa razy szybciej. Pierwszy raz zabrakło jej słów.
Tę magiczną chwilę zepsuł jej towarzysz, który zaczął składać pocałunki na jej szyi. - Ta suka chyba coś do Ciebie ma... - zamrugała zdezorientowana, wyrywając się z tego dziwnego letargu i spojrzała na tego babo-chłopa, co pieklił się uroczo, nie wiedząc jeszcze, że akurat ona również była pierwsza do bójki. Coś tam dalej dziewczę sepleniło w jej kierunku, więc odciągnęła jej bluzkę i wsunęła za dekolt zimną puszkę napoju.
- Pojebało Cię?!
- Wybacz, pomyliłam cię ze śmietnikiem. Też jest duży, zielony i okrągły. - z politowaniem obczaiła typiarę z góry na dół. - Chodź. Nie warto. - wtrącił się jej towarzysz, który zaczął ją odciągać od tej punkówy. Jeszcze chwila, a zapewne wywiązałaby się szarpanina, która zakończyłaby się interwencją ochrony, a ona wyleciałaby z kolejnego lokalu. A naprawdę chciała zostać na tym koncercie. A później zaliczyć afterek i może wokalistę. Albo gitarzystę.
- Barman! Jedno piwo. Dla niego. Na mój koszt. - powiedziała do faceta stojącego za ladą, który już dobrze ją znał. - Uznaj to za rekompensatę i... Stać cię na więcej. - powiedziała, do nieznajomego przystojniaka i dała się porwać Alfie w stronę tłumu. Obróciła się tylko jeszcze raz, a gdy ich spojrzenia się spotkały... Uniosła dwa palce do ust, tworząc z nich literę V i wysunęła swój języczek w wulgarnym geście.

William N. Patel
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Krzywię się mimowolnie patrząc jak tamten typ zaczyna bezczelnie obłapiać rudą nieznajomą, chociaż przecież powinienem mieć to w dupie, tylko w tym momencie oddałbym dosłownie kurwa wszystko żeby znaleźć się na jego miejscu. Mrużę lekko ślepia, mocniej zaciskając palce na kubku, plastik strzela i gniecie się pod naporem mojej dłoni. Ja pierdole, co jest? Reakcja własnego ciała jest dla mnie zagadką, a chaos w głowie właściwie jeszcze większą, bo wszystkie myśli krążą aktualnie wokół jej pięknych, brązowych oczu, podkreślonych czarną kreską oraz kształtnych ust maźniętych ciemną czerwienią, tak bardzo pociągających, że od razu chciałbym ich posmakować. Bezwiednie oblizuję wargi - Suka!?... - Granda pluje się dalej, a ja mocno wciągam w płuca powietrze bo naprawdę ostatnim czego teraz chcę to wchodzić w jakiekolwiek potyczki, oby tylko nie doszło do rękoczynów, więc już otwieram japę, żeby uspokoić swoją kumpelę, ale zanim zdążę się odezwać tamta laska wrzuca jej pustą puszkę za koszulkę. Ściągam wargi w wąską kreskę, powstrzymując parsknięcie, zaś szczupłe dłonie Grandy zaciskają się w pięści tak mocno, że bieleją jej knykcie, język układa się w soczyste pojebało cię?!, natomiast kolejne słowa nieznajomej sprawiają, że w jej mózgu dochodzi chyba do jakiegoś spięcia, bo na moment zamiera w bezruchu, jakby cała ta sytuacja ją przerosła. Robi się trochę gęsto, jakby zaraz miała się tutaj rozpętać prawdziwa awantura i Bogu dzięki tamten frajer chyba także nie ma ochoty na żadne bójki, posyłam mu krótkie spojrzenie, bo mój wzrok szybko powraca do jego dziewczyny. Uśmiecham się lekko kiedy zamawia mi piwo - Dzięki. I vice versa - no bo proszę was, co to był za typ? Zjebany jakiś chociaż nie podobał mi się głównie dlatego, że