ODPOWIEDZ
27 y/o
Volpe Rossa
173 cm
Good girls go to heaven And bad girls never die
Awatar użytkownika
The night is young
And so am I
Velvet gun
On my thigh
Witch bitch
Born to bite
Born to live
Born to fly
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Obrazek

Godzina: 21:37
Czas bez prądu: 26 godzin.

Faza pierwsza: Zaprzeczenie



To tylko na chwilę. Proszę zachować spokój. Nic się nie dzieje. Sranie w banie i dzikie węże. Takie kity to można wciskać staruszkom, którzy oglądają przez cały dzień głupie przemowy polityków, którzy piorą im mózgi. W całym mieście nie było prądu. To nie były problemy z dostawą na jedną ulicę. Odłączono ich, a takie sytuacje nigdy nie zapowiadały niczego dobrego. Pierwsza godzina tego cyrku była spokojna. Tak jak i kolejne. Sąsiedzi byli życzliwi i każdy sobie pomagał. Ona w tym czasie magazynowała zapasy wody i żarcia, chroniąc to wszystko przed jamą chłonną Madoxa. Pierwszą noc spędziła samotnie, a raczej w towarzystwie Marco, w drugim mieszkaniu, o którym Ricz i Madox wiedzieli, ale nikt nie znał adresu.
Sytuacja jednak robiła się napięta. Kanalizacja przestała działać. Ludzie coraz mniej mieli wody, a brak informacji od bliskich, gdy linie telekomunikacyjne padły, nie napawał optymizmem. Szpitale leciały na rezerwach, ale i te pokłady energii już niedługo miały się skończyć. A do ludzi powoli docierało, że to nie były jedynie ćwiczenia.

Faza druga: Akceptacja

Siedziała z Madoxem w kuchni, gdy przed blokiem doszło do bójki. Obserwowali to wydarzenie z okna z ponurymi minami. On zapewne martwił się o swoją żonę, ale oboje jednocześnie myślami byli przy Riczu i ciężarnej Rosie. Od dwóch godzin próbowali grać w karty, żeby jakoś zapełnić czas, ale opornie im to szło. Tak jakby oboje wiedzieli, że zaraz wybije godzina zero i na ulicach miasta zapanuje niekontrolowany chaos. - Musimy do nich jechać. Spakować zapasy i... - w razie czego ich obronić. Wiedziała, że Madi nie wierzył jej kiedy mówiła mu, że potrafi posługiwać się bronią. Że to on poczuwał się do obrony tego mieszkania jak bohater od siedmiu boleści. Gdyby nie jej ciąża i obecność w tym mieszkaniu, latałby z maczetą za Pilar. Cóż, najwyraźniej przyszedł czas, żeby zaburzyć mu światopogląd, że jego ukochana młodsza kuzynko-siostrzyczka jest tylko ujadającą chihuahua.
- Chodź. - ruszyła się ze swojego miejsca i wbiła do swojego pokoju. Przez chwilę szamotała się z wielką walizką, która leżała w garderobie, przysłonięta kurtkami zimowymi i płaszczami. Przesunęła swoją zdobycz na środek pokoju i otworzyła zabezpieczenia na kod, który tylko ona znała. I pewnie w jakiejś kreskówce teraz rozległyby się chóry brzuchatych aniołków, a z wnętrza walizki wydobywało się złote światło, ale ponura rzeczywistość nie robiła takiego wrażenia. Chociaż zawartość na pewno spodobała się Madoxowi.
- Częstuj się. Od Marco mam też pistolet i naboje. To jednak będzie moja zabawka. - nie musiała mówić na głos, że w piątym miesiącu ciąży byłaby w walce fatalnym wsparciem. Więc, gdy Madox bawił się w swoim mini Disneylandzie, ona zaczęła ich pakować. Zrobiła dość dobre zapasy, a jeszcze więcej rzeczy mogli znaleźć w jej domu rodzinnym, bo jej ojciec był na jakiejś misji, a był świrem, który interesował się survivalem.
Zostawili w kuchni kartkę dla Pilar z informacją, gdzie będą, oraz wskazówkami, gdzie w mieszkaniu zostawili dla niej butelkę wody i kilka batoników proteinowych wraz z latarką i dodatkową baterią. Nie zapominając o nożu, który mógłby się jej przydać w razie czego.
Ona z plecakiem i torbą. Madox z plecakiem i dwoma torbami. Byli gotowi. Zgarnęła w dłonie kluczyki do BMW, które na szczęście było zatankowane. O ile ktoś już nie spuścił benzyny... Już miała zbiegać na dół i wpakować swój tyłek na miejsce pasażera, ale wielkie łapsko kuzyna ją powstrzymało. Wskazał palcem do góry, a ona cicho jęknęła.
No tak... Jego przyjaciel... William...

