przekleństwa i co tam się znowu odpierdala?
-
Wiesz poszło o kasę, bo ja jej załatwiłem, żeby Franki jej oddał te dwa miliony, no i chuj, że się dla tego narażaliśmy z Pilar, więc chciałem od niej wyciągnąć więcej, ale tak serio to tylko tak się drażniłem, bo wiadomo kurwa, no nie potrzebuje hajsu tak jak ona, ale ona wtedy, że mi nie można ufać... Mi - aż pokazał na siebie -
no ciekawe kto by jej tą forsę inny załatwił? - no bo pewnie nikt. Kto William? Ricz? A może Galen Wyatt? Chociaż ten ostatnio to pewnie mógł jej zrobić przelew ze swoich wolnych dwunastu milionów.
Potem to jest cała akcja porwaniowa, ale jak już Clyde kopie grób, to mogą sobie zapalić fajeczkę i pogadać, Madox częstuje obu cweli, sam też sobie wziął.
-
No nie wiem kiedy, a trzeba wiedzieć kiedy? - bo oni z Pilar ustalili przecież, że to będzie spontaniczna decyzja -
ale jak już będziemy po rozwodzie, to w każdej chwili to się może wydarzyć, więc lepiej już zrobić ten kawalerski nie? Jeszcze przed ślubem - no chyba to był sensowny pomysł -
bo wiesz my z Pilar ustaliliśmy, że ona wybierze kiedy, ale ja gdzie, wiec jakbym nagle ci kiedyś napisał, stary pakuj się i zapierdalaj do Rio de Janeiro, albo na Antarktydę, to to zrób, bo kurwa musisz być świadkiem na moim ślubie, nie ma innej opcji - powiedział do Willa i jeszcze go walnął w ramię, bo to jest jednak jego najlepszy kumpel.
Potem już Clyde je tego robaka, a na koniec jeszcze William każe mu się modlić, to Madox też się przeżegnał, no niby nie był religijny, ale ze dwa razy w kościele był... w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Raz na ślubie, a raz na chrzcinach.
Clyde zemdlał, a Madox sobie stanął nad nim.
-
Ale dojebałeś William, jeszcze trzeba było kurwa barkę zaśpiewać, z układem - pokręcił głową, a na tą broń to wywrócił oczami -
pojebało cię? Nie dałbym wam prawdziwego gnata, to tak jakby małpie dać i poczekać aż zacznie strzelać - znowu kręci głową, a zaraz zabrał Willowi ten pistolet i go przeładował jak prawdziwą broń -
to atrapa na jakieś kulki żelowe - i im pokazał, nawet taką jedną cisnął w Williama, w czoło, ale nie mocno -
ale wygląda nieźle, nie? - no i wsadził sobie tego gnata w spodnie -
no na komisariat, a mają na gościa kartotekę? - no i William mówi, że mają, że on ten zegarek też zgłosił i Clyde pójdzie siedzieć na dziesięć lat. No i fajnie.
Wciągają go do wozu już William i Madox, bo Ricz jeszcze pieseczki tarmosi pod pachami i grzebie w telefonie. Oczywiście Madox to już dawno napisał smsa do Pilar, że wróci później bo jest na akcji z chłopakami, BO PRZECIEŻ NIE MÓWILI MU, ŻE MA NIE PISAĆ.
Już jadą samochodem z tej dziczy, czy tam pustyni, jakąś polną drogą, a tam przed samochodem... krowa.
Tylko Madox się tak przygląda, bo on już ostatnio widział krowę.
-
Ej Ricz to chyba nie krowa... - ale Ricz już, że on wysiada jej dotknąć -
Ricz to na pewno nie jest krowa - już powiedział pewny swego Madox, ale ten dzban i tak wysiadł i jak się byk wkurwił to ubódł rogami to piękne czerwone BMW. A Madox oczywiście dodał gazu i już wjechali na normalną drogę.
Zaparkował na poboczu i ocenia szkody, a tam wgniecione jego auto piękne i dwie dziury po rogach, a do tego nie ma Burrito. Madox najpierw wydzierał się na Ricza, a potem na Williama, że co teraz z jego samochodem, na koniec na Clyda, który się obudził i płakał w bagażniku. Tak się darł, że z samochodu wysypał się zaspany Burritosek. No to chociaż jeden problem z głowy. Bo Ricz już ściska te swoje pieseczki pod pachami. Clyde się zamknął, bo otworzyli bagażnik i mu wepchnęli do gęby jakieś majtki, które znaleźli z tyłu w aucie, nikt nie wiedział czyje. I to chyba były z tej łaźni któreś.
No ale nieważne. Bo wywieźli też w końcu Clyda na komisariat, gdzie go wyrzucili, a Madox dał cynk komuś z psiarni, że taki złodziej leży przy krawężniku. Został problem samochodu, bo Madox naprawdę się wkurzył, na Ricza, że tego byka poszczuł i na Williama, że jechali na jego akcję BMW Madoxa. Zawsze tak jeździli, ale jednak nigdy nikt mu go nie wgniótł. Więc w końcu Noriega zadecydował, że jadą do blacharza, bo trzeba to od ręki załatwić, bo on nie może takim samochodem jeździć, jak jego narzeczona jeździ najnowszym Jaguarem, to przecież nawet wstyd obok niej zaparkować.
Mechanik Madoxa to był typ od zadań specjalnych, ostatnio mu czyścił bagażnik, jak cały miał uwalony w krwi, jakby tam jakaś masakra piłą motorową się odbywała i ładnie wyczyścił, nie było śladu.
-
No i co kurwa Rodrigo? Załatwisz to? - pyta go Madox i mu pokazał to wgniecenie i dziurę kurwa po rogach. A Rodrigo, który w ogóle bardzo mało mówił, kiwa głową, że tak. A Noriega już swoje autko obskakuje dookoła i pokazuje w środku, i bagażnik -
no i stary w środku i bagażnik, wszystko, full serwis mu zrób, ten frajer płaci - pokazał na Williama, a Rodrigo popatrzył na Patelka i tylko taką wykałaczkę, którą trzymał w zębach przełożył na drugą stronę. Potem wziął Madoxa na bok i coś mu tłumaczył w trzech słowach może, ale w końcu Noriega do nich wraca.
-
Dobra załatwi to, tylko teraz musimy wypierdalać na jakieś dwie godziny, jakieś pomysły? - zapytał, a kiedy zbierali z samochodu te ich piwka i coś tam jeszcze, to William znalazł karteczkę, na której laski ze stacji zapisały mu numer i adres z imprezą...
A w sumie to było niedaleko.
No ale padła propozycja, że idą, na te dwie godzinki i wrócą po auto.
-
Ale weźcie przypilnujcie, żebym nie pił, bo potem muszę odebrać samochód - powiedział im Madox jak już byli przed tym wielkim domem, gdzie impreza kręciła się w najlepsze i kiedy stanęli na ganku, to przez okno na górze wypadła pusta beczka po piwie i wylądowała między nimi na chodniku.
A piętnaście minut później...
Madox stał na rękach i walił piwo z lejka. A chłopaki?
William N. Patel Ricardo Martinez