bezkarnie mógł całować jej szyję i dotykać ciała. Też bym chciał. Kurwa. Wodzę za rudą spojrzeniem, zaś w odpowiedzi na ten wulgarny gest posyłam jej zalotne oczko i krótkiego całusa, a kubek unoszę nieznacznie w geście toastu. Obydwoje znikają gdzieś w tłumie - Zajebie ich - syczy Granda i rusza przed siebie, ale łapię ją szybko za nadgarstek, ciągnąc w swoją stronę - Weź wyluzuj, olej ich - mocniej zaciskam palce wokół jej ręki - Nie ma chuja, widziałeś co ona zrobiła?! - rzuca, na co wzdycham jakby trochę rozmarzony, co nie umyka uwadze mojej kumpeli. Strzela mnie z pięści w ramię - Kurwa, po czyjej ty jesteś stronie, Bill? - wściekle marszczy nos, posyłając mi wręcz mordercze spojrzenie - No oczywiście, że po twojej, ale nie chcę żeby nas stąd wyjebali, koncert jeszcze nawet się nie zaczął, weź się ogarnij, łyknij sobie, może ci się zrobi lepiej - stukam się z nią piwem i ciągnę sporego łyka. Ona też. Tymczasem na prowizorycznej scenie pojawia się gwiazda wieczoru, zespół punkowy Syf i Hałas. Wokalistka wyglądająca jak Courtney Love po roku w Rosji wiesza się na mikrofonie i krzyczy - Jesteśmy Syf i Hałas i zaraz wspólnie rozniesiemy tę budę!!! - wjeżdża ostry, gitarowy riff, brudna, basowa linia oraz głośna, chaotyczna perkusja, kolejne wrzaski wokalistki co rusz przecinają powietrze, zaś oszalały tłum rusza w srogie pogo, ludzie wymachują rękami i nogami jakby jutra miało nie być, a ja zerkam na swoją kumpelę - Idę w pogo - informuję ją, po czym walę browara na hejnał, pusty kubek odkładając na barowy blat. Ruszam w kierunku dziko skaczącego tłumu głównie dlatego, że liczę na kolejne spotkanie z tamtą dziewczyną, na to, że znowu przetniemy się gdzieś pośród całego tego koncertowego chaosu. I faktycznie gdzieś w całym tym syfie i hałasie miga mi jej sylwetka, ale za każdym razem kiedy znajduje się na wyciągnięcie mojej ręki to ktoś łapię mnie za ramię i odciąga w tył, lub ona sama znika między innymi sylwetkami. Cały ten koncert trwa dobre półtora godziny i po wszystkim jestem tak zjebany, że ledwie stoję na nogach. Powietrze śmierdzi potem, szlugami i tanim alko, w dodatku dym jest tak gęsty, że mało co widać. My z Grandą szybko zbieramy się na zewnątrz, bo rzeczywiście udało jej się wkręcić nas na after dwie przecznice dalej, w starej kamienicy zasquotowanej przez lokalne towarzystwo anarchistów. Podobno należy do jakiegoś miliardera, który podróżuje po świecie więc dopóki nie zacznie się wpierdalać to hulaj dusza piekła nie ma. Granda po drodze zaczepia dosłownie każdego prosząc o drobne na chlanie, więc zahaczamy o pobliski monopolowy. Dokładam się do czegoś lepszego niż wino z najniższej półki, ale nie szalejmy - w tym przypadku liczy się ilość, nie jakość, jakiekolwiek procenty klepią tak samo. Tylko czasem trzeba to odchorować następnego dnia. Wbijamy do kamienicy razem z grupką nieznajomych, równie nakręconych na dobrą imprezę i od progu wiem, że nikt z nas sie dzisiaj nie zawiedzie. Nieźle się tu urządzili, ci anarchiści. Klatka schodowa jest ogromna, z zakręconymi, szerokimi schodami, drewnianymi i mocno przetartymi tysiącem podeszw, po jednej stronie zdobiona barierka w fatalnym stanie, ale najwidoczniej