Faza trzecia: Chaos

Ja pierdolę...
Kurwa...
Stała oparta o ścianę i piorunowała wzrokiem Patela, gdy tylko pojawiał się w zasięgu jej wzroku. Chciała poczekać przy aucie zanim ten się spakuje, ale Madox kategorycznie jej zabronił tak ryzykować. Zapewne przez to, że na zewnątrz było słychać krzyki jakiejś kobiety, która wołała o pomoc. Czyżby już dochodziło do zamieszek? Całkiem możliwe. W końcu jednak w trójkę wymknęli się pod osłoną ciemności na parking. Musieli uważać, bo gdzieniegdzie walało się szkło. Wrzucili torby do bagażnika i spojrzeli po sobie, gdy okazało się, że ktoś spuścił powietrze z tylnej opony.
- Błagam, powiedz, że masz zapasową. Jak stoimy z paliwem? - bo jak kiepsko, to będą musieli ukraść jakiś samochód. Albo zrobić hocki klocki i zapierdolić komuś trochę paliwa z baku.

Faza czwarta: Cel

Dotarli. Po wielu przebojach i dziwnych akcjach w końcu zaparkowali przed domem Ricza. Chyba każdy z nich odetchnął z ulgą, że ten etap mieli za sobą. Prędko odpięła pasy, złapała plecak i popędziła do drzwi frontowych, w które zaczęła walić pięściami. Po okolicy grasowali już jacyś zwyrole, więc obawiała się, że ktoś już próbował się włamać do kuzyna.
- Riczi, to my! - powiedziała głośniej, gdy firanka w oknie się poruszyła. W dłoni miała pistolet, tak na wszelki wypadek, gdyby jednak okazało się, że coś się odwaliło, a w środku był już ktoś inny. Jej ramiona opadły, gdy w drzwiach stanął Ricardo, zdziwiony ich nagłym przyjazdem.
- Jak Roska? - zapytała od razu, rzucając się na szyję najstarszego kuzyna.

Madox A. Noriega
Ricardo Martinez
William N. Patel
Verdsa
I'm crazy but whatever Yeah that's just rock and roll
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Faza pierwsza: ciemność, widzę ciemność

...??? ...!!!

