Faza pierwsza: ciemność, widzę ciemność
...??? ...!!!
Faza druga: moralniak stulecia
Nie wiem kiedy zgasło światło, a całe miasto pogrążyło się w mroku, który wydawał się bardzo złowieszczy. Ostatnie co pamiętam to jak wracam z melanżu prawników, wchodzę do nocnego i walę wódę prosto z butelki. Potem już nic, mam co prawda kilka przebłysków, ale wolę sobie wmawiać, że to był tylko sen, co jest oczywiście jawną próbą zaklinania rzeczywistości, bo przecież obudziłem się w nie swoim łóżku. Naprawdę wolałbym, żeby było obce, to jednak znałem i właśnie to było w tym wszystkim najbardziej przerażające. Ale Gabrieli nigdzie nie widziałem i nie sądziłem, żebyśmy się pogodzili, chyba bym pamiętał?... Ewakuuję się z mieszkania Madoxa zanim ktoś mnie nakryje. Jeszcze nie wiem czy to już kac, czy jeszcze jestem pijany. Dopiero na górze, u siebie, orientuję się, że mój płaszcz wygląda jakbym dosłownie tarzał się po ziemi, a buty mam obrzygane. W zasadzie niespecjalnie mnie to dziwi, zdarza się. Na stole znajduję notatkę od Peach, pisze na kartce, że
bała się zostać sama i jest u Galena, odezwij się jak wrócisz. Próbuję napisać jej SMS, ale nie mam zasięgu, wtedy także zauważam, że nie ma prądu, ale uznaję to za chwilową awarię, przecież to też się zdarza. Potem przeglądam wiadomości, które udało mi się wysłać w nocy. O Boże, naprawdę pisałem do Gaby, ale te strzępki informacji, które zostały w telefonie nic mi nie mówią, większość pousuwałem. Kurwa, musiałem pisać w chuj przypałowe rzeczy, o których w tym momencie nie chcę myśleć, bo żołądek już bez tego wykręca mi na drugą stronę. Dla kurażu walę klina, którego przepijam całą butelką wody. Czuję się chujowo, nie wiem czy gorzej fizycznie czy psychicznie, więc padam na kanapę i zasypiam w trzy sekundy. Budzi mnie dopiero walenie w drzwi, jest już ciemno, klaszczę w dłonie, żeby zapalić światło, ale nadal nie działa, więc wzdycham ciężko i sięgam po telefon, żeby odpalić latarkę. Patrzenie przez judasza mija się z celem, skoro nadal nie włączyli prądu, więc uchylam nieznacznie drzwi i świecę przez szczelinę, prosto w dwie znajome twarze -
Czego?... - rzucam, widząc na klatce Gabi, już mam jej mówić, żeby wypierdalała, bo nie chce mi się z nią gadać, ale towarzyszy jej Madox, więc wzdycham ciężko, wpuszczając ich do środka. Przynoszą bardzo dziwne wieści. W ogóle robi się jakoś dziwnie, gdy jedno przez drugie zaczyna napierdalać o blackoucie. W sumie ma sens. To znaczy, nie ma, ale to by się składało w jedną całość. Ja pierdole. Jakimś cudem zasięg wzrósł do jednej kreski, więc ponawiam próbę skontaktowania się z Peach i tym razem faktycznie się udaje. Piszę, żeby została u Wyatta, ja jadę do Martinezów razem z Madoxem oraz jego kuzynką. Później się pakuję, nie wiem co mam ze sobą wziąć, więc wrzucam do plecaka rzeczy mniej lub bardziej przydatne. Biorę także ukulele, dla rozrywki.
Faza trzecia: diabelski młyn
-
Dobra, Gaba, proponuję chwilowe zawieszenie broni, ze względu na okoliczności, ale masz się do mnie nie odzywać bez sensu - rzucam, kiedy schodzimy na dół. Potem zrównuję kroki z Madoxem, bo jego kuzynce nie mogę nawet spojrzeć w oczy. Nie mam pojęcia co wydarzyło się wczoraj, tylko podskórnie czuję, że było grubo. I że powinno mi być wstyd. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że chyba wolę nie wiedzieć. Jak tylko wychodzimy na zewnątrz to odpalam papierosa. W końcu zatrzymujemy się przy jakimś nieznajomym aucie, więc unoszę nieznacznie jedną brew, spoglądając na swojego przyjaciela -
Co to za auto? - pytam, bo na pewno nie BMW, ani tym bardziej Jaguar. Na parkingu natrafiamy na pierwsze poważne przeszkody, wzdycham przeciągle kiedy się okazuje, że ktoś spuścił powietrze z tylnej opony -
Zajebiście, a wy w ogóle umiecie wymieniać koło? - bo ja, na przykład, nie. Mogę pomóc, ale potrzebuję instrukcji. Niemniej wrzucam swoje rzeczy do bagażnika, a na wpół wypalonego kiepa ciskam na ziemię, przygaszając go podeszwą.
Faza czwarta: wreszcie na miejscu
Chryste, chyba tylko cudem udało nam się tutaj dotrzeć, więc kiedy parkujemy na podjeździe to oddycham z ulgą -
Ja pierdole, już przestałem wierzyć w to, że dojedziemy tu w jednym kawałku - jak zwykle optymistycznie podchodzę do sprawy. Wysiadam z auta, Gaba biegnie już do drzwi i wali w nie pięściami, a my z Madoxem zbieramy nasze bagaże. No, trochę tego jest. Okolicę oświetla tylko blady blask księżyca, pół tarczy. Jedno trzeba przyznać, kiedy Toronto pogrążone jest w całkowitych ciemnościach, niebo wygląda zjawiskowo. Zadzieram głowę do góry, z wolna podchodząc do wejścia, zaś kiedy otwiera nam Ricardo we własnej osobie to witam go niezbyt radosnym uśmiechem -
Żyjecie? Ale chujnia, co? - Riczi tym bardziej musiał być w stresie, bo kurwa, Rosa przecież mogła urodzić w każdej chwili, wyglądała jakby zaraz miała wybuchnąć. Rzucam okiem naokoło, natomiast moje spojrzenie zatrzymuje się na jakimś obcym typie, który gapi się na nas z drugiej strony ulicy -
Ej, właźcie szybciej bo jakiś facet się na nas dziwnie lampi - jego intensywny wzrok wszyscy odczuwamy nieprzyjemnym mrowieniem w karkach. Wbijamy się do środka, a ostatni zaklucza drzwi.
Gabriela R. Blais Madox A. Noriega Ricardo Martinez