nikomu to nie przeszkadza. Już tam toczą się filozoficzne dyskusje w oparach papierosów. Granda wita się z wieloma ludźmi, ja zresztą też, większości ksyw i tak nie będę pamiętał. Z niektórych pomieszczeń dociera do nas muzyka lub światła, inne wydają się puste i całkowicie ciemne - Idę zapalić - mówię do swojej towarzyszki, na co macha ręką, pogrążona w rozmowie z jakąś inną typiarą. Przechodzę wzdłuż trochę surowych murów wymalowanych w graffiti, mam ze sobą butelkę czerwonego wina za kilka dolców, w dolnym rogu etykietki zanotowano - zawiera siarczyny.. Wypadam przez podwójne, drewniane drzwi wprost na całkiem duży balkon, z którego rozpościera się widok na jedną z menelskich ulic Toronto. Na dole jakiś żul robi trzy kroki w przód i dwa w tył, a potem kilka kolejnych przed siebie i znowu się cofa, zastanawia się przy tym głośno czy idzie czy nie idzie. A na balkonie ta ruda dziewczyna z baru.

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
27 y/o
Indulge in local cuisine
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

trigger warning
tracę dziewictwo - pierwszy raz piszę w 1 osobie
Chcę tam wrócić. Do niego. Zrobić te kilka kroków w tył i zarzucić swoje ręce na jego szyję. Przyciągnąć go do siebie i pocałować na oczach jego dziewczyny. Sprawić, żeby zapamiętał tę noc do końca życia. Żeby zapamiętał mnie. Zawładnąć jego umysłem, żeby pragnął ujrzeć moje rude włosy na swojej poduszce, tuż po przebudzeniu. Bardziej jednak chciałam się przekonać, jakby to było wsunąć palce w jego włosy. Usłyszeć jeszcze raz jego głos, gdy mówiłby, że należę do niego. Sprawdzić, jak zareaguje, gdy uśmiechnę się w ten psotny sposób i wpuszczę go do swojego chaosu. Dorówna mi kroku? Jakaś niewidzialna nić każe mi być blisko niego, ale ten moment zawahania wszystko rujnuje.
Tłum coraz mocniej na mnie napiera, gdy światła gasną, a na prowizoryczną scenę wychodzi zespół. Ktoś podaje mi butelkę, a mój instynkt przetrwania urządza sobie strajk, bo pociągam spory łyk. Okazuje się, że to whisky. I to tego parszywego rodzaju, który smakuje jak papier ścierny i wykrzywia ryj. Biorę jakąś tabletkę, po której świat jest lepszy i w ciągu paru chwil nawet nie przeszkadza mi dotyk Alfy, który wciąż trzyma mnie za nadgarstek. Wydaje mi się, że gdzieś pośród tego zgiełku widzę twarz tego mężczyzny. Rozpaczliwie próbuję go złapać, ale to może wytwór mojej wyobraźni. Potykam się o kogoś, kto leży na podłodze. Ktoś stawia mnie do piony, a czyiś glan spotyka się z moim udem. Czuję, że jutro będę wyglądać, jak ofiara przemocy domowej, ale nevermind. Wszystko mi jedno. Bo czuję jakąś jebaną pustkę. Jakbym miała ten koszmarny zjazd po kwasie. I dziwne wrażenie, że lekarstwem na to całe popieprzone życie jest tamten gość.
Świeże powietrze trochę mnie cuci. Obserwuję z politowaniem kumpla, który próbuje przemówić mi do rozsądku, kiedy wspinam się po samochodzie, żeby ulokować się na zaszczytnym miejscu. Na dachu. On jest najebany. Ja w niewiele lepszym stanie, a ilość osób na tylnej kanapie przyprawia o klaustrofobię. Mogliśmy iść na piechotę, ale chcieliśmy wjechać na imprezę w wielkim stylu. Łapię za uchwyty na rower i dumna z siebie parskam śmiechem.