Faza druga: moralniak stulecia

Nie wiem kiedy zgasło światło, a całe miasto pogrążyło się w mroku, który wydawał się bardzo złowieszczy. Ostatnie co pamiętam to jak wracam z melanżu prawników, wchodzę do nocnego i walę wódę prosto z butelki. Potem już nic, mam co prawda kilka przebłysków, ale wolę sobie wmawiać, że to był tylko sen, co jest oczywiście jawną próbą zaklinania rzeczywistości, bo przecież obudziłem się w nie swoim łóżku. Naprawdę wolałbym, żeby było obce, to jednak znałem i właśnie to było w tym wszystkim najbardziej przerażające. Ale Gabrieli nigdzie nie widziałem i nie sądziłem, żebyśmy się pogodzili, chyba bym pamiętał?... Ewakuuję się z mieszkania Madoxa zanim ktoś mnie nakryje. Jeszcze nie wiem czy to już kac, czy jeszcze jestem pijany. Dopiero na górze, u siebie, orientuję się, że mój płaszcz wygląda jakbym dosłownie tarzał się po ziemi, a buty mam obrzygane. W zasadzie niespecjalnie mnie to dziwi, zdarza się. Na stole znajduję notatkę od Peach, pisze na kartce, że bała się zostać sama i jest u Galena, odezwij się jak wrócisz. Próbuję napisać jej SMS, ale nie mam zasięgu, wtedy także zauważam, że nie ma prądu, ale uznaję to za chwilową awarię, przecież to też się zdarza. Potem przeglądam wiadomości, które udało mi się wysłać w nocy. O Boże, naprawdę pisałem do Gaby, ale te strzępki informacji, które zostały w telefonie nic mi nie mówią, większość pousuwałem. Kurwa, musiałem pisać w chuj przypałowe rzeczy, o których w tym momencie nie chcę myśleć, bo żołądek już bez tego wykręca mi na drugą stronę. Dla kurażu walę klina, którego przepijam całą butelką wody. Czuję się chujowo, nie wiem czy gorzej fizycznie czy psychicznie, więc padam na kanapę i zasypiam w trzy sekundy. Budzi mnie dopiero walenie w drzwi, jest już ciemno, klaszczę w dłonie, żeby zapalić światło, ale nadal nie działa, więc wzdycham ciężko i sięgam po telefon, żeby odpalić latarkę. Patrzenie przez judasza mija się z celem, skoro nadal nie włączyli prądu, więc uchylam nieznacznie drzwi i świecę przez szczelinę, prosto w dwie znajome twarze - Czego?... - rzucam, widząc na klatce Gabi, już mam jej mówić, żeby wypierdalała, bo nie chce mi się z nią gadać, ale towarzyszy jej Madox, więc wzdycham ciężko, wpuszczając ich do środka. Przynoszą bardzo dziwne wieści. W ogóle robi się jakoś dziwnie, gdy jedno przez drugie zaczyna napierdalać o blackoucie. W sumie ma sens. To znaczy, nie ma, ale to by się składało w jedną całość. Ja pierdole. Jakimś cudem zasięg wzrósł do jednej kreski, więc ponawiam próbę skontaktowania się z Peach i tym razem faktycznie się udaje. Piszę, żeby została u Wyatta, ja jadę do Martinezów razem z Madoxem oraz jego kuzynką. Później się pakuję, nie wiem co mam ze sobą wziąć, więc wrzucam do plecaka rzeczy mniej lub bardziej przydatne. Biorę także ukulele, dla rozrywki.

Faza trzecia: diabelski młyn

- Dobra, Gaba, proponuję chwilowe zawieszenie broni, ze względu na okoliczności, ale masz się do mnie nie odzywać bez sensu - rzucam, kiedy schodzimy na dół. Potem zrównuję kroki z Madoxem, bo jego kuzynce nie mogę nawet spojrzeć w oczy. Nie mam pojęcia co wydarzyło się wczoraj, tylko podskórnie czuję, że było grubo. I że powinno mi być wstyd. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że chyba wolę nie wiedzieć. Jak tylko wychodzimy na zewnątrz to odpalam papierosa. W końcu zatrzymujemy się przy jakimś nieznajomym aucie, więc unoszę nieznacznie jedną brew, spoglądając na swojego przyjaciela - Co to za auto? - pytam, bo na pewno nie BMW, ani tym bardziej Jaguar. Na parkingu natrafiamy na pierwsze poważne przeszkody, wzdycham przeciągle kiedy się okazuje, że ktoś spuścił powietrze z tylnej opony - Zajebiście, a wy w ogóle umiecie wymieniać koło? - bo ja, na przykład, nie. Mogę pomóc, ale potrzebuję instrukcji. Niemniej wrzucam swoje rzeczy do bagażnika, a na wpół wypalonego kiepa ciskam na ziemię, przygaszając go podeszwą.

Faza czwarta: wreszcie na miejscu

Chryste, chyba tylko cudem udało nam się tutaj dotrzeć, więc kiedy parkujemy na podjeździe to oddycham z ulgą - Ja pierdole, już przestałem wierzyć w to, że dojedziemy tu w jednym kawałku - jak zwykle optymistycznie podchodzę do sprawy. Wysiadam z auta, Gaba biegnie już do drzwi i wali w nie pięściami, a my z Madoxem zbieramy nasze bagaże. No, trochę tego jest. Okolicę oświetla tylko blady blask księżyca, pół tarczy. Jedno trzeba przyznać, kiedy Toronto pogrążone jest w całkowitych ciemnościach, niebo wygląda zjawiskowo. Zadzieram głowę do góry, z wolna podchodząc do wejścia, zaś kiedy otwiera nam Ricardo we własnej osobie to witam go niezbyt radosnym uśmiechem - Żyjecie? Ale chujnia, co? - Riczi tym bardziej musiał być w stresie, bo kurwa, Rosa przecież mogła urodzić w każdej chwili, wyglądała jakby zaraz miała wybuchnąć. Rzucam okiem naokoło, natomiast moje spojrzenie zatrzymuje się na jakimś obcym typie, który gapi się na nas z drugiej strony ulicy - Ej, właźcie szybciej bo jakiś facet się na nas dziwnie lampi - jego intensywny wzrok wszyscy odczuwamy nieprzyjemnym mrowieniem w karkach. Wbijamy się do środka, a ostatni zaklucza drzwi.