- Jesteś postrzelona. Nie będę cię zeskrobywał. - wzruszam ramionami i chichram się, jak wariatka, gdy rusza. Puszcza na fulla utwór Akcent - Kylie, a wokół mnie świat wiruje w ten przyjemny sposób. Widzę go. Wychodzi ze sklepu i nie ma nic bardziej seksi niż jego widok z flaszką w dłoniach. No i oczywiście jest z nim ta paskuda. To mi psuje humor. Kierowca gwałtownie hamuje na światłach, a moje ciało leci do przodu. Dłoń uderza z plaskiem o przednią szybę i patrzę na kumpla, a on na mnie. Mogłam się zabić. To mnie bawi. Poprawiam się na dachu i wyrzucam do góry dłonie, krzycząc JUHU!
You drive me crazy
You slowly drive me crazy
Red-blooded baby
Can't get you off my mind
I should be lucky
I should be so lucky
I should be lucky to sleep with you tonight

Fałszuję na cały głos, a ktoś każe mi się przymknąć. Pokazuję mu faka. I gdy dojeżdżamy na afterek, to myślę, że to pieprzony cud, że żyjemy. A świat jest piękny, bo wciągam zaraz biały proszek z cycków jakiejś typiary, która musiała dać gruby hajs za swoje zderzaki. Są boskie, więc przeciągam tę chwilę i wtulam swój policzek w jej pierś. Witam się z ludźmi i później tańczę na barze z jakąś brunetką, której stringi dziwnym trafem lądują w kieszeni mojej skórzanej kurtki. Ja tracę stanik. Nawet nie wiem kurwa kiedy do tego doszło. Zataczam się, a kumpela mnie ciągnie w stronę balkonu. Coś tam sepleni o tym, że przyłapała swojego narzeczonego, jak ten obciąga komuś w damskim kiblu. Jest cała rozmazana, a ja jej proponuję, że może mnie wykorzystać w odwecie. Czego się nie robi w imię przyjaźni?
Nie zgadza się.
SMUTECZEK.
Mam ochotę przez to płakać z nią. Trajkocze dalej, a ja odprawiam dzikie densy na kamiennym murku do muzyki, która dolatuje przez otwarte okno. Przechylam butelkę i uzmysławiam sobie, że jest kurwa pusta. To dopiero jest tragiczna historia. Chwiejnym krokiem idę do ściany i próbuję sięgnąć dłonią do krańca dachu. Stamtąd musi być zajebisty widok.
Gdy drzwi się otwierają, kumpela łapie mnie za kostkę, a ja prawie zaliczam twarde lądowanie na kafelkach. Wpadam jednak w ramiona mojego crusha z koncertu. Dosłownie spadam mu z nieba. Butelka roztrzaskuje się o podłogę, gdy mnie łapie. Przez chwilę patrzymy na siebie oszołomieni. Tonę w jego oczach.
- Ooo… Masz fajki. - zauważam w przebłysku geniuszu. To wszystko, na co mnie stać, bo neurony mają spięcie i zapominam o całym świecie. - Złapałeś mnie... To co teraz zrobisz zanim znowu ci ucieknę? - uśmiecham się głupio i zdecydowanie zbyt długo patrzę na jego usta. Jego dziewczyny tutaj nie ma. Jest mój.
Jest kurwa cały mój.
A endorfinki krążą w moich żyłach, kiedy wciąż jestem w jego ramionach. Istny raj.

William N. Patel
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

A tam ta ruda laska z baru spada z nieba wprost w moje ramiona. Łapię ją automatycznie, w pierwszej chwili nie do końca ogarniając co się właśnie wydarzyło. Flaszka z winem wypada mi z rąk i tłucze się na balkonowej podłodze, wszędzie wokół czerwone wino, opryskuje mi nawet buty, ale mam w to wyjebane, bo krople alkoholu zatrzymują się na skórzanym obuwiu, wytrę je potem. Teraz wbijam spojrzenie w znajomą twarz nieznajomej dziewczyny i na krótką chwilę brakuje mi tchu. Z wrażenia, przez moment czuję się trochę odrealniony, jakby to wszystko działo się we śnie, ściskam ją mocniej, a kiedy odzywa się pierwsza to mrugam killa razy. Jej głos sprowadza mnie na ziemię - A dlaczego od razu zakładasz, że będziesz chciała uciekać? - pytam i niespiesznie stawiam ją do pionu, przesuwam dłońmi po jej ciele, po udach, tyłku i plecach, zatrzymuję je gdzieś na talii, wciąż trzymając ją blisko siebie, tak blisko, że pewno czuje chłód mojej klamry od paska gdzieś w okolicach swojego podbrzusza - Na początek dam ci fajkę, to mi zapewni jakieś siedem minut na przekonanie cię, że wcale nie chcesz uciekać - a to całkiem sporo czasu. W siedem minut dało się nawet dojść do nieba. Cofam się o pół kroku, zabierając ręce z jej nagiej skóry po czym wyciągam papierośnicę i otwieram ją, sięgam po własnoręcznie skręconego papierosa, powoli obracam go w palcach i wyciągam w kierunku dziewczyny, filtrem w jej stronę, żeby od razu wzięła do buzi. W tym czasie spojrzenie zawieszam na jej pełnych, kształtnych ustach, sam trochę bezwiednie oblizując swoje wargi - Jeden z tych papierosów jest z ziołem, wrzuciłem go do papierośnicy, może będziesz miała trochę szczęścia - biorę szluga także dla siebie, od razu umieszczając go w zębach. Przez chwilę jest między nami cisza, to znaczy z wnętrza kamienicy dudnią srogie basy, ale my obydwoje milczymy, spoglądając sobie nawzajem w oczy. Papierośnicę chowam do kieszeni, w zamian wyciągając swoją zapalniczkę z lwem, odpalam płomień i podsuwam go dziewczynie, nawet na moment nie spuszczając wzroku z jej ciemnych ślepi, w których czai się jakiś dziki błysk, trochę tajemniczy, ale bardziej wyzywający. I kurewsko chcę podjąć to wyzwanie, jakiekolwiek by nie było. Podsuwam sobie ogień, a kiedy w końcu zaciągnę się pierwszą chmurą dymu to zamykam zapalarę z głośnym kliknięciem. Wsuwam ją do kieszeni spodni, a potem z wolna odsuwam kiepa od ust, wypuszczam z płuc szare wstęgi gęstego dymu, który pachnie trochę kwaśno, jakby ziołowo i opieram się nonszalancko o framugę drzwi, żeby zablokować jej drogę ucieczki. Jakby jednak faktycznie chciała zwiać - Widziałem cię po drodze na tamtym aucie, wariatka. Lubisz adrenalinę, co? - robię krótką pauzę na ściągnięcie bucha - I zastanawiam się jak to się stało, że widzę cię dzisiaj po raz pierwszy, skoro tak bardzo rzucasz się w oczy. Jesteś stąd? Czy przyjechałaś odwiedzić chłopaka? - pytam. W tym samym czasie odzywa się ktoś z boku. Jezus kurwa, ale się przestraszyłem, nawet nie ogarnąłem, że jest tu jeszcze jedna laska - A ja też mogę papierosa? - patrzy się na mnie, więc też przez chwilę się na nią gapię - O sorry, no pewnie - daję jej fajkę, podsuwam nawet ogień, ale na nią nie patrzę, wciąż całą uwagę poświęcając rudej. Łapię kolejnego bucha - No cóż, dzisiaj ja miałem więcej szczęścia, zbliż się - mówię jakbyśmy wciąż nie znajdowali się tak blisko siebie. Jeszcze raz przykładam skręta do warg i zaciągam się bardzo mocno, a potem odsuwam blanta w bok, trzymając go między palcami, drugą ręką znów obejmuję tamtą dziewczynę i pochylam się, żeby wdmuchnąć jej trochę dymu do ust, nasze wargi dzieli dosłownie pół milimetra, ale specjalnie ich nie łącze, żeby trochę się z nią zabawić, nie od razu dać jej to czego chce, bo przecież widzę jak na mnie patrzy, te wszystkie pożądliwe spojrzenia, które rzuca mi od początku. Tamta druga laska chyba myśli, że podaję jej jointa, bo czuję jak wysuwa mi go spomiędzy palców. A niech sobie popali, ja korzystam z tego, że drugą rękę też mam już wolną i tą również sięgam do rudzielca, wspierając ją gdzieś na jej biodrze.