Gabriela R. Blais Madox A. Noriega Ricardo Martinez
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
36 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
kucharz Michelin Star Restaurant
Awatar użytkownika
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Torontyńczycy to są pączki w maśle, dwie godziny bez prądu i już nadają w radio że koniec świata idzie. Życia nie znają. Osiem godzin bez prądu i obwieszczają, że Sąd Ostateczny jest bliski. Potem wszyscy poszli spać, a Ricz z Rosą to sobie myślą: no nie znają ludzie życia. Przecież blackout to idealny czas do tego, żeby zrobić sobie na ogródku palenisko i usmażyć kiełbaskę, pograć na ukelele i wszystko jest dobrze. Oni jak mieszkali pół (albo i więcej) życia w Portorico, to nie raz było tak, że nie mieli wcale żadnego prądu i trzeba było sobie poradzić. Jedynym minusem tej całej sytuacji to tak na prawdę było to, że w tej Kanadzie jest okropnie lodowato. Ricz założył trzy pary skarpet i puchówkę z zimy, a wciaż mu było zimno. Nie mogli się z Rosą dogadać zresztą, bo jej z kolei było gorąco i mówiła, że jej jeszcze bardziej gorąco jak patrzy jak on się gotuje w tej kurtce. Ricz jej tłumaczył, że wcale się nie gotuje, bo zimno mu po nogach wieje, na co Rosa, że on taki właśnie dom kupił nieszczelny i że trzeba było się poradzić przystojnego Williama Patela, to by mu poradził jaki ma kupić dom. A Ricz znowu, że on się nie będzie prawnika, który mieszka w domu wynajętym przez kancelarię pytał o polecajki, poza tym że William już duzo zrobił na ich rodziny. Rosa wtedy zwęszyła i pyta co niby takiego zrobił dla Twojej rodziny Riczu William, ale Ricz nie powiedział, bo się przecież nie przyzna, że ten samochód, który dostała Rosa to jest od Williama właśnie.
Tak im mijały te czasy blackoutu. Na początku oczywiście Ricz został oskarżony, że to jego wina, że nie ma prądu, ale później jak się okazało, że w całym mieście nie było, to też była jego wina, bo przecież gdyby nie przyjechał do Toronto to by nie byli w tej sytuacji. A Ricz starał się i tak umilać ten czas Rosie, wyciągnął kuchenkę gazową i robił jej na niej czekoladę na gorąco, makaron, nawet morelki karmelizowane. Ale najbardziej to się stresował, że będzie musiał sam odebrać poród, bo akumulator w aucie nie wyrobi i nie dojedzie do szpitala, albo co gorsza w szpitalu wszystkie baby nagle zaczną przez tę ciemność rodzić. No więc non stop gotował wodę, bo wiedział, że jest potrzebna woda przegotowana do porodu.
Jedynym plusem tego, że nie było prądu było to, że w końcu ich sąsiedzi nie mogli puszczać tej gównianej muzyki na cały regulaor i się w końcu można było wyspać. Co prawda teraz latali jak kurczaki z obciętymi łbami od rana do wieczora i sie denerwowali, że zdalna kosiarka im nie działa i dwa razy przychodzili pożyczyć tę jego (nie pożyczył, udawał, że nie ma), potem że ich elektryczny samochód tesla na 8 osób nie jest używalna, a potem jakoś dziwnie zamilkli. Ricz sądził nawet że to oni znów przyleźli po nocy po kosiarkę, więc śrendio chciał iść otworzyć drzwi, ale walą ludzie i Rosa do niego się wydarła, żeby poszedł w końcu otworzyć te drzwi bo ona wstanie sama. Dobrze, że nie wstała, bo to co zobaczył Ricz to go prawie tam długim położyło. Już po głosie zza drzwi poznał, że to Gabi, ale jak ją zobaczył z tą giwerą to wytrzeszcza oczy i ją przytula na powitanie i na Madoxa za jej plecami patrzy oskarżycielsko. Na Williama też.
- Co wy jej pozwalacie z tym po ulicy łazić!? - ale jak już się pościskali to mówi - Zaraz wybuchnie ona albo mi łeb - zdał im relację jaka jest sytuacja a kiedy William mówi o jakimś facecie co się na nich lampi to się wycofał, żeby szybko weszli. - Co? Ktoś chate obserwuje? Widzieliście coś? - zainteresował się a potem zamknął drzwi za chłopakami. W świetle świeczek, które porozstawiał jak w romantycznej scenie z jakiegoś filmu, wyglądali dość dramamtycznie ci jego goście, jakby byli po prostu strasznie głodni. - Dobrze was widzieć, ale coś się stało? Wszyscy cali? - patrzy porozumiewawczo na każdego z osobna na chwilę się zatrzymuje wzrokiem przy Wilu i Gabi, ciekawy czy już ich romans znów jest na fali, czy jak to tam u nich jest. - Dobra, zdejmujcie buty i chodźcie do środka, dam wam zupy. ROSA MADOX GABA I WILL PRZYSZLI, ZAŁÓŻ BLUZKĘ - drze się do salonu gdzie księżniczka urzeduje i się do nich uśmiecha i mruga oczkiem. - Tak serio, to nie jest goła, ale zaraz przybiegnie tu to sprostować i zobaczycie jaki ma humor - i poszli do kuchni.