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
27 y/o
Indulge in local cuisine
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Ja zawsze uciekam.
Ledwo się powstrzymuję, żeby te słowa nie padły z moich ust. Pozwalam sobie na tę chwilę fantazji, że wpadłam na faceta, który będzie potrafił mnie dogonić i zatrzymać przy sobie. Że to dziwne przyciąganie, które czuję w jego towarzystwie, jest czymś więcej niż tylko kolejną zachcianką. Chcę go dla siebie. Zawrócić mu w głowie, gdy jego dziewczyna nie patrzy i później jeszcze raz, to powtórzyć, aż do momentu, gdy przestanie do niej wracać. I będzie tylko myślał o mnie.
Pozwalam mu na wszystko. Na to, żeby przesuwał nieśpiesznie swoimi dłońmi po moim ciele. Żeby trzymał mnie blisko siebie, bo sama również muszę się przekonać, że jest tutaj naprawdę przy mnie. Brałam dzisiaj takie combo, że równie dobrze mogę mieć urojenia, a mój mózg podsuwa mi właśnie tego, o kim myślałam przez cały wieczór. Przyciskam swoje ciało mocniej do niego, gdy jego dłoń ląduje na moim tyłku. Nie zaciska tam swoich palców, a ja czuję niemal rozczarowanie.
- Jesteś pewny siebie - zapominam o koleżance, która jeszcze przed chwilą żaliła mi się na cały gatunek męski. Szkło chrupie pod moimi stopami, gdy w końcu odstawia mnie na ziemię. Obserwuję każdy jego gest i uśmiecham się leniwie, gdy wysuwa w moją stronę papierosa. Odchylam delikatnie materiał skórzanej kurtki na bok, żeby miał idealny widok na moje cycki, bo nie mam już stanika na sobie. Droczę się, bo widzi jedynie zarys moich piersi, gdy pochylam się do przodu i nieznośnie powoli obejmuję papierosa ustami. Widzę, jak go nosi. Liczę na to, że teraz w jego głowie krążą same nieprzyzwoite myśli ze mną w roli głównej. Przesuwam swoje spojrzenie z jego ust na oczy. Są brązowe, w tym ciemnym odcieniu, który przyprawi mnie o ciarki. Płomień wydobywa z nich coś, co mnie przyzywa. Tę malutka iskrę, po której chcę przesunąć palcami po jego policzku, żeby złączyć nasze usta w pocałunku, żeby zatrzymać tę chwilę. Bo wiem, że choćbym nie wiem jak bardzo się starała, nie będę w stanie przelać tego widoku na kartkę w moim szkicowniku.
Niemal się śmieje, gdy blokuje mi drogę ucieczki. On jeszcze nie wie, że jestem bardziej szalona niż ustawa przewiduje. Drzwi? To byłoby zbyt proste. Nie godne zapamiętania.
Zaciągam się papierosem, a wstęgi szarego dymu nas otulają. Siedem minut. Czas nieubłaganie płynie, a moja koleżanka daje o sobie znać. Zabiera cenne sekundy. Dziś definitywnie nie mam szczęścia.
- Lubię, gdy coś wzbudza we mnie emocje. Świat wtedy nabiera barw. - i gdybym teraz miała wybrać kolor, który przychodził mi na myśl, byłby to głęboki bursztyn. Coś na wzór barwy whisky, która w zależności od rodzaju beczki i użytego drewna ma zawsze inny odcień. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że za kilka lat, to właśnie butelkę tego trunku przemycę do naszego wspólnego obrazu, gdy będziemy w zamku wykładać na temat sztuki. Że on będzie moim uzależnieniem, do którego będę wracać niezależnie od tego, co nas poróżni.
- Zazwyczaj kręcę się w innym towarzystwie. - i niemal powtarzam za nim zdziwiona, to pieprzone słowo: chłopaka? Robi to za mnie jednak koleżanka, a ja uśmiecham się, pozwalając im wierzyć, że ktoś miał na tyle tupet, żeby mnie tak nazywać. Bo tak jest o wiele ciekawiej. Zakazany owoc kusi najbardziej.
Zbliżam się i przymykam oczy, gdy czuję jego oddech na swoich wargach. Rozchylam usta i wdycham dym. Wsuwam palce w jego włosy, żeby przytrzymać go blisko siebie. Oboje nie pozwalamy sobie na pocałunek. - Twój czas się kończy. Myślisz, że w ten sposób zapomnę o swoim chłopaku? - pytam szeptem, uważając, żeby moje wargi nie musnęły tych należących do niego. Bo wiem, że wtedy przepadnę.
Odsuwam się. Moje ciało protestuje, gdy czuję chłód w miejscach, gdzie jeszcze przed chwilą trzymał swoje dłonie. Nie odrywam swojego spojrzenia od niego, gdy sięgam dłonią do swoich ust. Uśmiecham się leniwie, a w moich oczach tańczą te iskierki, które zawsze się pojawiają, gdy chcę zrobić coś szalonego.
Podchodzę do murowanej balustrady balkonu i zaczynam ściągać kozaki. Wspinam się na murek i zrzucam swoje buty na dół. Powoli zsuwam z ramion kurtkę, która również ląduje na dole. Jestem w samych majtkach, gdy odwracam głowę w jego kierunku. Stoję do niego tyłem. Czuję, jak przesuwa spojrzeniem po moim ciele, zatrzymując na dłużej spojrzenie, na krzywiźnie moich piersi. Wiatr niemal czule przeczesuje moje długie rude włosy.
- Jutro są wyścigi. O ósmej. Nie spóźnij się. - nie daję żadnej wskazówki. Chcę, żeby się trochę pomęczył, bo takie informacje byle gdzie nie są podawane. Mało kto wie o miejscu z takim wyprzedzeniem. Bo nikt nie chce, żeby policja przyjechała zanim zabawa rozpocznie się na dobre. Widzę, że robi krok w moją stronę. Próbuje wyciągnąć ze mnie więcej informacji.
- Jutro. - to brzmi niemal, jak obietnica, gdy robię krok do przodu i lecę te dwa piętra w dół. Uderzenie wypycha powietrze z moich płuc, gdy ląduję w zimnej wodzie. Nie byłam pewna, czy woda w basenie jest na tyle głęboka, ale nic mi się nie stało. Żyję. Wynurzam się i odgarniam do tyłu włosy w ten seksowny sposób. Śmiech wyrywa się z moich ust, gdy po raz ostatni patrzę w jego kierunku.
Jutro.
Zabieram swoje rzeczy i znikam. Uciekam, tak jak mu mówiłam.

William N. Patel
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”