Gabriela R. Blais William N. Patel Madox A. Noriega
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
piczi
postów z czata
25 y/o
For good luck!
154 cm
rezydentka anestezjologii pomagająca ojcu w bieznesie
Awatar użytkownika
i've always been the hunter, nothing on my tail
but there was something in you i knew could make that change
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Trzeba było przyznać, że czas na pojawienie się w Toronto wybrała sobie naprawdę chu tragiczny. Ledwo wylądowała, ledwo samolot dotknął płytę lotniska, a dotarła do nich wiadomość puszczona wszem i wobec: "Ogłoszono stan wyjątkowy". Zanim Laura dostała od kogokolwiek więcej informacji, już szła korytarzem odebrać swoje bagaże; zanim wydawało jej się, że wie wszystko o zaistniałej sytuacji, siedziała w taksówce i dziękowała sobie sprzed paru godzin, że spakowała dwa dodatkowe power banki. Na zaś. Wtedy myślała, że to na zaś to będą godziny spędzone na bezmyślnym scrollowaniu maplindera. Nigdy, przenigdy by nie pomyślała, że to na zaś to będzie blackout Toronto, który odetnie od zasilania całe miasto.
A jednak. Te pierwsze dni w Kanadzie przywitały ją nie tylko pogarszającą się pogodą, nieuchronnym porodem Rose, ale jeszcze brakiem prądu. Wspaniale. Gdyby nie Ricz – i robota od ojca – Laura już dawno próbowałaby dostać się z powrotem do Włoch. Zrobiłaby piękne sayounara, salutując nieudolnie, kłamiąc, jak cudowna to była przygoda na terenie syropem klonowym płynącym i tyle by ją widzieli. Może nawet by ucałowała Ricza na do widzenia. Może nawet by nie życzyła Rosie samych obsranych pieluch na pożegnanie.
Tymczasem tkwiła tu dalej. Teraz nawet bardziej, bo w którymś momencie pobytu uznała, że ma dość hotelu, a próby wynajmu mieszkania idą za wolno i tak stanęła u Ricardo na podjeździe zeszłego wieczoru, obwieszczając mu, że zostaje na noc. I została. I naprawdę bardzo, bardzo się starała, żeby nie fuknąć niczego przy pani żonie, bo przecież kobiet w ciąży nie powinno się denerwować. Jeszcze wywołasz u niej poród, i co? I jajco. Laura była gotowa na takie poświęcenie. Przynajmniej wtedy Rosa skupiłaby się chociaż na chwilę na bólach i skurczach, a nie na wkurzaniu jej samym oddychaniem.
Był już środek nocy, kiedy usłyszała hałas. Przebudziła się z tego płytkiego snu, a walenie wcale nie ustawało. Skądś dobiegł ją stłumiony głos Rosy i Laura już stała na nogach, już sięgała po puchaty szlafrok i już biegła. Widziała cień Ricardo na korytarzu, jak mknie ku drzwiom i stwierdziła, w swojej wielkiej wspaniałomyślności, że wypadałoby sprawdzić, co u jego żony. Zatrzymała się przy niej w salonie, zerknęła, sprawdziła. Rosa żyła i oddychała, a w międzyczasie zaczęły dochodzić je kolejne głosy. Więcej głosów. I jeszcze więcej. I krzyk, żeby Rosa założyła bluzkę, bo przyjechali Madox, Gaba i William. Laura spojrzała po kobiecie, która wcale nie była goła, potem na swój szlafrok, znowu na Rosę, znowu na swój szlafrok. Skoro nie mieli z nikim walczyć, to ściągnęła go z siebie i rzuciła go niedbale na pierwsze lepsze coś, co mogło robić za wieszak, jednocześnie ignorując to, że została właśnie w piżamie. Nie było napadu, nie było kłopotów, mogła wrócić do trybu domownika i przez chwilę zrzucić z siebie maskę wielce poważnej persony. Całą gromadę dorwała, jak szli do kuchni.
– O. – Nie było to wielce elokwentne, ale starała się to nadrobić uśmiechem. Darowała sobie żarty o tym, czy u nich też nie ma prądu. – Wpadliście na pępkowe?

Gabriela R. Blais Madox A. Noriega Ricardo Martinez William N. Patel
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
katastrofa
miliona akapitów o niczym
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#
072.
¿Quién apagó la luz?


trigger warning
przekleństwa
Faza pierwsza:
Trup.

Ciężko było stwierdzić, czy Madox przeżyje ten blackout i to nie dlatego, że nie miał naładowanego telefonu i nie mógł wysyłać Pilar memów, bardziej chodziło o to, że miał na karku latynoską mafię. I to już nie były przelewki i zabawa...
Chociaż fajnego mema też znalazł, kiedy siedział w gabinecie przy swoim biureczku z Lapacho, robionym na specjalne zamówienie. Ale telefon mu padł, więc nie miał go jak wysłać.
- Kurwa... - kolejną godzinę spędził przy świeczce, a następne... chyba nawet lepiej, że po ciemku. Krew w ciemności wyglądała mniej złowieszczo.

Faza druga:
Tęsknota.

- Stawiam dwie dychy na tego w bluzie z kapturem - oczywiście, że musiał obstawić tą walkę żuli pod ich blokiem, pobili się o latarkę, która ledwo co działała, ale! Przy jej pomocy dało się przegrzebać śmietniki przed budynkiem, a to już coś. Gaba jednak nie podzielała jego entuzjazmu, więc Madox sięgnął do jej ramienia, poklepał ją po nim.
- Nie no nie martw się, Rich nawet na ognisku coś upichci, a Rosa to zaradna babka, przecież nic im nie będzie - pocieszał ją, ale sam cały czas myślami był przy swojej żonie. Ściągnęli ją na komisariat Madox prosił Eliota, żeby jemu też pozwolili się z nią pobujać po ulicach, ale przecież on robił po przykrywką. Nie mógł się spalić i zamiast wozić się z psiarnią, to pewnie powinien robić jakieś napady na banki, czy sklepy RTV AGD. A może od razu strzelaniny?
Nie no kurwa, nie chciał nawet o tym myśleć, o tym w jakich akcjach uczestniczyła właśnie jego żona, a on sobie siedział, jadł orzeszki o smaku barbecue i grał z Gabą w makao. Ale przecież jej też musiał pilnować, była w ciąży, nie wiadomo z kim... To znaczy chyba już wiadomo, ale Madox pewnie tego nie zakodował i dwadzieścia razy pytał jej czemu nie z Willem.
Jeszcze raz spojrzał w okno, a potem na zdychający telefon, wyłączył go, bo musiał się jakoś kontaktować z Pilar. Liczył, że ona do niego napisze.
- Dobra - zgodził się w końcu z kuzynką, kiedy po raz enty jęczała, żeby jechali do Richa, a po kilku minutach stał nad jej małym arsenałem - co to kurwa jest? Trzymasz takie rzeczy w domu? Ty w ogóle wiesz jak to używać?

Faza trzecia:
Bla bla bla.

Całą drogę do samochodu, kiedy pakowała te torby i zbierała po chacie rzeczy, które musieli zabrać, to Madox jej nawijał, jak to nieodpowiedzialnie, że ona jest w ciąży, a ma przy sobie gnata. Chociaż... może w tych mrocznych czasach blackoutu to nawet odpowiedzialnie?
- Ej a William? On tu zginie pierwszy, wiesz jaki on jest delikatny - wrócili na górę, wbili do Patela i Madox zaczął mu nawijać o tym, że światła zgasły, a jak on nie pojedzie z nimi to umrze...
Uwierzył, bo po siedmiu minutach stali już we trójkę na parkingu. A właściwie Madox gimnastykował się przy zmienianiu opony, Gaba mu pomagała podając klucze, a William gapił się z rękami w kieszeni.
- Rozwaliłem BMW, a to jest z klubu, zatankowałem je u mojego mechanika - i rzeczywiście, kiedy wsiedli do auta okazało się, że bak był pełny. Szybko pokonali sparaliżowane miasto i Madox w końcu zaparkował furę pod domem Richa. Pozbierali swoje graty i skierowali się do drzwi. Madox znowu gapił się w telefon, sprawdzał zasięg i czy jego żona mu czegoś nie napisała, ale wciąż nic.
Noriega stanął z boku, jak się wszyscy witali i dopiero, kiedy William zwrócił ich uwagę na jakiegoś dziwnego typa w kapturze, to się na niego obejrzał.
- Co się gapisz? Wypierdalaj - odezwał się jak zwykle przemiło Madox i jeszcze machnął sobie pałką teleskopową, którą wziął z arsenału Gaby - fajny sprzęt, muszę sobie taki kupić na urodzinki - Noriega zamachnął się kijem, tak jakby chciał uderzyć nim Williama, ale tego nie zrobił, tak tylko sprawdzał. Wszedł za Patelkiem do środka i zbił piątkę z Riczem na powitanie. Madox od razu ruszył do kuchni, żeby zobaczyć czy jego kuzyn coś ugotował, a jak już powiedział, że DAM IM ZUPĘ, to wiadomo, że Noriega zaraz siedział przy kuchennej ladzie z łyżką. Po drodze jeszcze przywitał Rosę, a na koniec jego ciemne spojrzenie padło na Laurę i jej kolorową pidżamkę. Ciekawe z nich było połączenie, Madox i Gaba w skórzanych kurtkach motocyklowych jak jacyś ninja. William w kolorowej hawajskiej koszuli, Ricz w hawajskich gaciach, a Laurą w tej słodkiej piżamie w misie. Madox zerknął na nią z góry, kiedy przechodził obok po swoją zupę.
- Całkiem seksi - stwierdził, a zaraz już zajadał asopao, której nagotował im Rich - to co, kiedy Rosa rodzi? - zagaił wesoło.

Gabriela R. Blais Laura Borgia William N. Patel Pilar Noriega
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
27 y/o
Volpe Rossa
173 cm
Good girls go to heaven And bad girls never die
Awatar użytkownika
The night is young
And so am I
Velvet gun
On my thigh
Witch bitch
Born to bite
Born to live
Born to fly
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Nie martw się…
Przecież nic im nie będzie…
Może to hormony. Może strach przed tym, co wpoił jej ojciec, gdy była małą dziewczynką. Może kurwa nawet jej spaczone myśli, ale intuicja jej podpowiadała, że będzie coś nie tak. A u kobiet ten zmysł był wyczulony. Ufała mu. I gdy Madox obstawiał sobie bijatykę, to ona siedziała, jakby miała owsiki w dupie, albo sam szatan nią pomiatał. Zadecydowała. Idziemy.
Broń na stół i jazda. Nie było co siedzieć i wydłubywać orzeszków spomiędzy zębów. Roska była w ciąży, a Riczi był zbyt uprzejmy dla sąsiadów. Potrzebowali ich. A przynajmniej ona w to wierzyła. I pomiędzy tłumaczeniami, że plemniki Willa nie wygrały i dlatego jej ten chlejus nie zapłodnił, a kolejnym jęczeniem, że muszą się zbierać, pakowała ich.
- No wiem. COLT M1911A1. 8-strzałowy magazynek kalibru .45. Uczyłam się na nim strzelać, więc mam do niego sentyment. Tylko wiesz… Mam go nielegalnie, więc mnie nie sprzedaj. – pomarańczowy uniform już mi niosą…
Jemu mogła zaufać. Inaczej sprawa miała się z Patelem, który wyglądał, jak przejechany szczur. Najwidoczniej lata robiły swoje. Nawet ktoś tak zahartowany jak on po kilku godzinach snu nie wyglądał jak młody Bóg. Zostawiłaby go tutaj. Madox jednak się uparł i musieli czekać na cygańskiego księcia. Prychała pod noskiem, jak rozjuszona kotka, gdy kolejne minuty uciekały im przez niego.
W końcu.
Drużyna pierścienia wyruszyła. Madox szedł przodem. Ona osłaniała tyły, dlatego gdy William zwolnił i odwrócił się w jej kierunku, to spojrzała na niego z niechęcią. Chociaż w głowie miała flashbacki z wczoraj. Miała się nie odzywać? Cóż za piękne podziękowania. Prostak.
- Nie zmieniłeś pościeli. – odpowiedziała jedynie, ale on wiedział, że ona wiedziała więcej. Miała odpowiedzi na jego wszelkie pytania. I mimo tej chwilowej tęsknoty, to po raz kolejny dostała w twarz tym, że to coś pomiędzy nimi już nie miało prawa się udać. A ten rozejm był fikcją.
- Te ukochane auto, którego miałam nie dotykać, bo popsuje? – wyszczerzyła się, bo musiała wypomnieć to i owo Madiemu. Później jednak ponownie musiała spojrzeć na Billa, jak na debila. – Nie… Poczekamy grzecznie aż samo się wymieni. Weź się przydaj na coś. Rozejrzyj się, czy coś. – trzymała latarkę i podawała narzędzia kuzynowi, bo ten uznał, że w ciąży nie może tyle dźwigać. W sumie całkiem sprawnie im poszła ta wymiana. Na tyle, że od razu, gdy wrzuciła do bagażnika narzędzia, to chciała się ulokować z przodu. Przeklęty William jednak też miał taki zamiar.
- Spierdalaj. To moje miejsce. – warknęła, ale tę bitwę przegrała. I to podwójnie, bo drugie podejście też niewiele dało. Kulturalni ludzie ustąpiliby ciężarnej, ale William oczywiście, jak zawsze pokazał brak klasy.
Siedziała naburmuszona z tyłu i stroiła minki, gdy ten parszywiec tylko otwierał dziób. To jednak widział tylko Madox, który zerkał w lusterka.

Home sweet home.
Uwolniła się jako pierwsza i pognała do drzwi. Przywitała się z Riczem, którego szybko odsunęła od siebie, żeby zobaczyć jego żonę. Totalnie ignorując jego słowa, że latała sobie z pistoletem w dłoniach. Sytuacja była pod kontrolą.
- Laura?! – każdy chyba na osiedlu mógł usłyszeć, jak wykrzyczała imię siostry Ricza, która nagle się pojawiła w korytarzu. Ją też przytuliła od razu trajkocząc o wszystkim i niczym. Miały tyle do nadrobienia! Pociągnęła Laurę za sobą do kuchni, bo akurat usłyszała coś o zupie. A reakcja Madoxa potwierdziła, że była mowa o jedzonku. A tego Martinezowi nigdy się nie odmawia. Noriega pochłaniał kolejny talerz, a ona przyssała się do Nutelli, którą znalazła na blacie, wysłuchując, że musi jeść też warzywa dla dobra dziecka. Nutella miała w sobie cholerne orzechy laskowe, więc była zdrowa, phi.
- Chyba Madi miałeś rację. Niepotrzebnie panik...owałam...- wszyscy spojrzeli na Roskę, która stanęła w drzwiach. Czuła jak krew odpływa jej z twarzy, a łyżeczka wypadła, uderzając o podłogę. Odeszły Rosi wody… Rodziła… Kurwa…
Wryło ją. Spojrzała na swój mały ciążowy brzuszek. Spojrzała na Rosi, która była twardą babką, ale nawet i jej śliczna twarz wyrażała teraz ból. Kurwa. Czekało ją to… Coraz gorzej jej się oddychało. Klapnęła na krzesło, bo nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Odpływała… A inni pomagali Riczowi i Rosce...

Laura Borgia Madox A. Noriega William N. Patel
Verdsa
I'm crazy but whatever Yeah that's just rock and roll
ODPOWIEDZ

Wróć do „#106”